• Poniedziałek, 13 kwietnia 2026

    imieniny: Marcina, Przemysława

Ciężka dawka propagandy

Poniedziałek, 3 lutego 2014 (02:00)

Premier zapowiedział darmowy podręcznik dla pierwszoklasistów. Ale taki papierowy jak za komuny. Dwa lata temu obiecywał e-podręczniki.

Donald Tusk i minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska nieoczekiwanie poinformowali w sobotę o konieczności wprowadzenia darmowego podręcznika. Premier, który zazwyczaj w sobotę jest w Gdańsku, tym razem w siedzibie rządu na wszystkie sposoby tłumaczył, że rząd dostrzegł problem drogich podręczników. Zresztą dwa lata temu podczas inauguracji roku szkolnego w jednej ze szkół w województwie pomorskim również obiecywał, ale e-podręczniki, które miały wyeliminować te płatne. E-podręczników raczej nie będzie. Rząd jednak utrzymuje, że zmiany stanowią również bazę do wprowadzenia e-podręczników.

– Jestem przekonany, że do roku 2015 e-podręcznik w podstawowym wymiarze będzie za darmo, będzie dostępny dla każdego ucznia na laptopie, na iPadzie, że ten moment jest coraz bliżej. Zakładamy, że w 2015 r. wszystkie dzieci w szkole powinny móc korzystać z tego dobrodziejstwa techniki – mówił Donald Tusk w 2012 r. podczas rozpoczęcia roku szkolnego.

W sobotę minister Kluzik-Rostkowska nie miała już tak dobrych informacji.

– Na mocy ustawy dopuszczone do użytku będą tylko podręczniki wieloletnie. Naszą intencją jest, żeby podręczniki były wieloletnie, żeby służyły przynajmniej trzem kolejnym rocznikom dzieci – wyjaśniała.

– I tak w 2015 r. rząd nakaże wydawcom wyczyszczenie wszystkich treści, które czynią te podręczniki jednorocznymi – tłumaczyła. Nie będzie więc już kolorowanek, wyklejanek, miejsc do pisania i rozwiązywania zadań. Co więcej, Tusk po 6 latach sprawowania urzędu premiera, odkrywając, że książki są drogie, zapowiedział powrót do praktyk sprzed wielu lat, kiedy książki przekazywano kolejnym rocznikom. Książka ma być więc własnością szkoły, a z perspektywy rodziców ma być „darmowa”.

– Pamiętam również projekt e-podręcznika, który miał ukrócić brutalną rywalizację wydawców. Od dwóch lat nic w tej sprawie nie zrobiono. Podobnie jest z innymi projektami rządu, ich szumnymi zapowiedziami, pozostaje więc tylko szum i pustosłowie. Dlatego oceniam to w ten sposób, że była to sobota pusta pod względem medialnym, więc zapowiedziano nowy pomysł, nie dając żadnego konkretu. To wszystko jest mgławicowe, więc bez konkretnego projektu rozporządzenia w nic takiego nie uwierzę – komentuje rządowe deklaracje prof. Włodzimierz Bernacki (PiS) z sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży.

Jak dodaje, rząd obiecuje różne rzeczy, ale niestety nie dotrzymuje słowa tam, gdzie opór społeczny wobec edukacyjnych eksperymentów jest bardzo duży. Chodzi oczywiście o wprowadzenie obowiązku szkolnego dla 6-latków, wbrew opinii milionów rodziców, czy nowych programów nauczania, które eliminują np. historię.

– Rządowi idzie to wspaniale – dodaje Bernacki.

