• Niedziela, 12 kwietnia 2026

    imieniny: Juliusza, Oksany, Zenona

Bałaganu nie da się usprawiedliwić pogodą

Wtorek, 21 stycznia 2014 (21:18)

Z Jerzym Polaczkiem, posłem PiS, ministrem transportu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wystarczyło kilka stopni mrozu i kolej unieruchomiona...

– To ewenement na skalę europejską, zważywszy, że praktycznie do tego tygodnia nie mieliśmy w ogóle zimy oprócz kalendarzowej. Wręcz przeciwnie, cały grudzień i połowa stycznia to temperatury dodatnie. Zatem tłumaczenie pogodą nie wystarcza. Przypomnę też, że szefowie kolejowych spółek w połowie listopada 2013 r. oceniali stan przygotowań na czwórkę z plusem. Ten stan przygotowań możemy teraz skonfrontować z rzeczywistością, patrząc na kolejową zapaść, opóźnione czy unieruchomione w szczerych polach pociągi i bezradność pasażerów. Jeżeli zaś chodzi o słynne kwestie oblodzeniowe trakcji, to w przywołanych już wcześniej wypowiedziach szefów kluczowych spółek kolejowych z listopada ubiegłego roku padały słowa o nowinkach technicznych, środkach przeciw zamarzaniu trakcji. Dlatego dzisiaj, kiedy słyszę z ust przedstawiciela PLK słowa o brakach jakichś nakładek miedzianych, to trudno się nie irytować.

Jakie działania powinny być podjęte zaraz po pierwszych sygnałach o kłopotach wynikających z oblodzenia trakcji. Czego jednak zabrakło?

– Myślę, że zabrakło elementarnej umiejętności przewidywania, zarządzania rynkiem kolejowym, zestawiania informacji meteorologicznych ze stanem podwyższonej aktywności służb technicznych. Jest to też skutek inwazji – jak to się mówi na kolei – ludzi bankomatów, którzy za czasów ministra Sławomira Nowaka przejęli odpowiedzialność za tę ważną dziedzinę gospodarki. Warto też przypomnieć, że przed czterema laty PKP Intercity przewoziły ok. 50 milionów pasażerów rocznie, a w roku ubiegłym przewiozły nie więcej niż 31 milionów. W grudniu 2010 r. byliśmy świadkami kryzysu kolejowego i od tego czasu mamy do czynienia ze stopniowym, aczkolwiek systematycznym zjazdem w dół. Żeby do tego stopnia zdewastować tę najbardziej dochodową część rynku kolejowego na poziomie wojewódzkim i międzynarodowym, trzeba naprawdę się natrudzić. Niestety, ekipa rządząca PO - PSL tego dokonała z bardzo dotkliwym skutkiem dla kraju i dla obywateli.

Nawiązując do wypowiedzi wicepremier Bieńkowskiej, Pana klimat przekonuje do zaakceptowania sytuacji, z jaką mamy do czynienia?

– Powiem, że do dzisiaj, podczas tej zimy, która stała się powodem tak wyjątkowych perturbacji, podobnie jak wielu Polaków nie założyłem nawet rękawiczek. To najlepiej pokazuje, że wielkich mrozów nie było. Nawiązując jednak do słów min. Bieńkowskiej, to w mojej osobistej ocenie, gdyby podobnie niezręczna wypowiedź przytrafiła się np. ministrowi transportu Niemiec, to w ciągu godziny zostałby zdymisjonowany ze stanowiska. Mamy też bardzo jasny sygnał dla klientów korzystających z usług transportu kolejowego w Polsce, że państwo nie jest w stanie zapewnić dostępności komunikacyjnej na odpowiednim poziomie. Potwierdzają to także dane GUS, według których 3 miliony mieszkańców części powiatów Polski została wykluczona i pozbawiona dostępności do transportu kolejowego, dlatego że nie dojeżdża tam żaden pociąg.

Bieńkowska zdaje sobie sprawę, za jak ważną dziedzinę odpowiada?

– Wszyscy obserwatorzy nawet nie do końca zorientowani w kwestiach transportowych widzą, że minister Bieńkowska płaci osobistą cenę za kaprys premiera Donalda Tuska, który połączył resort transportu z Ministerstwem Rozwoju Regionalnego wyłącznie dla celów wizerunkowych, zapominając przy tym o realnej odpowiedzialności za państwo. Ten przykład jest negatywny również dlatego, że po tego typu wpadkach spada czy spadnie liczba pasażerów kupujących bilety kolejowe. To najbardziej elementarny wniosek i nauka dla wszystkich zainteresowanych.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki