Walczyłam o życie córki
Poniedziałek, 20 stycznia 2014 (10:16)Dziś Julka ma dziewięć lat. Aby mogła przyjść na świat, jej mama musiała stoczyć bój, niełatwy bój! Wiązał się on z bardzo poważnymi decyzjami. Pani Dominika nie wahała się jednak i zrobiła wszystko, co było w jej mocy, by dziecko – dodajmy: chore – które nosiła pod sercem, mogło bezpiecznie przyjść na świat. Spotkała się wówczas z różnymi lekarzami – i takimi, którzy chcieli zabić jej dziecko, i takimi, którzy podali rękę.
Pani Dominika mieszkała w Anglii, kiedy dowiedziała się, że jest w stanie błogosławionym. Kobieta zgłosiła się do lekarza i została objęta opieką medyczną. Podczas rutynowego badania USG w 16. tygodniu okazało się, że dziecko ma niewłaściwą sylwetkę serca. – Pani doktor powiedziała mi, że to może być chwilowe. Skierowała mnie jednak na badania prenatalne – na szczegółowe USG. W 18. tygodniu dowiedziałam się, że dziecko na pewno ma wadę serca – zwężenie aorty. Pani doktor kardiolog poprosiła mnie, żebym przyszła na kolejną wizytę z mężem.
Po dwóch tygodniach przyszliśmy, a ja poprosiłam o tłumacza. Kiedy już leżałam przygotowana do badania, przyszedł tłumacz, którym okazała się siostra zakonna. Po badaniu mieliśmy rozmowę z lekarzami. Pani doktor kardiolog przyszła do nas z drugim lekarzem, jak się potem okazało, z lekarzem od aborcji. To właśnie on przedstawił nam kilka propozycji, ale tą główną było właśnie zabicie naszego maleństwa – wspomina kobieta.
Lekarze stwierdzili, że wada się pogłębia i z każdym dniem będzie jeszcze gorzej. Ich zdaniem, dziecko nie miało szans na przeżycie. Mówili, że może umrzeć albo w trakcie ciąży, albo zaraz po porodzie, gdyż krążenie będzie za słabe, by żyło.
– Powiedziałam od razu, że absolutnie nie zgadzam się na zabicie dziecka. Nie uznaję bowiem czegoś takiego jak aborcja. Bardzo się bałam, wiedziałam, że moje dziecko jest chore. Lekarze uświadomili mi, że wraz z wadą serca mogą wystąpić inne wady. Zazwyczaj wada serca towarzyszy bowiem innej wadzie genetycznej. Dlatego na tej wizycie lekarze zaproponowali mi, że przeprowadzą badania genetyczne – aminopunkcję. Pobrali wody płodowe do badania. To był kolejny krok, który miał przekonać mnie do aborcji. Pewnie myśleli, że jak znajdą kolejną wadę, to się zgodzę – mówi pani Dominika, dodając, że kiedy przyszła po wynik, pani genetyk powiedziała jej, żeby się nie martwiła, bo drugie dziecko może być zdrowe, że wada serca pierwszego nie przesądza o tym, że drugie też będzie chore.
– Bardzo zdziwiły mnie te słowa, bo przecież przyszłam rozmawiać o moim pierwszym dziecku, a nie o drugim. Oni jednak cały czas zakładali, że zgodzę się na aborcję. Przedstawiono mi wtedy cały wachlarz wad genetycznych, jakie moja córka może mieć. Z czym może wiązać się wada serca. Mówiono mi, że dziecko może mieć guzy na ciele, że może mieć z przodu garb, opuchlizny. To było potworne, ale ja cały czas uparcie twierdziłam, że nie zgadzam się na aborcję, że moje dziecko będzie zdrowe. Kiedy przyszły wyniki, okazało się, że Julka nie ma żadnej wady genetycznej, ale pani doktor mówiła mi, że to wcale nie jest pewne, gdyż może posiadać taką wadę, jakiej jeszcze nie znają – snuje swą opowieść kobieta.
Po pomoc do Polski
Pani Dominika przyjechała więc do Polski i poszła do ginekologa, który powiedział, że wady serca u dzieci można leczyć. Dodał, że on sam ma siostrę, która miała wadę serca, a teraz ma ponad 30 lat i własne dzieci. Pan doktor radził kobiecie, żeby ratowała swoje dziecko, bo przecież może różnie się zdarzyć i może nie mieć już drugiego. – Powiedział, żebym się nie martwiła, a jeśli się zdecyduję na przyjazd do Polski, to mogę tutaj rodzić, że dziecko znajdzie dobrą opiekę, lekarze będą je ratować – opowiada pani Dominika.
W Anglii lekarze podczas kolejnych wizyt mówili, że wada się pogłębia. Sami nie byli pewni swojej diagnozy, bo objawy były nietypowe dla zwężenia aorty – lewa komora serca było powiększona i obciążona krwią. Krew pozostawała w lewej komorze. Aż do 6. miesiąca proponowali aborcję. – Kiedy już wiedziałam, że wracam do Polski, miałam ostatnią wizytę u lekarzy w Anglii. Po USG, kiedy powiedziałam lekarzowi, że wracam do Polski i tam będę rodzić, okazał wielkie zdziwienie, gdyż, jego zdaniem, w Polsce nie ma warunków, żeby ratować dziecko z taką wadą i nie ma też dobrych lekarzy. Z jego słów wynikało, że żyjemy w Trzecim Świecie – mówi.
