Opieszałość Zachodu impulsem dla Rosji
Poniedziałek, 24 lutego 2014 (20:43)Z prof. dr. hab. Tadeuszem Marczakiem, kierownikiem Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego, rozmawia Izabela Kozłowska
Rosyjski minister ds. rozwoju gospodarczego Aleksiej Uljukajew w rozmowie z niemieckim dziennikiem „Handelsblatt” zagroził Ukrainie podniesieniem ceł importowych w przypadku podpisania przez władze w Kijowie umowy stowarzyszeniowej z UE. Jest Pan zaskoczony takimi deklaracjami?
- Nie. Rosyjskie sankcje były zapowiadane od samego początku procesu stowarzyszania się Ukrainy z Unią Europejską. W sierpniu ubiegłego roku przeprowadzono próbę generalną. Na parę dni zamarł handel między Federacją Rosyjską a Ukrainą. Była to próba sondująca reakcję ze strony Unii i Zachodu. Wówczas nie było tej reakcji. Zabrakło także jakiejkolwiek deklaracji, która zniechęciłaby Rosję do przygotowywania takiego scenariusza. Kolejną zapowiedź sankcji podjęto przed szczytem w Wilnie. W tym przypadku także nie doczekaliśmy się reakcji Zachodu. Niestety, społeczeństwo i władze ukraińskie stały się zakładnikiem Rosji. Unia nie zajęła jednoznacznego stanowiska wobec działań Rosji względem Ukrainy. Unia Europejska zależna jest od rosyjskich surowców energetycznych. Z drugiej strony istnieje zależność Federacji Rosyjskiej od unijnych pieniędzy, które zasilają jej budżet poprzez zakup ropy naftowej i gazu ziemnego. Gdyby miała tę świadomość, że w odpowiedzi na jej sankcje wobec Ukrainy UE zastosuje embargo na towary rosyjskie, to z pewnością sytuacja wyglądałaby inaczej. Tej stanowczości zabrakło po stronie unijnej.
Skąd ta opieszałość ze strony Zachodu?
- Stało się tak głównie za sprawą Niemiec, ale także Francji, które prowadzą dwuznaczną politykę względem Rosji. Berlin i Paryż dogadują się z Moskwą, w ten sposób można przypuszczać, że ich daleko idące koncepcje zakładają włączenie się w Putinowską koncepcję wspólnej przestrzeni gospodarczej od Władywostoku po Lizbonę.
W jakim kierunku rozwinie się sytuacja na Ukrainie?
- Niestety, nie ma powodów do zadowolenia. Skończyły się igrzyska w Soczi, więc władze rosyjskie nie muszą już grać przed międzynarodową opinią publiczną. Niewykluczone są działania ze strony rosyjskiej. Będą one zmierzały do dalszej destabilizacji Ukrainy, wprowadzenia tam stanu anarchii i wreszcie – być może – do rozbioru Ukrainy. Pojawienie się w latach 90. niepodległej Ukrainy zostało wrogo przyjęte w kołach intelektualistów rosyjskich. Nagminne były twierdzenia, że Ukraina jako państwo nie ma prawa istnieć. Teraz możemy spodziewać się realizacji tych wcześniejszych poglądów.
Istnieje realna groźba interwencji zbrojnej?
- Oczywiście taka możliwość istnieje. Również w tym wypadku należy powiedzieć, że Moskwa przetestowała i ten wariant, dokonując inwazji na Gruzję i oddzielenia od gruzińskiego terytorium Abchazji i Osetii. Wszystko zostało przećwiczone. Jaka była wtedy reakcja Zachodu? Zbyt miękka. Rosji pozwolono na zbyt wiele.
„Błędem” – według prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy – jest ewentualne wejście wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy...
- Kolejny raz mamy do czynienia ze zbyt miękkim stanowiskiem. Ono może być tylko zachętą dla Moskwy. Potrzeba stanowczej i jednoznacznej deklaracji, że takie działanie nie pozostanie bez odpowiedzi ze strony NATO czy Wspólnoty Europejskiej. Jest to o tyle istotne, że są już apele ze strony rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy (Krym, Sewastopol) wzywające do interwencji zbrojnej na Ukrainie.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska