Najpiękniejszy w życiu
Czwartek, 6 lutego 2014 (02:00)Rozmowa z Tomaszem Sikorą, najbardziej utytułowanym polskim biatlonistą, wicemistrzem olimpijskim z Turynu
Jest Pan optymistą przed olimpijskim startem reprezentantek Polski?
– Tak. Wiem, że dziewczyny znają swoją wartość, że solidnie przepracowały okres przygotowawczy, że niczego nie zaniedbały. Poradzą sobie.
Widzi Pan którąś z nich na podium?
– Prawda jest taka, że praktycznie każda z nich może stanąć na podium. Tyle że to jest biatlon, jedna z najbardziej nieprzewidywalnych dyscyplin sportowych. W historii igrzysk mieliśmy przypadki, gdy medale zdobywali zawodnicy wcześniej niezajmujący miejsc w czołowej „20” Pucharu Świata, a z drugiej strony utytułowani biatloniści, osiągający w PŚ niesamowite sukcesy, z trudem sięgali po jeden krążek. Dlatego niczego nie da się przewidzieć.
W ubiegłym sezonie Krystyna Pałka i Monika Hojnisz zdobyły medale mistrzostw świata. Te sukcesy mogą mieć jakieś przełożenie na Soczi?
– Specjalnie wielkiego znaczenia raczej nie będą miały. Zawody w Novym Meście pokazały, że obie zawodniczki mogą zdobywać medale na imprezach najwyższej rangi, i umocniły je w tym przekonaniu. To ważne. Powiem jednak szczerze, między innymi na swoim przykładzie, że biatloniści mistrzostwa traktują podobnie jak Puchar Świata. Nie przygotowują się do nich specjalnie, jadą jak na każdą inną imprezę. Igrzyska z kolei to coś zupełnie innego, wyjątkowego. Każdy pracuje na nie mniej więcej przez cztery lata.
Powinniśmy się przejmować wynikową huśtawką naszych zawodniczek z ostatnich miesięcy?
– Nie zawracajmy sobie nimi głowy. Gdyby bowiem prześledzić starty wszystkich zawodniczek, które mają szanse na medal w Soczi, to okazałoby się, że każda z nich miała mniejsze bądź większe wahania. My skupiamy się na Polkach, bo nam na nich zależy, a tu problemy miewały i biatlonistki ze ścisłej czołówki Pucharu Świata, co nam umykało. Każda z dziewczyn ma swój plan przygotowań do igrzysk, w Soczi nastąpi chwila prawdy. Co przed nimi i co po nich, nikogo nie będzie interesować.
Polki narzekały na olimpijską trasę, określając ją jako szalenie trudną.
– Kiedy dowiedziałem się, że igrzyska odbędą się w Rosji, od razu wiedziałem, że trasy będą właśnie takie. Tamtejsi zawodnicy bazują bowiem na wytrzymałości i sile, tak w biegach, jak i w biatlonie osiągając sukcesy na najtrudniejszych trasach. Nie miałem okazji ich widzieć, dlatego nie mogę powiedzieć niczego więcej, jednak jestem przekonany, że nasze dziewczyny są na tyle mocne, że sobie poradzą. Więcej, trudne trasy mogą być ich atutem.
Rozmawiamy o paniach, a mężczyzn nie wymieniamy nawet w kontekście walki o przyzwoite miejsca. Nie jest to smutne?
– Powiem krótko: bardzo smutne.
Tak ciężko wychować biatlonistę?
