• Wtorek, 10 marca 2026

    imieniny: Cypriana, Marcelego

Odchodzą przez Obamę

Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 (06:11)

W ciągu kilku tygodni aż trzech amerykańskich ambasadorów złożyło dymisje. Chodzi o doświadczonych dyplomatów reprezentujących Stany Zjednoczone w kluczowych dla międzynarodowego bezpieczeństwa regionach.

Rezygnację ze stanowiska złożył ambasador w Afganistanie - Ryan Crocker, Pakistanie - Cameron Munter, i Kenii - Scott Gration. Pierwszy z nich jako oficjalny powód ustąpienia podał stan zdrowia. Pozostali oświadczyli, że ich decyzja wynika z faktu, iż w sytuacji, gdy nie zgadzają się z polityką Białego Domu, nie widzą możliwości dalszej współpracy.

Scenariusze Crockera

63-letni Ryan Crocker, który aż 40 lat spędził w służbie dyplomatycznej na Bliskim Wschodzie i Azji Południowej, uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich dyplomatów.

Gdy obejmował stanowisko w konsulacie USA w irańskim mieście Chorramszahr, miał zaledwie 23 lata. Potem pracował w amerykańskich placówkach w Katarze, Egipcie, Iraku i Libanie, gdzie w 1983 r. przeżył zamach bombowy na ambasadę USA w Bejrucie, w którym zginęło ponad 60 osób.

Rok wcześniej raportował do Waszyngtonu o masakrach Palestyńczyków w libańskich obozach dla uchodźców Sabra i Szatila. Lata 90. spędził jako ambasador USA w Libanie, Kuwejcie i Syrii.

W 2002 roku, po amerykańskiej inwazji na Afganistan prezydent Bush posłał go do Kabulu, by otworzył tam ambasadę USA. Dwa lata później Crocker został ambasadorem w sąsiednim Pakistanie. Zanim wyjechał do Islamabadu, na polecenie Departamentu Stanu sporządził specjalny raport dla Białego Domu, przygotowującego się do inwazji na Irak. Zlecono mu to zadanie jako wybitnemu arabiście, ale tego, co miał do powiedzenia, nie posłuchano.

Crocker przestrzegał przed najazdem na Irak, przepowiadając, że jego konsekwencją okaże się bratobójcza wojna między irackimi sunnitami i szyitami, w którą zaczną się wtrącać sąsiedzi i regionalne mocarstwa, takie jak: Iran, Arabia Saudyjska i Syria. Ostrzegał też, że niemający pojęcia o Bliskim Wschodzie Amerykanie pogubią się szybko w irackiej wojnie i stracą nad nią kontrolę, co może doprowadzić do całkowitego chaosu i rozpadu irackiego państwa.

Kiedy nakreślony przez Crockera scenariusz zaczął się sprawdzać, w 2007 roku Bush posłał go pilnie do Bagdadu na placówkę w ambasadzie, by posprzątał bałagan, jakiego narobili orędownicy irackiej wojny. W ciągu dwóch lat - przy współpracy z dowódcą amerykańskich wojsk w Iraku generałem Davidem Petraeusem - udało mu się zmienić bieg spraw.

Zastraszeni amerykańską wojskową potęgą i przekupieni sunniccy przywódcy odwrócili się od Al-Kaidy, zawarli pokój z szyitami. Crockerowi nie udało się tylko przekonać rządu w Bagdadzie do zgody na pozostawienie baz wojskowych USA w Iraku.

Po powrocie z Bagdadu przeszedł na emeryturę, którą nie zdążył się jednak nacieszyć, bo prezydent Barack Obama posłał go na ambasadora do Afganistanu, by i tam posprzątał wojenny bałagan, który sprawił, że wrogo nastawiony do Amerykanów był nawet utrzymywany przez nich u władzy prezydent Hamid Karzaj.

Crocker sprawił się i z tym zadaniem. W rok udało się mu załagodzić stosunki z Karzajem i podpisać z nim porozumienie dające Amerykanom prawo do utrzymywania w Afganistanie wojennych baz, nawet po wycofaniu stamtąd wojsk międzynarodowej koalicji w 2014 roku.

Winny Biały Dom

Dlatego też przedwczesna dymisja Crockera jest bardzo nie na rękę Waszyngtonowi, któremu zostały jeszcze dwa lata do pełnego wycofania z Afganistanu. Bez jego doświadczenia i wiedzy trudniej będzie nie tylko nawiązać rozmowy pokojowe z talibami, ale także utrzymać dobre stosunki z Karzajem i wojskową przewagę na froncie. Tym bardziej że oprócz ambasadora w Kabulu zmieni się też amerykański generał na stanowisku dowódcy wojsk w Afganistanie.

Generał John Allen jeszcze przed zimą ma bowiem zostać odwołany z Kabulu, by objąć stanowisko dowódcy wojsk USA w Europie. I choć Crocker jako powód swojej dymisji podał pogarszający się stan zdrowia, to jednak z jego wypowiedzi po odejściu z urzędu można wyczytać także rozżalenie na decyzje podejmowane przez administrację Obamy.

Żegnając się z dyplomatyczną służbą, Crocker przestrzegł m.in. przywódców USA przed pochopnymi interwencjami zbrojnymi w świecie.

- Łatwo jest je tylko zacząć, zdecydowanie trudniej skończyć - powiedział w rozmowie z "New York Timesem". Ostrzegł również, że w najbliższych latach osłabnie znaczenie USA w świecie i należy się wówczas przygotować na nasilenie się wrogości do Ameryki i wartości, które ona wyznaje.

Kolejny ambasador - Cameron Munter, nie ukrywa, że na jego decyzję o ustąpieniu z urzędu wpłynęła postawa Białego Domu. Były już ambasador USA w Pakistanie jest rozżalony na Waszyngton, który ignorował jego zdanie i rady. Munterowi nie podoba się także to, że polityką zagraniczną w Afganistanie i Pakistanie zarządzają generałowie z Pentagonu i agenci CIA, którzy nie zdają sobie sprawy z realnej sytuacji wewnątrz tych państw.

Munter kierował ambasadą w Islamabadzie przez 2 lata, w czasie których stosunki między USA i Pakistanem pogorszyły się tak dalece, że bardziej przypominały relacje wrogów niż sojuszników. I choć ambasador łagodził spory i przekonywał Biały Dom do ustępstw wobec Pakistanu, to jego podpowiedzi były konsekwentnie odrzucane przez Pentagon.

Pakistański politolog i emerytowany generał Talar Massud przyznał, że "dymisja Muntera to wielka strata". Zauważył ponadto, że "bez niego będzie trudniej utrzymać zgodę".

- W Pakistanie bardzo go ceniono - podsumował.

Podobnie z powodu konfliktów z Białym Domem do dymisji podał się ambasador USA w Kenii Scott Gration. Urodzony w Kongu w rodzinie misjonarzy dyplomata zna Afrykę jak mało kto. Poróżnił się z politykami z Waszyngtonu, gdy bezskutecznie przekonywał, by w polityce zagranicznej w burzliwym Rogu Afryki i w sąsiadującym z nim Sudanem używać raczej marchewki niż kija.

Marta Ziarnik, PAP