• Niedziela, 22 marca 2026

    imieniny: Katarzyny, Bogusława

Stoję na ziemi

Czwartek, 30 stycznia 2014 (02:12)

Z Piotrem Wyszomirskim, bramkarzem reprezentacji Polski w piłce ręcznej, rozmawia Piotr Skrobisz

Szóste miejsce Polski na mistrzostwach Europy to sukces czy porażka?

– Pamiętam, że mało kto dawał nam szanse na wyjście z grupy, w której rywalizowaliśmy z Francją, Serbią i Rosją. Po dwóch przegranych meczach nastroje były jeszcze bardziej minorowe, ale potem rozpoczęliśmy zwycięski marsz. Była wspaniała pogoń w spotkaniu z Rosją, szczęście w potyczce z Białorusią, wiele niezapomnianych chwil w meczu ze Szwecją. Żałuję przegranego starcia z Islandią o piąte miejsce, zawsze by to wyglądało trochę lepiej, ale taki już jest sport, że trudno w nim coś przewidzieć.

Szkoda meczu z Islandią, a tak naprawdę byliście o krok od półfinału, czyli gry o medal. Czego zabrakło?

– Półfinał bezpośrednio przegraliśmy w pojedynku z Chorwacją. Zabrakło w nim trochę sił, a konkretnie dnia przerwy po niesamowicie męczącym boju ze Szwedami. Wcześniej, gdy graliśmy co dwa dni, doskonale się regenerowaliśmy i wytrzymywaliśmy kondycyjnie do ostatniej minuty bez problemu. Z Chorwacją nieco zeszło z nas powietrze po przerwie i nie graliśmy na takim poziomie, do jakiego przyzwyczailiśmy widzów. Wspominamy ten mecz, a równie ważna dla dalszego przebiegu rywalizacji była grupowa porażka z Francją. Toczyliśmy z nią piękny, wyrównany bój, mogliśmy nie tyle zremisować, co wygrać, ale minimalnie, jednym golem przegraliśmy. Gdybyśmy zwyciężyli, to dziś chyba rozmawialibyśmy w inny sposób.

Mimo tego, że nie dotarliście do najlepszej czwórki, mimo braku medalu, o którym marzyliśmy, po raz pierwszy od dłuższego czasu wyjechaliście chyba z wielkiej imprezy z poczuciem, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Mam rację?

– Też odnoszę takie wrażenie. Cieszę się przede wszystkim z postawy młodych kolegów. Piotrek Chrapkowski w ogóle nie był typowany do wyjazdu na mistrzostwa, a tymczasem pojechał i nawet grał na newralgicznym środku obrony. A kto przed turniejem słyszał o Kubie Łucaku? Niby nie poradził sobie w Kielcach, wyjechał do Głogowa i nagle wyskoczył jak filip z konopi. W Danii zagrał rewelacyjnie, odważnie, bez kompleksów. Okazało się, że nie trzeba się bać, trzeba tylko wierzyć i robić swoje.

Wy, młodzi, czujecie się na siłach w większym stopniu wziąć na swoje barki odpowiedzialność za reprezentację?

– Oczywiście nie będzie tak, że nagle młodzież szeroką falą zaleje kadrę i zajmie miejsca starszych zawodników. Nie, bo doświadczenie jest bezcenne, nie wspominając już o umiejętnościach i klasie. Mam nadzieję, więcej, jestem przekonany, że stworzymy mieszankę rutyny z młodością, powiewem świeżości, która eksploduje w najważniejszym momencie, czyli na mistrzostwach Europy w Polsce.

Mecz ze Szwecją był najlepszy i najważniejszy w Pana dotychczasowej karierze?

– Miałem trochę czasu po mistrzostwach, analizowałem go z rodzicami i dziewczyną i mogę odpowiedzieć twierdząco. Tak, to był mój najlepszy mecz. Do tej pory.

