Wolontariusz to miłosierny Samarytanin
Piątek, 31 stycznia 2014 (18:07)Z Konradem Kapcią, alumnem V roku Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu, wolontariuszem radomskiego Hospicjum Królowej Apostołów, rozmawia Izabela Kozłowska
Które z przeżytych momentów w trakcie posługi wolontariusza pozostają najdłużej w pamięci?
– Ja najbardziej zapamiętałem sytuacje, w których podopieczni hospicyjni już prawie umierali. Przyglądałem się wielkiemu cierpieniu tych biednych ludzi, którzy nic już nie mogli zrobić. Byli oni całkiem uzależnieni od drugiego człowieka.
Uświadomiłem sobie, że w każdej chwili to ja mogę być w takiej sytuacji, gdzie nie będę mógł ruszyć ręką, nogą, wypowiedzieć słowa; po prostu nie będę mógł normalnie funkcjonować. Pyta pani, jakie wydarzenie najbardziej zapisało mi się w pamięci. Dużo było takich momentów. Jednak chciałbym przytoczyć sytuację sprzed roku. Gdy byłem w sobotę na dyżurze, zadzwonił telefon z prośbą o przyjazd do chorego w bardzo ciężkim stanie. Przyjechaliśmy na miejsce z dr Marią, pielęgniarką i wolontariuszką.
Stan chorego rzeczywiście był dramatyczny. Na szczęście była przy nim cała rodzina, wspierała go. Pani doktor badała chorego, próbowała się z nim porozumieć, chociaż kontakt był utrudniony. Ja w tym czasie z wolontariuszami rozmawiałem z rodziną. Opowiadali nam, ile dobra otrzymali od chorego. Jak się troszczył o całą rodzinę, jak dobrym jest człowiekiem. W pewnym momencie podszedłem z dr Marią do chorego i zobaczyłem ogromne cierpienie tego człowieka.
Jednak moją uwagę zwróciły oczy chorego, oczy pełne radości i chęci do życia. Gdy wracaliśmy do hospicjum na ul. Wiejską, zapytałem panią doktor o te oczy. Zdziwiłem się odpowiedzią! Doktor Maria stwierdziła, że takie oczy ma się kilka godzin przed śmiercią. I rzeczywiście, na drugi dzień odbył się pogrzeb. Przyszła mi wtedy do głowy myśl, że ja kiedyś też mogę być w takiej sytuacji. Pozostanie tylko kilka chwil do zakończenia życia na ziemi i te oczy pragnące żyć…
Co jest najtrudniejsze, a co sprawia najwięcej radości?
– Dla mnie najtrudniejsze jest oglądanie niesamowitego cierpienia podopiecznych. Rodzi się we mnie ból, że niewystarczająco umiem pomóc choremu. Jak wiadomo, różne są relacje w rodzinach. Smutne jest, gdy przyjeżdżamy do chorych i dowiadujemy się, że są sami.
W takich granicznych sytuacjach przy łóżku chorego powinna zebrać się cała rodzina, by jak mówił ks. Eugeniusz Dutkiewicz (inicjator i organizator domowej opieki hospicyjnej w Polsce), bezinteresownie trwać przy umierającym. Wtedy powinien ustąpić gniew, żal, rozgoryczenie w stosunku do chorego.
W związku z tym widzę problem znieczulicy, która obejmuje nawet najbliższych chorego. Rodzi się we mnie pytanie: czy nie można zostawić tego wszystkiego i najzwyczajniej w świecie przylgnąć do chorych, jak czynił to Pan Jezus? Jednak mimo tego wszystkiego jakże piękny jest widok ludzi, którzy umierają z godnością, promieniując szczęściem. Przypominam sobie dużo uśmiechniętych przed śmiercią twarzy. Przecież tak naprawdę idą oni do Boga, który ich kocha i zawsze kochał, nawet gdy inni ich nie kochali.
