• Poniedziałek, 16 marca 2026

    imieniny: Hilarego, Izabeli, Herberta

Jak socjalista z socjalistą

Środa, 12 lutego 2014 (14:03)

Prezydent Francji François Hollande odbywa wizytę w USA, która ma charakter państwowy. Od dawna nie było tak dobrych relacji między tymi dwoma państwami. Poważny kryzys polityczny w czasie drugiej inwazji na Irak w 2003 roku jest dziś niemiłym wspomnieniem. Kto by dziś pamiętał o arogancji Jacques’a Chiraca?

Na czele dwóch krajów stoją libertyńscy socjaliści, a zatem wspólnych punktów zaczepienia do prowadzenia polityki przyjaźni jest sporo. W polityce międzynarodowej bojownicy o wolność, równość i powszechną tolerancję prześcigali się niedawno w szukaniu sposobów na militarną interwencję w Syrii. Hollande poszedłby na wojnę z Syrią, nawet bez Camerona. Plany pokrzyżował mu Obama, który nieoczekiwanie wycofał się rakiem pod dyktatem Putina. Ciekawe, że Francja pod wodzą socjalisty wykazuje się większą determinacją niż Wielka Brytania w odbudowywaniu pozycji kolonizatora. Mali, Syria, teraz Republika Środkowoafrykańska, a wszystko oczywiście tylko po to, aby żyło się „lepiej” ich mieszkańcom.

Jak zauważa portal NaszDziennik.pl, od kiedy Barack Obama jest prezydentem USA, tylko czterem zagranicznym przywódcom udało się dostać na sam szczyt, czyli złożyć w Stanach Zjednoczonych wizytę państwową. Hollande jest piąty, po władcach Indii, Meksyku, Chin i Korei Południowej. – Prezydent Obama chciał tym samym wysłać sygnał Francuzom, jak bardzo ważne są nasze relacje. Francja to kluczowy parter i dobry przyjaciel – tłumaczył przedstawiciel administracji USA.

Właśnie. Socjalista z socjalistą zawsze się dogadają. Szczególnie gdy chodzi o wyniszczanie Kościoła, wartości chrześcijańskich, deprawowanie i atakowanie rodziny oraz dzieci. Zarówno jeden, jak i drugi są wielkimi zwolennikami aborcji, promowania mniejszości seksualnych, obsypywania ich darami w postaci coraz większych i szerszych praw, wynosząc je często ponad większość. Skompromitowany i znienawidzony we Francji Hollande doprowadził swój kraj na skraj aberracji. Zignorował wielomilionowy sprzeciw swoich współobywateli, przełamał siłą protesty, rozpoczął przebudowywanie demokracji w kierunku dyktaturki. Dopóki jednak w republice będą się odbywały wybory, dopóty jego dni są policzone, ponieważ tak niskiego poparcia nie miał dotychczas w historii Francji żaden prezydent. Niemniej szkody, jakie wyrządzają obaj prezydenci, celebrujący swój radosny sojusz, już niosą wielkie spustoszenia w instytucji rodziny, w Kościele, a przede wszystkim szkodzą dzieciom.

Aktualna polityka Białego Domu ignoruje prawa poszczególnych stanów, dążąc do rozszerzenia definicji małżeństwa na związki gejowskie. Ponadto administracja Baracka Obamy naciska na Sąd Najwyższy w celu blokowania instytucji katolickich w ich prawie do kierowania się wolnością sumienia i wiernością poglądom religijnym. Ścisłe i bliskie relacje Obamy z organizacjami proaborcyjnymi i gejowskimi są dość dobrze rozpoznane.

We Francji podobnie. Jak podaje Radio Watykańskie, 105 tysięcy katolików z Francji podpisało się pod listem skierowanym do Ojca Świętego Franciszka, ukazując problemy Kościoła w ich ojczyźnie. Legalizacja homoukładów, postawienie ich na równi z małżeństwami, pozbawienie dzieci podstawowego prawa do posiadania ojca i matki, otwarcie drogi do handlu ludzkim ciałem, dokonywania eutanazji, dławienie ruchów demokratycznych i obywatelskich, które spotkało się nawet z potępieniem ze strony Rady Europy, brutalna antykatolicka kampania medialna, wzrost wandalizmu i profanacji kościołów, cmentarzy, ograniczanie wolności słowa (np. przestępstwo utrudniania aborcji rozciągnięto również na samą krytykę przerywania ciąży), w końcu indoktrynacja inspirowana ideologią gender we francuskich szkołach – wszystko to dokonania człowieka, którego jedynym pomysłem na rządzenie jest dokończenie antychrześcijańskiej rewolucji prowadzonej pod sztandarami gejów i lesbijek. Dlatego libertyńscy socjaliści, Obama i Hollande, korzystający z usług lobby LGBT na pewno czują się dobrze w swoim towarzystwie.

Dr Tomasz M. Korczyński