– Ciężko nie ciężko, przede wszystkim potrzeba na to kilku lat spokojnej pracy. W biatlonie nie da się przyjść znikąd i od razu zostać mistrzem, trzeba swoje przeharować i poświęcić. System obowiązujący w polskim sporcie zmusza rokrocznie do osiągania wyników. Zawodnicy doskonale zdają sobie sprawę, że w innym wypadku ich sytuacja materialna diametralnie się pogorszy, bo stracą stypendium. Dotyczy to tak seniorów, jak i juniorów. Tymczasem z własnego doświadczenia wiem, że nie da się pracować i trenować z taką samą intensywnością co roku. W czteroleciu przygotowań do igrzysk powinien znaleźć się jeden sezon nie tyle na odpoczynek, co na złapanie luzu i oddechu. U nas nie ma na to szans, bo traci się środki do życia. I jak tu przekonywać młodego zawodnika, że warto poczekać, poświęcić się, być cierpliwym? Cieszę się, że mamy grupę młodych chłopaków, perspektywicznych, zdolnych, ale drżę, czy dotrwają do wieku seniora. A biatlon to sport pasjonujący, spośród wszystkich dyscyplin zimowych wywołujący największe emocje i stąd tak bardzo kochany przez kibiców.
Biatlon to też siła spokoju, potrzebna przede wszystkim na strzelnicy. A igrzyska to wulkan emocji. Jak te sprawy pogodzić?
– Odpowiednią koncentracją. Na igrzyskach wiele rzeczy może rozpraszać, choćby imprezy im towarzyszące, przeróżne koncerty etc. Jeśli ktoś chce je przeżyć w ten sposób, chwytając się wszystkiego, może zapomnieć o wyniku sportowym. Podstawą jest zatem umiejętność zostawienia „pokus” z boku i skoncentrowania się wyłącznie na swoim celu. Mówię tu oczywiście o zawodnikach, którzy przyjechali z konkretnymi ambicjami. Koncentracja, innego rodzaju, jest kluczem do sukcesu właśnie w biatlonie. Trzeba ją utrzymywać na maksymalnym poziomie, by na trasie człowiekowi wydawało się, że jest sam, i żeby nikt i nic go nie rozpraszało.
Wraca Pan czasami do 25 lutego 2006 roku?
– Oczywiście gdzieś te wspomnienia się pojawiają, ale już rzadko. Mam grupę, którą prowadzę, a emocje, jakie przeżywam teraz w roli trenera, są o wiele większe niż przed laty, gdy byłem zawodnikiem. Podnosi je odpowiedzialność za innych, o wiele bardziej przeżywam starty podopiecznych niż swoje.
Srebro z Turynu było największym sukcesem w Pana karierze?
– Na pewno tak. Były to moje czwarte igrzyska, ostatni start. Do tego dnia nie układały się tak, jak bym sobie wymarzył, ale ten występ odmienił wszystko, całe moje życie. To był najpiękniejszy dzień w mojej sportowej przygodzie. Do tej pory! (śmiech).
Co Pan pamięta z tego dnia?
– Niemal wszystko, także dlatego, że te igrzyska były dla mnie bardzo ciężkie pod względem zdrowotnym, a 25 lutego, aż do startu, wręcz tragiczne. Miałem wielkie problemy z zatokami, w nocy poprzedzającej bieg spałem góra dwie godziny. Gdybym mógł i gdyby to nie były igrzyska, to chyba bym z tej rywalizacji się wycofał. Tymczasem zdobyłem medal i po wszystkim ogarnęła mnie niesamowita fala szczęścia. Ale nie powiem panu, co działo się potem, bo zdobywając medal, człowiek jest oszołomiony i praktycznie prowadzony za rękę: od kontroli antydopingowej aż do wieczornej dekoracji.
A co Pan czuł, mijając metę?
– Ogromne zmęczenie i jeszcze większe szczęście. Ciężko nawet to opisać. Medal olimpijski to spełnienie marzeń, trofeum, na które poświęciło się lata życia, mnóstwo pracy i wyrzeczeń.
Nie tęskni Pan za rywalizacją, startami?
– W wyobraźni staję na starcie bardzo często, przecież poświęciłem biatlonowi ponad 20 lat życia. Gdzieś tam w głowie chciałoby się spróbować ponownie, ale jestem na tyle rozsądny, że wiem, że fizycznie nie dałbym już rady.