Prosimy o gest miłosierdzia
Poniedziałek, 10 lutego 2014 (19:34)Z o. Benedyktem Pączką OFMCap, misjonarzem posługującym w miejscowości Ngaoundaye w Republice Środkowoafrykańskiej, rozmawia Izabela Kozłowska
Misja katolicka Ngaoundaye w Republice Środkowoafrykańskiej od ubiegłego tygodnia jest nękana najazdami rebeliantów z Seleki. Jak sytuacja polskich misjonarzy oraz ich podopiecznych wyglądała w sobotę i niedzielę?
– W sobotę pojechaliśmy z proboszczem naszej misji do miejscowości, gdzie Seleka zabiła 22 osoby, w tym kobiety i dzieci. Spędziliśmy tam pół dnia, oglądaliśmy spalone domy, oglądaliśmy te miejsca, gdzie rebelianci mordowali mieszkańców tej wioski. Osobiście byłem w trzech domach, widziałem krew na ścianach, zbierałem łuski po kulach. Wszystkie ofiary zginęły od kul. Sobota była takim smutnym dniem, przeżywaliśmy razem z tymi ludźmi tę tragedię. Byliśmy tam podtrzymać ich na duchu.
Na szczęście niedziela była spokojna. Pierwszy raz od tygodnia odprawiliśmy Mszę Świętą w naszym kościele. Nie było za dużo ludzi. Po południu usłyszeliśmy kilka strzałów – z broni ugrupowania Anti-balaka, którzy chronią nasze miasto.
Czy dzisiaj jest bezpieczniej?
– Sytuacja jest ciągle niestabilna. Nie wiemy, co się wydarzy. Przed chwilą otrzymałem wiadomość, że o godz. 12.00 zostanie wyłączona antena telefoniczna, więc nie będziemy mieć zasięgu. Może być to sygnałem, że coś niepokojącego może się wydarzyć. Jesteśmy w ciągłej gotowości do ucieczki. Mamy już przetarte szlaki ucieczki, gdyż od trzech tygodni uciekamy. Jutro minie dokładnie trzeci tydzień, kiedy żyjemy w takiej niepewności i ciągłym zagrożeniu.
Spotkał się Ojciec z rebeliantami Seleki?
– Tak. Było to dość długie spotkanie – trwało prawie godzinę. 21 stycznia uzbrojeni rebelianci przyjechali do nas na pięciu motorach. Najpierw byli u sióstr zakonnych, które mieszkają jakieś 400 m od nas. Było to trudne doświadczenie – nie było żadnego dialogu. Przyjechali kraść i nie liczyli się z niczyim zdaniem ani życiem. Kierowali wobec mnie kilka razy broń, kilka razy ją ładowali. Wjeżdżając na teren misji, strzelali, żeby nas wystraszyć. Później prowadzili nas jak skazańców na podwórze i zażądali pieniędzy. Proboszcz naszej misji dał im wszystkie pieniądze, które posiadał. Na tym się jednak nie skończyło, gdyż zaraz po tym zaprowadzili nas, cały czas celując do nas z broni, do naszego zakładu stolarskiego, tam też zażądali, by oddać im nasze samochody. I oddaliśmy im je, ponieważ baliśmy się o nasze życie. To było moje pierwsze bezpośrednie spotkanie z nimi. Moi współbracia mieli następnego dnia drugie spotkanie z rebeliantami z Seleki. Natomiast mnie i siostrom zakonnym udało się przed nimi uciec. Jednakże kiedy uciekaliśmy, słyszeliśmy, jak do nas strzelali.
I jak rebelianci potraktowali pozostałych misjonarzy?
– Zamknęli moich współbraci w pomieszczeniu, gdzie spożywamy posiłki, a sami zaczęli plądrować naszą misję. Podczas tego najazdu wszystko, co mieliśmy w naszych pokojach oraz składziku żywnościowym, straciliśmy. To są bandyci, którzy nie mają żadnego szacunku dla życia, nie ma z nimi żadnego dialogu.
Czego w tym momencie najbardziej potrzebuje misja?
– Przede wszystkim brakuje nam leków oraz żywości. Nie mamy również odzieży, ponieważ kiedy najeżdżali naszą misję, zabierali także ubrania, telefony, sprzęt elektroniczny. Zabrali nam wszystko, czego nie zdążyliśmy schować. To, czego najbardziej potrzebujemy na ten moment, to przede wszystkim leki, żywność oraz odzież, gdyż mimo że jest to Afryka, to noce są bardzo zimne. Wszystkich, którzy chcą nam pomóc, zachęcam do włączania się w akcję „Poślij Pączka do Afryki”. Prosimy wszystkich w Polsce, czytelników „Naszego Dziennika”, by wspomóc nas, byśmy mogli odbudować to, co zostało nam i naszym podopiecznym odebrane. Prosimy o gest miłosierdzia wobec naszych braci w Afryce.
Dziękuję za rozmowę.