Długa droga do zdrowia
Wtorek, 4 lutego 2014 (11:36)Janek i Dawid, dwaj chłopcy, którzy urodzili się w ubiegły czwartek zrośnięci brzuszkami, czują się dobrze, choć nie mogą jeszcze opuścić oddziału intensywnej terapii - poinformowali wczoraj lekarze uczestniczący przy ich porodzie.
- Dzieci są obudzone, każde z nich ma własny inkubator, nie okazują bólu ani objawów zakłócenia krążenia lub oddychania, wyglądają na zadowolone - poinformowała dr hab. Bogumiła Wołoszczuk-Gębicka, kierownik Oddziału Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Opieki Pooperacyjnej Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie, do którego trafili chłopcy. Dodała, że po operacji bliźnięta przyjechały do szpitala karetką noworodkową, co samo w sobie było już wyzwaniem. - Inkubator w karetce noworodkowej jest przeznaczony dla jednego dziecka, a nie dla dwojga. Ponieważ dzieci jednak nie były bardzo duże, nie zabrakło dla nich miejsca w tym jednym inkubatorze. Przyjechały przytulone do siebie - powiedziała Wołoszczuk-Gębicka.
Doktor przyznała, że problemem okazało się także samo znieczulenie dzieci przed zabiegiem ich rozdzielenia, gdyż wymagało to współdziałania grupy anestezjologów. - Do rozdzielenia zajmowaliśmy się jednocześnie dwójką dzieci, które w jakiś sposób tworzyły wspólny organizm. Szczęśliwie dzieci były złączone brzuszkami - skwitowała lekarka. Kierownik Oddziału Neonatologii z Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM dr hab. Bożena Kociszewska-Najman dodała, że każdy z chłopców otrzymał maksymalną liczbę 10 punktów w skali Apgar, nie stwierdzono żadnych powikłań pooperacyjnych, maluchy są w pełni wydolne krążeniowo i oddechowo.
– Zastanawialiśmy się, jak będą zachowywać się ich płucka, ponieważ to są płuca noworodków w 34. tygodniu, które nie są w pełni dojrzałe i czasami może dochodzić do zaburzenia oddychania. W tym przypadku na szczęście okazało się, że wszystko jest w porządku - mówiła Kociszewska-Najman. Lekarze obawiali się również, czy w pełni wydolne będzie krążenie u dzieci, gdyż - jak podkreślili - w jakiś sposób było ono u nich połączone. Na szczęście tu także nie było komplikacji.
- To nie jest pierwszy przypadek w Polsce. O ile mi wiadomo, do tej pory operowanych było około 30 dzieci z tego rodzaju wadą. Niezwykłość polega na tym, że postać tej wady rzeczywiście zdarza się wyjątkowo rzadko - stwierdził prof. Andrzej Kamiński, kierownik Oddziału Klinicznego Chirurgii i Urologii Dziecięcej i Pediatrii Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie. Dodał, że bliźniaki syjamskie, tzw. zroślaki, które nie są w stanie żyć, przeważnie natychmiast umierają po urodzeniu, u pozostałych lekarze starają się doprowadzić do ich rozdzielenia, choć nie zawsze jest to od razu możliwe.
Obecnie dzieci czują się dobrze, choć nie mogą jeszcze w tej chwili opuścić oddziału intensywnej terapii. - Ich leczenie i doprowadzenie do normalnego sposobu życia zajmie jeszcze bardzo wiele czasu. Przyznam, że do tej pory nie wszystkie wady zostały jeszcze zdiagnozowane - podsumował prof. Kamiński.
U dzieci podjęto już pierwsze próby żywienia dożołądkowego, trwają również przygotowania do karmienia przez matkę bliźniaków piersią. Lekarze przewidują, że jeśli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego, to pod koniec tygodnia, najpóźniej na początku następnego, bliźniaki będzie można przenieść z oddziału intensywnej terapii na pooperacyjny.
Chłopców czekają jeszcze kolejne zabiegi, ale zostaną one przeprowadzone po upływie 12 miesięcy, chyba że z jakiegoś powodu trzeba będzie jednak je przyspieszyć. Będą polegały m.in. na odtworzeniu u nich ciągłości przewodu pokarmowego i udrożnieniu układu moczowego. Bliźniaki były połączone brzuszkami w tym miejscu, gdzie występowała u nich przepuklina. Mieli również oddzielne worki owodniowe. Lekarze twierdzą, że na świecie opisano jedynie 12 podobnych przypadków. Chłopcy mieli jednak oddzielne wszystkie najważniejsze narządy wewnętrzne, takie jak serce, nerki, płuca i wątroba, co - według prof. Kamińskiego - daje im dużą szansę, by byli w pełni zdrowi i mogli prawidłowo się rozwijać. - Nie mogę jednak dać pełnej gwarancji, że tak właśnie będzie, zawsze może się wydarzyć coś nieoczekiwanego – podkreślił Kamiński.
Piotr Czartoryski-Sziler