• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Nie ugięła się pod presją

Czwartek, 23 stycznia 2014 (11:02)

Pani Cecylia, z zawodu pielęgniarka, na początku lat osiemdziesiątych zachorowała na gruźlicę płuc. Wraz z tą smutną informacją, przyszła druga – po raz szósty była w stanie błogosławionym. Lekarze widzieli tylko jedną możliwość – chcieli ratować matkę, tym samym uśmiercając dziecko.

Pani Cecylia bardzo ciężko pracowała. Przecież żeby wychować pięcioro dzieci, trzeba było dobrze się nagłowić. Niestety, jej organizm nie wytrzymał obciążenia – zachorowała na prątkującą gruźlicę rozpadową obu płuc. Właśnie w tym czasie dowiedziała się, iż nosi pod sercem kolejne dziecko. 18 maja 1984 roku zgłosiła się do poradni przeciwgruźliczej w Sanoku i wtedy napotkany tam lekarz usiłował skłonić ją do zabicia poczętego dziecka. – Jeśli pani tego nie zrobi, nie będę mógł rozpocząć leczenia, nie wystawię też pani zwolnienia z pracy – przekonywał.

Trzy miesiące życia

Kobieta nie ugięła się pod presją. Lekarz skierował ją zatem na konsultację do wojewódzkiej poradni przeciwgruźliczej w Krośnie. – Usłyszałam tam, że gruźlicę należy leczyć natychmiast mimo ciąży i że leki nie zaszkodzą dziecku. Zdezorientowana zasięgnęła rady kolejnego lekarza. Stwierdził on, że leki trzeba stosować, ale takie, które nie zaszkodzą ciąży – wspomina.

Kobieta wróciła zatem do poradni w Sanoku, gdzie otrzymała wreszcie stosowne medykamenty oraz zwolnienie. – Zanim zaczęłam je zażywać, udałam się jeszcze do Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy w Rzeszowie. 23 maja 1984 roku zgłosiłam się prywatnie do ordynatora oddziału żeńskiego chorób płuc i gruźlicy. Po obejrzeniu zdjęcia rtg. i wysłuchaniu moich wyjaśnień zaleciła natychmiastowe leczenie szpitalne. Dziwiła się, że poprzedni lekarze tego nie zaproponowali. Powiedziała jeszcze, że gdybym nie zaczęła zażywać leków, pozostało mi tylko około 3 miesięcy życia – opisuje pani Cecylia.

Kobieta w szpitalu znalazła się pięć dni później, 27 maja jej córka przystępowała bowiem do Pierwszej Komunii Świętej, a ona nie mogła nie uczestniczyć w tej uroczystości.

Nakłaniana do aborcji

Tuż po hospitalizacji, już w pierwszym wywiadzie zaproponowano jej aborcję. Następnego dnia sytuacja taka powtórzyła się podczas badania ginekologicznego. – To dopiero drugi miesiąc. Dziecko może urodzić się z wadami rozwojowymi. Może być głuche – przekonywano. Nie wyraziła na to zgody. Ze względu na jej niezłomną postawę lekarze zmuszeni byli zmodyfikować terapię.

– Był taki moment, że nie wiedziałam, czy mogę zacząć zażywać lekarstwa. Miałam wątpliwości, czy tym nie zrobię krzywdy dziecku, nie wiedziałam, czy mam prawo skazywać je na kalectwo. Wolałam umrzeć niż temu maleństwu zrobić krzywdę – wyznaje kobieta.

Początkowo mąż kobiety podzielał zdanie lekarzy. Zmienił je na początku czerwca kiedy wraz z nim chorą żonę odwiedził proboszcz parafii. – Pamiętam jak ks. dziekan powiedział wtedy do mojego męża: „Adam czy zdajesz sobie sprawę z jakim bagażem wysłałbyś ją na drugi świat” – wspomina kobieta.

Tuż przed wizytą w szpitalu proboszcz udał się wraz z nim do klasztoru Sióstr Służebniczek i tam prosił zakonnice o modlitwę. Siostry zwróciły się o wstawiennictwo do. bł. Edmunda Bojanowskiego. Także pani Cecylia i jej rodzina zaczęli odmawiać nowennę.

Leczenie trwało cztery tygodnie. Tuż przed wyjściem ze szpitala kobieta po raz kolejny została przebadana przez ginekologa. Lekarka stwierdziła „stawianie się macicy”. Dodała, że dziecko jest za małe – że jego wielkość odpowiada piątemu miesiącowi, chociaż to był już miesiąc szósty. Dopiero po urodzeniu dziecka jego mama dowiedziała się, że wówczas ciąża zamierała – tak było napisane w dokumentach szpitalnych.

– Na kolejnym badaniu lekarka powiedziała: „A skąd to tak urosło”. Ja jednak wtedy tych słów nie rozumiałam – mówi pani Cecylia.

Na dwa tygodnie przed rozwiązaniem znów znalazła się w szpitalu. Kiedy zaczęła się akcja porodowa szybko przetransportowano ją na oddział patologii ciąży. 11 stycznia 1985 roku urodziła zdrową córeczkę, mimo tego, że – lecząc się na gruźlicę – przez cały okres ciąży otrzymała 102 gr streptomycyny i około 3,5 tysiąca różnych tabletek.

Urodzenie zdrowego dziecka nie było jedyną wspaniałą informacja jaka czekała szczęśliwą matkę. Kilka dni po porodzie wykonano jej kolejne prześwietlenie płuc. Oglądający zdjęcie lekarz oznajmił, że... wszystko zagoiło się nieprawdopodobnie szybko i  została tylko jedna mała blizna.

Było na tyle dobrze, że na okres karmienia piersią mogła przerwać przyjmowanie leków. Potem na krótko znów zaczęła terapię, by na początku maja 1985 roku usłyszeć od lekarza, że jest zupełnie zdrowa.

– Gdybym trzydzieści lat temu posłuchała „dobrych rad”,  dziś pewnie nie mogłabym wyjść z depresji. A tak jestem szczęśliwa. Nie mam łatwego życia, ale Pan Bóg obdarza mnie i moją rodzinę łaskami, dlatego możemy wszystko przetrzymać – podkreśla pani Cecylia.

Małgorzata Pabis