Dodał skrzydeł?

– Podbudował, utwierdził w przekonaniu, że jestem w stanie na takim poziomie grać w narodowej drużynie. Ciężko osiągnąć podobny poziom skuteczności, jaki miałem przeciw Szwedom, byłem szczęśliwy, lecz natychmiast zszedłem na ziemię i stoję na niej mocno obiema nogami. Nie mogę osiąść na laurach, tylko jeszcze ciężej pracować, by takie mecze stały się normą.

Sławomir Szmal może zacząć się bać?

– (śmiech). Nie, nigdy nie stawiałem i nie będą stawiał sprawy w ten sposób. Sławek jest jeden, niepowtarzalny, nie mogę nawet się z nim porównywać. Nie przez przypadek był wybierany na najlepszego bramkarza świata, to wielki piłkarz. Chciałbym kiedyś choćby się do niego zbliżyć, ale zobaczymy, co da Bóg i co przyniesie życie.

Co Panu najbardziej w nim imponuje?

– Skromność, wręcz niesamowita, pracowitość i koleżeństwo. Mamy bardzo podobne charaktery i spojrzenie na świat, pewnie dlatego tak dobrze się dogadujemy.

A jeśli chodzi o kwestie czysto sportowe?

– Ktoś może powiedzieć, że Sławek ma już swoje lata. Fakt, starzeje się, jak każdy, ale proszę zobaczyć, jak jest niesamowicie szybki i sprawny, jak jest wygimnastykowany i rozciągnięty. Czasem patrzę, jak trenuje i ile pracy wkłada w ciągłe podnoszenie swych umiejętności, to jest zadziwiające. Sławek to skarbnica wiedzy, ogromne doświadczenie, fantastycznie się ustawia do piłek, odczytuje zagrania rywali. Wielka klasa.

Co Pan musi poprawić, by zbliżyć się do Szmala?

– Zacząłem się niedawno interesować psychologią sportu, natrafiłem na ciekawe książki na ten temat. To niesamowite, ile rzeczy rozgrywa się w głowie, jak wiele można zmienić poprzez właściwe, albo i nie, nastawienie. Nawet jeśli człowiek jest wytrenowany na maksimum, a psychika nie zadziała, spali się. Oczywiście to tylko jakaś część pracy nad sobą. Ja zawsze, przed każdym meczem, modlę się, wiara to bowiem absolutna podstawa, rozmowa z Panem Bogiem uspokaja mnie, dodaje sił. A żeby się zbliżyć do Sławka, trzeba być pracoholikiem jak on (śmiech).

Na dobre zakotwiczył Pan na Węgrzech (Piotr Wyszomirski gra w klubie Csurgoi KK)?

– Jechałem tam trochę w nieznane, szybko zaimponowała mi organizacja i profesjonalizm klubu. Klubu młodego, ale świetnie się rozwijającego. W tym sezonie, debiutanckim w europejskich pucharach, już awansowaliśmy do fazy grupowej Pucharu EHF, a może być jeszcze lepiej. Bardzo dobrze się tam czuję, Węgrzy lubią Polaków, zatem nawet nie myślę o zmianie pracodawcy.

Na koniec wróćmy do reprezentacji. Co trzeba zrobić, by w 2016 roku na kolejnych mistrzostwach Europy święcić sukces?

– Żeby była jakaś prosta recepta… Przede wszystkim musimy zakwalifikować się do przyszłorocznych mistrzostw świata w Katarze. Nie będzie to łatwe, bo w barażach zmierzymy się z Niemcami, jednak dla budowy i przyszłości zespołu udział w mundialu to podstawa. Obowiązek. A jeśli na niego pojedziemy, pokażemy się z dobrej strony i przynajmniej otrzemy o półfinał, to w 2016 roku, przed własną publicznością, możemy osiągnąć wszystko. Jestem o tym przekonany.

Dziękuję za rozmowę.