Najwięcej radości sprawia mi widok leżącego chorego, przy którym jest najbliższa rodzina. Obserwując chorych, widzę, jak ważne jest, by ktoś przy nich był. Oni nie mogą się czuć samotni, nie mogą zostać sami ze swoją chorobą. Bardzo istotne jest współcierpienie z nimi, wczucie się w ich dramatyczną sytuację. W dzisiejszym świecie pełnym egoizmu uświadomiłem sobie, że życie przeżywa się od zależności do zależności. Jest to tajemnica, którą Bóg objawił nam przez Pana Jezusa. Zauważmy, że Jego życie prowadziło od żłóbka do krzyża. Pan Jezus, urodzony w całkowitej zależności od tych, którzy Go otaczali, umarł jako bierna ofiara działań i decyzji innych ludzi.
Radomskie hospicjum działa od jedenastu lat. Niosąc pomoc, boryka się także z licznymi problemami. Wiem, że potrzeba większej liczby lekarzy wolontariuszy. Jak zachęcić inne osoby, by dołączyły do zespołu wolontariuszy?
– Zanim odpowiem na to pytanie, zacytuję myśl ks. Eugeniusza Dutkiewicza z rekolekcji hospicyjnych: „Jeśli ktoś się denerwuje, męczy, towarzysząc umierającym – musi odejść. Tu trzeba przyjść z powołania. Jesteśmy świadkami odchodzenia. Wszyscy równi w działaniu: wolontariusz, lekarz, pielęgniarka… A słowo »świadek« pochodzi z łac. »męczeństwo«. W życiu świadka zapisana jest idea męczeństwa. Służbie umierającemu warto się poświęcić. To chory nas prowadzi. Za każdym razem, jak Szymon Cyrenejczyk, muszę równać rytm swoich kroków z tym, kto odchodzi. I wtedy w twarzy umierającego widzę Chrystusa”.
Być w hospicjum to odkryć w sobie powołanie. Podobnie jak do kapłaństwa, życia w zakonie. Tak, jest też powołanie do bycia, ciągłego stawania się wolontariuszem. Być wolontariuszem to oddać część siebie drugiemu, bliźniemu. Wolontariusz to taki biblijny miłosierny Samarytanin, który widzi nędzę drugiego człowieka. Oprócz tego, że widzi, to jeszcze chce pomóc. Pomóc, ale w jaki sposób? Bezinteresowny, całkowicie darmowy, nie oczekując nic w zamian… Każdy z nas pod karą grzechu zaniechania ma obowiązek bezwzględnej służby bliźniemu.
Ksiądz Dutkiewicz dodał, że „służba drugiemu człowiekowi wpisana jest w człowieczeństwo”. Trzeba nam się nauczyć zapominać o sobie na rzecz umierającego, swoje wszystkie sprawy: łatwe, a w sposób szczególny te trudne, zostawić za drzwiami chorego. Decydując się na posługę wolontariusza, należy również pamiętać o czuwaniu, to znaczy utrzymywać serdeczne więzi z chorym i jego rodziną. Zakończę cytatem z ks. Dutkiewicza, zachęcając do zastanowienia się nad sprawą wolontariatu: „Czy spowiadam się z tego, że mój uśmiech jest bez ciepła, a słowa nie niosą treści? Tak wiele czynimy na pokaz. Do umierającego przychodzimy bez maski, obnażając swą prawdę.
On także w obliczu cierpienia staje przerażająco prawdziwy. Jak mówi psalmista: »Głębia przyzywa głębię«. Bóg przemawia do nas w milczeniu. W pokojach chorych, w niezwykłej przestrzeni sakralnej panuje cisza. Dopiero w niej możemy odnaleźć prawdziwe znaczenie słowa. Jeśli się spieszysz, nie przychodź tu. Zastąpi cię pies, zając, jeleń. One muszą zatrzymać się na chwilę, żeby usłyszeć”. Zastanów się i zgłoś na ul. Wiejską w Radomiu. Czeka na Ciebie zespół hospicyjny, a przede wszystkim chorzy terminalnie.
Dziękuję za rozmowę.
Wczoraj na portalu NaszDziennik.pl opublikowaliśmy rozmowę z alumnem Kamilem Kowalskim, również posługującym w Hospicjum Królowej Apostołów w Radomiu. Można przeczytać ją tutaj.
Izabela Kozłowska