Komu szkodzi wędzone…?
Piątek, 21 lutego 2014 (15:39)Masowe badania obiecane na początku lutego przez resort rolnictwa dotyczące zawartości substancji smolistych w wędlinach tradycyjnie wędzonych nie będą prowadzone na taką skalę, jak zapowiadano. Producenci są zaniepokojeni.
Podczas spotkania przedstawicieli producentów wędlin tradycyjnie wędzonych z województw podkarpackiego i małopolskiego z ministrem rolnictwa i rozwoju wsi Stanisławem Kalembą, które odbyło się 5 lutego, wędliniarze otrzymali zapewnienie, że w związku z unijnymi restrykcjami żaden zakład nie zostanie zamknięty. Efektem tych rozmów było także zapewnienie o uruchomieniu masowych badań polskich wędlin wędzonych tradycyjnie pod kątem nowych unijnych norm.
Badania urzędowe na koszt państwa, prowadzone w 13 laboratoriach na terenie Polski na zlecenie głównego lekarza weterynarii mają potrwać do końca marca. Od ich wyników resort rolnictwa uzależnił ewentualne wystąpienie do Komisji Europejskiej z wnioskiem o złagodzenie limitu dla produktów tradycyjnie wędzonych. – Mówiono nam, że takich badań monitoringowych będzie ok. 200. Spodziewaliśmy się, że ta liczba dotyczy tylko województw podkarpackiego i małopolskiego. Okazuje się, że będzie ich tylko 150, z czego 125 dotyczyć będzie badania wędzonych wędlin, a 25 ryb, ale w skali całego kraju. To nieporozumienie – podkreśla w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl Fryderyk Kapinos, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Producentów Wyrobów Wędzonych Tradycyjnie.
Unijne normy poza zasięgiem
Oznacza to ni mniej, ni więcej, że na Podkarpaciu zostanie przeprowadzonych zaledwie 27 badań. Biorąc pod uwagę liczbę 22 powiatów w województwie, oznacza to, że na jeden powiat przypada średnio jedno badanie. – Na przykład w powiecie mieleckim jest 26 zakładów, a w samym tylko Radomyślu 15 czy 16. Skoro na cały powiat zostanie pobrana tylko jedna próbka, to jak otrzymany wynik może być miarodajny czy próba reprezentatywna dla pozostałych firm, z których każda produkuje po kilka czy kilkanaście produktów – pyta Fryderyk Kapinos.
W jego ocenie, jeżeli ministerstwu zależy na rzetelnym zdiagnozowaniu problemu, to tych urzędowych badań powinno być znacznie więcej. Dotychczas producenci zrzeszeni w Polskim Stowarzyszeniu Producentów Wyrobów Wędzonych Tradycyjnie na własny koszt przeprowadzili ok. 70 badań właścicielskich, z czego wyniki 66 nie spełniają nowych unijnych norm. Tymczasem resort rolnictwa, rozmawiając z producentami wędlin w grudniu i styczniu, opierał się na swoich badaniach, według których ogromna większość zakładów spełnia nowe normy zawartości substancji smolistych. Dziwi to producentów. Fryderyk Kapinos zastanawia się, z jakich komór wędzarniczych były pobierane próbki do badań, na których opiera się resort rolnictwa, podając tak optymistyczne dane. – Mamy badania z komór tradycyjnych i przemysłowych, czyli komór wędzarniczo-parzelniczych i – owszem – z tych drugich spełniamy normy, zresztą spełniają je wszyscy, którzy takie badania przeprowadzili. Problem dotyczy wędzenia tradycyjnego, gdzie normy są poza zasięgiem producentów – przyznaje Fryderyk Kapinos.
Wędzone nie szkodzi
Zdaniem prof. Władysława Migdała z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, wszystko wskazuje na to, że resort rolnictwa mimo wszystko próbuje manipulować wynikami badań. – Przyznam, że niewiele z tego wszystkiego rozumiem. Pewne jest to, że rząd zawalił na całej linii, a teraz idzie w zaparte, zamiast zacząć działać i załatwić sprawę z korzyścią dla naszych producentów – dziwi się prof. Migdał. Podkreśla, że czas najwyższy, żeby obudziło się społeczeństwo, któremu usiłuje się robić wodę z mózgu, wmawiając, że niby wędliny tradycyjnie wędzone są szkodliwe dla zdrowia.
– Próbowałem szukać powiązań, że może na Podkarpaciu czy w Małopolsce, gdzie jest stosunkowo najwięcej firm produkujących wyroby wędliniarskie tradycyjnie wędzone, jest więcej zachorowań na nowotwory niż w innych regionach. Tymczasem okazuje się, że jest wprost przeciwnie. Zatem argument, że wędzone szkodzi, upada. Powiem uczciwie: wolę umierać, spożywając kiełbasę wędzoną naturalnie niż wyrób kiełbasopochodny – podkreśla w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl prof. Władysław Migdał.
Wypada liczyć na innych
Warto przypomnieć, że obowiązująca jeszcze norma 5 mikrogramów benzo(a)pirenu na kilogram gotowego produktu od września będzie wynosić maksymalnie 2 mikrogramy. Zdaniem producentów wędlin tradycyjnie wędzonych wyznaczone przez Unię Europejską normy są zbyt restrykcyjne i niemożliwe do spełnienia. Jeżeli polski rząd nie rozpocznie z Komisją Europejską negocjacji w sprawie złagodzenia przepisów, większość małych i średnich firm z branży wędliniarskiej może czekać zapaść.
Protesty i oburzenie polskich producentów, którzy sprzeciwiają się unijnym restrykcjom, znalazły oddźwięk także w innych krajach UE. Okazuje się, że problemy mają także Łotysze, gdzie na skutek unijnych restrykcji 40 proc. wędlin może nie spełniać norm dotyczących zawartości substancji smolistych. Dotyczy to także 30 proc. wędlin produkowanych na Litwie. Kłopoty obejmą również Szwedów i Finów, a także Niemców, którzy mogą mieć problem z szynką szwarcwaldzką wędzoną wprawdzie na zimno, ale za to drewnem sosnowym w dodatku z igliwiem i szyszkami.
– Widać, że problem zgłoszony przez polskich producentów dotyczy także innych krajów. Skoro nasz rząd nie potrafi skutecznie zadbać o interesy rodzimych firm, to jest nadzieja, że sprzeciw ze strony innych krajów będzie skutkował korzystnymi decyzjami także dla polskich producentów – podkreśla Fryderyk Kapinos.
Mariusz Kamieniecki