Rolniku, płać
Środa, 8 sierpnia 2012 (22:54)Państwowa ziemia rolnicza jest coraz droższa, ale i tak jej ceny są wciąż atrakcyjne w porównaniu do kwot, jakie trzeba zapłacić na wolnym rynku za prywatne grunty rolnicze.
Agencja Nieruchomości Rolnych podała informacje dotyczące cen ziemi w drugim kwartale tego roku. Wynika z nich, że średnia cena gruntów wyniosła 18 tys. 502 zł za 1 ha – to o ponad 1100 zł więcej niż w pierwszym kwartale (ponad 6 proc.). Natomiast w porównaniu do drugiego kwartału 2011 roku, ziemia sprzedawana przez ANR podrożała o 1781 zł, czyli o 10,7 proc.
Najwyższe ceny padały na przetargach organizowanych w województwach: wielkopolskim (25,4 tys. zł), kujawsko-pomorskim (25,2 tys. zł) i dolnośląskim (23,9 tys. zł) – trzeba podkreślić, że w tych trzech regionach od dawna utrzymują się najwyższe ceny ziemi, bo jest tutaj na nią największy popyt. Z drugiej strony, najniższe ceny gruntów rolnych tradycyjnie już obserwujemy w województwach: lubelskim (11,3 tys. zł), lubuskim (12,8 tys. zł) i świętokrzyskim (13 tys. zł).
W całym pierwszym półroczu Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedała ponad 62 tys. ha ziemi i jak podkreśla rzecznik ANR Grażyna Kapelko, to najlepszy od 9 lat półroczny wynik sprzedaży państwowych gruntów rolnych. To skutek – twierdzi ANR – przyspieszenia sprzedaży ziemi na rzecz rodzinnych gospodarstw, których właściciele mają też szereg udogodnień przy nabywaniu gruntów będących w zasobie ANR.
Zainteresowanie rolników udziałem w przetargach organizowanych przez Agencję jest rzeczywiście duże, bo dla wielu gospodarzy jest to najtańszy i najszybszy sposób na powiększenie gospodarstwa. Wiadomo, że przy sprzedaży są preferowani właściciele gospodarstw rodzinnych, a więc tych, które mają mniej niż 300 ha powierzchni i gdyby ANR ogłaszała przetargi nieograniczone, zostaliby oni łatwo przelicytowani np. przez duże spółki rolne, mające często zagranicznych udziałowców.
Rolnicy, którzy kupują ziemię od ANR, mogą liczyć na rozłożenie płatności na roczne lub półroczne raty z preferencyjnym oprocentowaniem w wysokości 2 proc. rocznie (spłata nie może trwać dłużej niż 15 lat, a pierwsza wpłata musi stanowić minimum 10 proc. ceny nieruchomości).
Teoretycznie rolnicy mogliby też odkupywać ziemię od innych rolników, którzy rezygnują z działalności lub przechodzą na emeryturę i nie mają komu przekazać gospodarstwa.
– Takich ofert jest jednak mało, więc i podaż ziemi z tego źródła jest nikła – tłumaczy doradca rolny Andrzej Poręba.
Zresztą z takich ofert korzystają głównie sąsiedzi rolników, więc ziemia nie trafia na wolny rynek.
– Jeśli rolnik ma 10 hektarów, a jego sąsiad ma do sprzedania drugie dziesięć, to taka transakcja ma sens. Wątpliwe, aby takim areałem zainteresował się z kolei ktoś z drugiego końca gminy lub z innego powiatu – dodaje Poręba.
Gdy już rolnicy decydują się na sprzedaż ziemi ornej, to jej ceny z reguły przewyższają to, co wynika ze statystyk Agencji Nieruchomości Rolnych. Andrzej Poręba podaje przykład rolnika spod Puław, któremu pomagał przygotować wniosek o kredyt preferencyjny za zakup ziemi. Sprzedawcą miał być sąsiad, który oferował sprzedaż 7,5 ha ziemi. Do transakcji nie doszło, bo rolnik zażądał ponad 45 tys. zł za hektar, a to był o wiele więcej, niż mógł zaoferować potencjalny kontrahent. Ale podobno w końcu kupiec i tak się znalazł, bo ziemia jest wysokiej klasy i znakomicie nadaje się do uprawy zbóż czy warzyw, gwarantując wysokie plony.
Na ten sam problem zwraca uwagę Agnieszka Płuska, która za dwa-trzy lata ma przejąć gospodarstwo po rodzicach.
– Przydałoby się od razu dokupić ziemi i nawet w okolicy jest kilku rolników chętnych sprzedać swoje grunty. Ale jeśli nawet za trzy lata dostanę 75 tys. złotych premii dla młodych rolników, to nie wystarczy to nawet na trzy hektary. I to według obecnych cen, a przecież ziemia rolnicza ma dalej drożeć – tłumaczy Agnieszka Płuska. – Niestety, w naszej okolicy nie ma ziemi po dawnych PGR-ach, którą można by kupić od państwa – dodaje.
Najwięcej państwowej ziemi jest w województwach zachodnich i północnych, przede wszystkim w zachodniopomorskim (364 tys. ha), wielkopolskim (263 tys. ha), dolnośląskim (251 tys. ha) i warmińsko-mazurskim (225 tys. ha).
Krzysztof Losz