Tam chodzi tylko o pieniądze
Niedziela, 16 lutego 2014 (19:15)Była pracownica aborcyjnego centrum Planned Parenthood wyznała w wywiadzie, że w ciągu 2 lat, gdy tam pracowała, była świadkiem wielu okropności, zmuszania kobiet i dziewcząt do zabijania ich dzieci w imię osiągania zysków.
Marianne Anderson jest pielęgniarką. Przez 2 lata pracowała w centrum aborcyjnym w Indianapolis (USA). Jej zadaniem była pomoc w znieczulaniu kobiet, które zapłaciły za dodatkową usługę.
W wywiadzie udzielonym lokalnej gazecie diecezjalnej „The Criterion” opowiada, że była świadkiem ogromnego cierpienia kobiet i niepełnoletnich dziewcząt. Przytacza przykład 16-letniej dziewczyny, którą własna matka oszukała, że przyszły jedynie na badania prenatalne. Anderson przy okazji wyjaśnia, że w centrum dochodziło do wielu nieprawidłowości niezgodnych z prawem. Wśród nich było zapisywanie na aborcje kobiet przez partnerów czy rodziców pacjentek, choć zgodnie z prawem one same powinny się umówić. W centrum przeprowadzano aborcje, mimo że ciąża była już zbyt zaawansowana (w Indianapolis można dokonać aborcji na życzenie przed skończeniem 14. tygodnia ciąży).
Pielęgniarka opowiada też o nieludzkim zachowaniu lekarzy, nie tylko wobec kobiet, które np. płakały przed lub w czasie „zabiegu”, ale także wobec mordowanych dzieci. – Jeden z lekarzy rozmawiał z abortowanym dzieckiem, patrząc na szczątki jego ciała, mówił „Chodź, mała rączko, wiem, że tu jesteś! Teraz możesz przestać ukrywać się przede mną!”. Robiło mi się od tego niedobrze – opowiada Anderson. – Wciąż prześladuje mnie dźwięk maszyny wysysającej ciało dziecka – dodaje.
Jak wyjaśnia kobieta, pracę w centrum aborcyjnym podjęła, gdyż uważała, że trzeba pomóc kobietom. Jednak szybko się przekonała, że ani pomoc kobietom, ani opieka nad nimi nie są celem działalności Planned Parenthood. Jedynym celem są pieniądze. Była karcona przez przełożonych, jak zbyt długo upewniała się, czy kobieta na pewno jest świadoma i chce dokonać aborcji. Obawiano się, że „klientka” ucieknie.
Anderson udało się rzucić pracę w centrum po 2 latach z pomocą lokalnych działaczy pro-life, dzięki którym od razu dostała pracę w miejscowym szpitalu.
Anderson podkreśla że była bardzo nieszczęśliwa, pracując w centrum Planned Parenthood. – To było złe, bardzo smutne miejsce pracy – mówi. Jak wyznaje, aby uporać się z wyrzutami sumienia, przyłączyła się do grupy modlitewnej. Podkreśla, że teraz jest gotowa, by wrócić do Planned Parenthood – tym razem będzie stać na chodniku przed wejściem i modlić się za kobiety tam przychodzące, i namawiać je, by wybrały życie.
MMP