Jesteśmy emerytalną kolonią!
Poniedziałek, 3 lutego 2014 (11:03)Z dr. Marianem Szołuchą, ekonomistą, rozmawia Marta Milczarska
Ponad połowa emerytalnych składek Polaków w OFE ma dzisiaj trafić do ZUS. Jest to pokłosie znowelizowanej ustawy o zmianach w systemie emerytalnym, która przewiduje także, że przyszli emeryci będą mogli decydować, czy nadal chcą przekazywać część składki do OFE, czy też jej całość do ZUS. Co doradziłby Pan, jako ekonomista, przeciętnemu Polakowi?
– W sytuacji, gdy Polska jest jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie, a w dodatku nasza gospodarka rozwija się w tempie zaledwie 1-2 proc. rocznie, żadna konstrukcja systemu emerytalnego nie zapewni godnej jesieni życia. Dlatego możemy jedynie wybrać mniejsze zło. Będzie nim ZUS.
OFE po pierwsze pobierają ciągle zbyt wysokie prowizje od zarządzania naszymi oszczędnościami. Po drugie, nie mają możliwości inwestowania w realną gospodarkę, na przykład w energetykę czy nieruchomości. Po trzecie, rządzący właśnie pokazali, że nawet pieniądze zgromadzone przez nas w II filarze nie są bezpieczne i państwo może po nie w każdej chwili sięgnąć.
Na aktualności zyskuje więc stara jak świat zasada, że najpewniejszą inwestycją na starość są dzieci i nieruchomości.
Z danych za ubiegły rok wynika, że ZUS pomnożył składki przyszłych emerytów zaledwie o 2,7 procent. To prawie trzy razy słabszy rezultat niż w poprzednich latach, czyli mniej niż uzyskalibyśmy z lokat bankowych czy obligacji. Dlaczego tak się dzieje?
– Oczywiście winna temu jest demografia. Według współczynnika dzietności, Polska jest 212. na 224 państwa na świecie. To prawdziwy dramat.
Dodajmy do tego przywileje emerytalne służb mundurowych oraz sędziów i prokuratorów, którzy są wyłączeni z powszechnego systemu, a otrzymują świadczenia – jak na polskie warunki – horrendalnie wysokie. Chyba tylko po to, by w razie czego władza miała te struktury po swojej stronie.
Musimy też sobie uświadomić, że wszystkie ZUS-owskie wyliczenia są wirtualne. Tam nie ma żadnych pieniędzy! To, co mamy otrzymywać na emeryturze, będą musiały wpłacić w tym samym czasie nasze dzieci i wnuki do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych w formie składek oraz do budżetu w formie podatków. Rząd nic nie da od siebie. A mógłby to zrobić, zamiast rozgrabiać teraz Fundusz Rezerwy Demograficznej na bieżące potrzeby czy pozwalać na wypływanie dziesiątków miliardów złotych z kluczowych spółek Skarbu Państwa, o czym w znakomitym artykule pisał ostatnio Janusz Szewczak.
Ubywa pracujących, powiększa się liczba pracujących na umowach śmieciowych lub „na czarno”. Trzeba pamiętać też, że zwiększa się liczba Polaków emigrujących za chlebem. Czy będzie to miało wpływ na nasze emerytury?
– Oczywiście. Każdy kolejny emigrant to ubytek dla gospodarki, to dodatkowe obciążenie budżetu, z którego trzeba coraz więcej dopłacać do ZUS, to wreszcie przybliżenie perspektywy bankructwa naszych finansów publicznych.
Sprawa z umowami o dzieło i zlecenie dla mnie osobiście nie jest już taka jednoznaczna. Jeśli ktoś dobrowolnie wybiera taką formę zatrudnienia, godząc się na podjęcie pewnego dodatkowego ryzyka w zamian za większe wynagrodzenie na rękę, które potem inwestuje we własnym zakresie, to nie mam nic przeciwko temu. Problem jednak zaczyna się tam, gdzie pracodawca nie daje pracownikowi wyboru i zmusza do podpisania umowy cywilnoprawnej zamiast umowy o pracę lub, co gorsza, zatrudnia na czarno.
Pomimo zapewnień rządzących, że kryzys nas ominął i jesteśmy zieloną wsypą, pensje nie rosną...
– Nie rosną, bo ludzie na najwyższych stanowiskach w państwie mają albo ograniczone horyzonty, albo brak im wiary we własny Naród. Przyjęli bowiem strategię, że jedyną szansą na rozwój Polski jest zagraniczny kapitał, a jedynym sposobem na jego przyciągnięcie są niskie koszty pracy. One też mają być źródłem konkurencyjności polskiego eksportu. Premierowi i kolejnym ministrom nie przychodzi do głowy, że Polacy po ćwierćwieczu transformacji mają prawo do godnych zarobków, a lepsze i trwalsze efekty rozwojowe można osiągnąć, czyniąc naszą gospodarkę atrakcyjną ze względu na rozbudowaną infrastrukturę, niskie podatki, przyjazne i stabilne prawo etc.
Innym powodem tego, że mało zarabiamy, jest niski udział wysokich technologii w naszej gospodarce. Mogłyby one uczynić pracę Polaków bardziej wydajną, a przez to opłacalną. Ale to temat na osobną, długą rozmowę.
Niestety, wygląda na to, że po roku 1989 skazano nas na pozycję kraju o znamionach współczesnej kolonii.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska