To nie handel, to polityka
Czwartek, 30 stycznia 2014 (20:37)Z posłem Janem K. Ardanowskim (PiS), wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, rozmawia Krzysztof Losz
Rosja wprowadziła embargo na przywóz mięsa z krajów Unii Europejskiej, w tym z Polski. To decyzja podyktowana troską o zdrowie obywateli czy trzeba ją traktować jako krok polityczny?
– Handel z Rosją ma tylko i wyłącznie aspekt polityczny. Tymczasem w Polsce plecie się bzdury, że jak nie będziemy drażnić Rosji, to sprzedamy im nasze świnie i jabłka. Rosja przy pomocy handlu z UE załatwia swoje interesy, jak trzeba, to wprowadza embargo także na produkty z Niemiec, Danii czy Holandii. I nagle okazuje się, że żywność, która przez wiele miesięcy spełniała wszystkie normy, z dnia na dzień ich nie spełnia. Więc i decyzja o zakazie importu do Rosji wieprzowiny z państw unijnych ma charakter polityczny. Kreml po raz kolejny pokazuje, że to on decyduje, kto może z Rosją handlować i za ile. To prawda, że wśród firm, które wysyłają na Wschód żywność, zdarzają się nieuczciwi przedsiębiorcy, bo tego nie da się uniknąć. Ale nikt rozsądny nie będzie wzywał do tego, aby karać z tego powodu wszystkich. Chyba że taki krok wynika z innych kalkulacji. Gdyby nie ostatnie spory polityczne Rosji z UE, to żadnego embarga by nie było.
Czy w takim razie te wydarzenia mają związek z tym, co dzieje się w ostatnich miesiącach na Ukrainie?
– Jak najbardziej. Rosja w ten sposób chce wywrzeć nacisk na państwa UE, aby przestały zajmować się Ukrainą. To jest taki znak ostrzegawczy, ale my nie możemy temu ulegać. Rola Polski też w kwestii Ukrainy jest bardzo ważna. Z Rosją trzeba handlować, ale nie za wszelką cenę. Nie może być tak, że zgodzimy się w zamian za to na dyktat Kremla.
Jednak wielu polityków i przedsiębiorców twierdzi, że handel z Rosją, sprzedawanie tam naszej żywności, leży w naszym żywotnym interesie...
– Nie można za handel poświęcić polskiej polityki w krajach, które Rosja uznaje za swoją sferę wpływów. I nie wierzmy też w miraż rynku rosyjskiego. Naprawdę na świecie jest wiele rynków, gdzie jesteśmy słabo obecni, a można na nich zarobić dużo więcej pieniędzy, niż handlując z Moskwą. Mam tu na myśli np. Daleki Wschód i Afrykę Północną. Powinniśmy szukać nowych rynków, a nie liczyć tylko na Rosję. Tym bardziej że zapotrzebowanie na importowaną żywność w wielu regionach świata będzie szybko rosło.
Działania rosyjskich władz trzeba chyba też rozpatrywać w kategoriach państwowego interwencjonizmu?
– Oczywiście. My patrzymy na Rosję jeszcze przez pryzmat Związku Sowieckiego, gdy ten kraj nie był w stanie wyżywić swoich obywateli i brał żywność z Polski, kupował też ogromne ilości zboża w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem Rosja teraz jest ogromnym eksporterem pszenicy – rocznie wysyła jej za granicę 20 mln ton, a chce zwiększyć w przyszłości eksport do 50 mln ton. Rosjanie dzięki dochodom ze sprzedaży ropy, gazu, metali inwestuje ogromne środki w swój sektor rolno-przemysłowy i wielkie fermy hodowlane, zakłady przetwórcze powstają zwłaszcza w okolicach dużych miast. Moskwa chce nie tylko być samowystarczalna, ale chce stać się też dużym eksporterem żywności i po prostu jak tylko może, walczy z konkurencją zachodnią, także polską.
Dziękuję za rozmowę.