Ginekolog przekazał tę informację pani kardiolog, która stwierdziła, że dobrze, że pani Dominika wyjeżdża, gdyż oni nie widzą możliwości ratowania tego dziecka, a matka upiera się, że chce je urodzić. Lekarze przekazali kobiecie raporty z wizyt, w których zawsze przewija się to, że dziecko może umrzeć jeszcze w trakcie trwania ciąży albo zaraz po porodzie i że matka została o tym poinformowana oraz o innych alternatywach, czytaj: aborcja. – Przysłali mi list podsumowujący nasze wizyty z dopiskiem, że rodzice zdecydowali się na wyjazd – wyjaśnia pani Dominika.
Po powrocie do Polski pani Dominika udała się na konsultację w Prokocimiu u kardiologa, który zrobił Julce echo serca. Niestety, niewiele ono dało, gdyż wody płodowe zasłaniały wszystko. Po tym badaniu lekarz zaczął jednak podejrzewać inną wadę niż zwężenie aorty. Nie powiedział jednak co. Stwierdził, że zaraz po porodzie trzeba zrobić weryfikację.
– Potem czekaliśmy na poród. Termin „cesarki” był ustalony na 7 grudnia, ale ponieważ akcja porodowa zaczęła się 6 grudnia, Julka chciała się urodzić w Mikołaja, o godz. 14.35 dziecko przyszło na świat. Zobaczyłam ją, przyłożono mi ją dosłownie na sekundę do twarzy. Przewrażliwiona widziałam ją jako całkowicie fioletową, a ona miała piękną różową skórkę. Dostała 9 punktów w skali Apgar. Ważyła 2,880 kg i miała 49 centymetrów. Jeden punkt straciła tylko przez szmer sugerujący wadę serca. Julkę przewieziono na oddział wcześniaków, gdzie jest dobry sprzęt. Okazało się jednak, że nie potrzebowała żadnego sprzętu wspomagającego. Oddychała sama, a krążenie też było stabilne. Całkiem dobrze sobie radziła. W pierwszej dobie przyjechał do Julki doktor z Prokocimia, zrobił jej echo serca i już wiedział, co to za wada.
Julce wytworzył się drugi tunel od aorty do lewej komory. Nie przechodził przez zastawkę i przez ten tunel cofała się krew. Miała też problem z trzema zastawkami. Wada okazała się zatem znacznie większa niż ta zdiagnozowana w Londynie. Kiedy ktoś pyta mnie, czy jestem za badaniami prenatalnymi, odpowiadam, że zdecydowanie tak, ale nie po to, by skazywać dzieci na śmierć, ale po to, by je ratować i im pomagać – zaznacza mama Julki.
Po trzech dniach Julka została przewieziona do Prokocimia na oddział noworodków na oddziale kardiologicznym. – Kiedy do niej przyszłam, ochrzciłam ją wodą z Lourdes. W trakcie rozmowy lekarz wyjaśnił mi, jak bardzo chora jest Julka. Powiedział mi, że jest to druga tak złożona i nietypowa wada w historii instytutu. Tylko jeden chłopczyk z taką wadą był operowany w instytucie. Zapytałam wtedy lekarza, co z tym dzieckiem się dzieje. A on odpowiedział: „Ma cztery lata i ma się dobrze”. Pomyślałam wtedy, że nasi lekarze wiedzą, jak to robić.
17 grudnia na oddziale uroczyście ochrzciliśmy córkę. Daliśmy jej na imię Julia Faustyna. Śmiałam się, że przekupiliśmy w ten sposób św. Siostrę Faustynę. Cały czas modliliśmy się za jej wstawiennictwem, jeszcze przed porodem w listopadzie, a potem także wtedy, kiedy Julka się urodziła. W sanktuarium w Łagiewnikach odprawione zostały Msze Święte o jej zdrowie. Jeździliśmy do Łagiewnik i prosiliśmy, by Siostra Faustyna opiekowała się córką.
Modliliśmy się także do św. Mikołaja, o którym przeczytaliśmy na oddziale w „Cudach i łaskach Bożych”, do św. Judy Tadeusza, obmywaliśmy córeczkę wodą z Lourdes. Razem z nami na oddziale leżał Mikołaj, chłopczyk, który był wcześniakiem, urodził się z wadą serca. Jego rodzice dali mu imię na cześć św. Mikołaja, pocierali go koszulką otartą o figurkę św. Mikołaja. To właśnie oni mieli „Cuda...”. Byli już po operacji i czekali, aby Mikołaj podrósł, żeby ich wypuszczono do domu – wspomina pani Dominika.
Ponieważ Julka całkiem dobrze sobie radziła, lekarze postanowili trochę poczekać, aż podrośnie, aż będzie trochę silniejsza. – Półtora miesiąca czekaliśmy na operację. 24 stycznia Julcia przeszła operację, a po niej pięć dni była na intensywnej terapii. Kiedy ją zobaczyłam, całą w rurkach, to nie mogłam jej poznać. Pytałam pielęgniarki, które dziecko jest moje. Po pięciu dniach została przeniesiona na oddział pooperacyjny. Dwa tygodnie po operacji, 7 lutego, Julcia została wypisana do domu. Po pierwszej kontroli lekarze powiedzieli nam, że wszystko jest w porządku – ze łzami w oczach opowiada mama dziewczynki.
– Walczyłam o życie córki. Dla mnie było to naturalne. Zawsze byłam przeciwnikiem aborcji. Nawet jeśli miałaby żyć kilka godzin, to warto byłoby ją zobaczyć, przytulić. Mam w sobie przekonanie i wiem, że człowiekiem jest się od poczęcia, więc nie wolno zabijać. Dziś, kiedy przytulam córeczkę, jestem bardzo szczęśliwa. Cieszę się, że lekarze w Anglii się mylili. Wiem, że warto ratować życie, starać się o nie. Julcia jest radością całej naszej rodziny – zaznacza dzielna mama.
Małgorzata Pabis