Na ten wątek zwrócił uwagę poseł Kazimierz Michał Ujazdowski (PiS), który przypomniał, że opozycja liczyła na wycofanie się ze złej decyzji polegającej na stosowaniu przymusu szkolnego wobec sześciolatków. – Działo się to wbrew prawu rodziców i wbrew dobru dzieci. Rząd okazuje w tej sprawie zawziętość i arogancję. Dlatego traktujemy to, co zadeklarował w sobotę Donald Tusk, raczej jako osładzanie przykrej decyzji polegającej na wepchnięciu sześciolatków przymusowo do sal szkolnych bez przygotowania wielu szkół do tego eksperymentu – tłumaczy Ujazdowski.

Premier wskazał już winnych obecnej sytuacji – to wydawcy książek. Tusk przekonywał, że koszt produkcji podręcznika dla ok. 550 tys. pierwszoklasistów w tym roku nie powinien przekroczyć 10 mln złotych. Zaznaczył przy tym, że rodzice wydają dzisiaj na tzw. boksy w pierwszej klasie blisko 140 mln złotych. Według niego, koszty zakupu podręczników są dziś niewyobrażalnie wysokie w porównaniu z realnymi kosztami ponoszonymi przez wydawców. – Wydawcy wyciągają od rodziców 137 mln złotych. (…) Oni przygotowują ofertę oczywiście bogatszą, rozbudowaną, ale tak naprawdę nikt jej nie potrzebuje. Na tym polega problem – zaznaczył.

Tymczasem do takiej, a nie innej sytuacji doprowadziło przecież samo Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Darmowy i przekazywany kolejnym rocznikom podręcznik ma być dostępny już od września. Tylko dla klas pierwszych. W kolejnych latach z takich podręczników uczyć się będą także uczniowie drugich i trzecich klas szkół podstawowych. – Nowy elementarz służył będzie do nauki języka polskiego, matematyki, przyrody i edukacji społecznej. Jego przygotowanie zleci i sfinansuje MEN – poinformowała minister Kluzik-Rostkowska.

Podręczniki będą własnością szkoły, a dokładnie organu prowadzącego szkoły podstawowe, a więc samorządu. Zasady wypożyczania podręczników uczniom określał będzie dyrektor placówki. Przygotowany podręcznik służyć będzie trzem kolejnym rocznikom uczniów. Dodatkowe materiały, np. ćwiczenia, na wszystkich etapach edukacji nie będą obowiązkowe. MEN zapewnia, że do użytku szkolnego będą dopuszczone jedynie te podręczniki, które nie będą zawierać: pytań, poleceń, zadań i ćwiczeń wymagających uzupełnienia w egzemplarzu podręcznika oraz odwołań i poleceń wymagających korzystania z dodatkowych płatnych materiałów dydaktycznych przeznaczonych dla ucznia.

Co więcej, po wejściu w życie nowych przepisów wydawcy lub podmioty dokonujące obrotu podręcznikami nie będą mogły łączyć sprzedaży podręczników z innymi dodatkowymi materiałami przeznaczonymi dla ucznia. To oznacza, że każdy potrzebny podręcznik będzie można kupić oddzielnie, bez konieczności zaopatrywania się w nie zawsze potrzebne materiały dodatkowe. Od 2014 r. ma się też zmienić sposób wyboru podręcznika do danego przedmiotu. Kluzik-Rostkowska zapowiedziała, że to zespół nauczycieli, a nie – tak jak jest obecnie – nauczyciel, będzie podejmował decyzje w tym zakresie. Wybór podręcznika opiniować będzie Rada Rodziców.

Poseł Włodzimierz Bernacki (PiS) jest jednak zdziwiony propozycją rządu.

– Spoglądam na to z dużym sceptycyzmem. Odciążenie finansowe rodziców jest czymś dobrym i właściwym, ale pamiętam szumne zapowiedzi dotyczące różnych sfer działalności ministerstwa i z tych zapowiedzi nic nie pozostało. W tej propozycji jest więcej znaków zapytania niż konkretów. Kto to ma np. te podręczniki finansować? – ministerstwo czy środki samorządowe, które są bardzo mocno obciążone finansowaniem edukacji – pyta poseł.

Maciej Walaszczyk