Ewakuacja nie wchodzi w rachubę
Wtorek, 4 lutego 2014 (11:33)Z o. Benedyktem Pączką OFMCap, misjonarzem posługującym w miejscowości Ngaoundaye w Republice Środkowej Afryki, rozmawia Izabela Kozłowska
Otrzymaliśmy informacje o zagrożeniu życia polskich misjonarzy posługujących w miejscowości Ngaoundaye w Republice Środkowoafrykańskiej. Jaka jest obecnie sytuacja polskich misjonarzy?
- W chwili obecnej nasze życie nie jest zagrożone. Dzisiaj rano otrzymaliśmy informację, że do nas zmierzają cztery samochody z uzbrojonymi rebeliantami z Seleki. Być może po raz kolejny chcą ograbić misję, a może jedynie planują przejechać przez wioskę. Wszystko jednak jest możliwe.
Dlatego postanowiliśmy opuścić misję. Schroniliśmy się około kilometr od niej. Z miejsca, w którym obecnie przebywamy, mamy dobry widok na całe nasze miasteczko. Obecnie jesteśmy bezpieczni. Jeśli pojawi się jakiekolwiek zagrożenie dla naszego życia, jesteśmy gotowi do ucieczki w busz. Cała ta sytuacja powoduje, że odczuwamy już ogromne zmęczenie. Od dwóch tygodni jesteśmy w pełnej gotowości do ucieczki. Nocą najmniejszy szmer stawia nas na nogi. Wierzymy jednak, że ta bardzo trudna i dramatyczna sytuacja w końcu zostanie zakończona. Dlatego apeluję do wszystkich, by pamiętali o nas w modlitwie.
Ile osób posługuje na misji w Ngaoundaye?
- W chwili obecnej misja ta liczy siedem osób. Oprócz mnie są dwie siostry zakonne i świecka wolontariuszka z Polski. Ponadto wśród nas jest 81-letni brat Francesco, który od ponad pięćdziesięciu lat jest misjonarzem, oraz dwóch mieszkańców Republiki Środkowoafrykańskiej.
W związku z zaistniałą sytuacją dzisiaj ma odbyć się spotkanie w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Możliwa jest ewakuacja misji?
– Już wcześniej pojawiało się kilka propozycji dotyczących naszej ewakuacji. Nie jest to miejsce chronione przez żadne wojsko. Ewakuacja nie wchodzi w rachubę. Jesteśmy tutaj, aby służyć i nie możemy opuszczać tych wszystkich ludzi, dla których codziennie niesiemy pomoc. Jesteśmy z nimi bez względu na wszystko.
Wspomniał Ojciec, że nie pierwszy raz rebelianci najeżdżają na misję w Ngaoundaye...
- Misje katolickie zawsze są na pierwszym planie grabieży. Wynika to z tego, że tu rebelianci znajdą wiele potrzebnych rzeczy. Mamy samochody, jakieś pieniądze, leki. Na misji jest elektryczność. W RŚA mamy pięć misji i dotychczas tylko jedna nie została dotknięta atakami ze strony rebeliantów. To pokazuje, że misje są łatwym łupem.
Jakie jest podłoże konfliktu w Republice Środkowoafrykańskiej?
– Media bardzo często podają, że konflikt ten ma podłoże religijne. Jest to nieprawda. Konflikt ten rozpoczął się od zamachu stanu w marcu ubiegłego roku. Wówczas ekstremiści islamscy wkroczyli do RŚA i zaczął się konflikt między muzułmanami a chrześcijanami. Nasi środkowoafrykańscy współbracia wielokrotnie podkreślają w rozmowach, że nigdy wcześniej w ich kraju nie dochodziło do walki między wyznawcami Chrystusa a religii Mahometa. Wręcz przeciwnie, żyli oni w przyjaźni, wzajemnie siebie wspierając. Tą wzajemną przyjaźń zniszczono w marcu 2013 roku, kiedy Michel Djotodja ogłosił się samozwańczo prezydentem RŚA, a następnie podał się do dymisji.
Od tego momentu rozpoczął się konflikt między muzułmanami i chrześcijanami. Islamiści zaczęli zabijać, gwałcić, grabić i niszczyć dobytki całego życia. Co więcej, chrześcijanie są zmuszani do wnoszenia opłat za przejście za drogę. We własnym kraju musieli płacić haracze. To wszystko wywoływało gniew.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska