Wojtek uratował mi życie
Sobota, 18 stycznia 2014 (18:05)Ponad 40 lat temu pani Janina z Krakowa nie dopuściła do zabicia swojego nienarodzonego dziecka, choć musiała przejść operację macicy bez znieczulenia. W trzecim miesiącu ciąży kobieta była operowana, gdyż w macicy, w której „mieszkał” chłopiec, narosło kilka mięśniaków, z których największy był wielkości główki sześciomiesięcznego dziecka. Po latach pani Janina chciała pamiętać tylko tyle, że... to właściwie syn uratował jej życie.
Kiedy spotkałam się z panią Janiną, już na wstępie powiedziała, że do dania świadectwa sprowokowało ją pytanie, które usłyszała w czasie „Rozmów niedokończonych” w Telewizji Trwam: „co znaczy życie poczęte?”. – Już następnego dnia po akcie miłości wiedziałam, że jestem jakaś inna, że coś się we mnie zmieniło. Czekałam jakiś czas, by się przekonać, że rzeczywiście noszę dzieciątko w swoim łonie. Potem poszłam do bardzo znanej w Krakowie pani doktor ginekolog, która przebadała mnie i skierowała na specjalistyczne badania. Umówiła się ze mną na kolejną wizytę, mówiąc, że coś jej się nie podoba. Po konsultacji z drugim lekarzem pani doktor potwierdziła, że jestem w stanie błogosławionym, ale stan jest bardzo ciężki i jej zdaniem nawet nie będę mogła naturalnie poronić – wspominała kobieta.
Diagnoza drugiego lekarza była identyczna. Kobieta usłyszała słowa: „bez operacji tu się nie obejdzie”. – To było jak kubeł zimnej wody na głowę, gdyż to było moje pierwsze dziecko – podkreślała pani Janina.
Ci, którzy wiedzieli, że z jej zdrowiem jest coś nie tak – szczególnie mąż i siostra lekarka – bali się o nią i o dziecko. Byli i tacy, którzy podpowiadali aborcję. – Nikt jednak nie powiedział tego przy mnie wprost, bo wszyscy wiedzieli, jak bardzo kocham dzieci. Taką możliwość podpowiadali mi jednak w sposób zawoalowany – mówiła kobieta.
Po jakimś czasie – za radą swojej siostry lekarki – udała się do kolejnego ginekologa. Po przebadaniu lekarz także potwierdził, że jest niedobrze. Powiedział nawet, że kobieta nawet nie będzie mogła samoistnie poronić. Groziło jej zakażenie organizmu. – Lekarz zapytał mnie, co dalej chcę robić, a ja odpowiedziałam, że nie wiem. Bałam się o dziecko, bałam się o siebie. Opatrzność Boża czuwała jednak nade mną i nad Wojtkiem, gdyż trafiłam na wspaniałych lekarzy – podkreślała kobieta.
Lekarz umówił się z panią Janiną w Szpitalu Narutowicza w Krakowie. W umówionym terminie kobieta zgłosiła się do szpitala i po badaniu lekarz zapytał: „Decyduje się pani usunąć to dziecko?”. – Ja powiedziałam, że nie, że boję się o moje maleństwo. Wtedy lekarz powiedział mi kilka bardzo pięknych i serdecznych słów i zakończył: „Będziemy ratować i dziecko, i panią. A wszystko w ręku Boga”. Nie potrzeba mi było mocniejszych słów. Odpowiedziałam, że ja także wszystko powierzam Bogu – wyznała pani Janina.
Po kilku dniach pani Janina zgłosiła się ponownie do szpitala, tym razem na operację, gdyż zdaniem lekarzy tylko zabieg mógł uratować życie kobiety i dziecka. – Choć wcześniej bardzo przeżywałam każde skaleczenie czy zastrzyk, tym razem – choć wiedziałam, co może się stać – byłam niezwykle spokojna, radosna – opowiadała pani Janina.
Operacja trwała siedem godzin. – Moja siostra opowiadała mi potem, że lekarz, który mnie operował, po wyjściu z sali powiedział: „Harataliśmy na żywca” – mówiła kobieta. Okazało się, że na macicy pani Janiny znajdowało się kilka mięśniaków, które w czasie operacji zostały usunięte. Jednocześnie w środku macicy rozwijał się już trzymiesięczny chłopiec.
Po operacji lekarze uprzedzili panią Janinę, że nie będzie mogła urodzić dziecka siłami natury. Istniało realne zagrożenie, że w trakcie porodu może pęknąć macica. – Ten czas dziewięciu miesięcy – pomimo takich trudnych spraw – wspominam jako jeden z najcudowniejszych okresów w moim życiu. Czułam się lekka, szczęśliwa, pełna pogody ducha. Jakże wspaniale było czuć ruchy dziecka, wyobrażać sobie, jak wygląda, czy rusza ręką, czy nogą. Te ruchy dają matce niewyobrażalną radość – mówiła kobieta.
23 września 1968 roku pani Janina – załatwiwszy wiele różnych spraw – zgłosiła się do szpitala. Dzień później na świat przyszedł jej syn. – Kiedy wybudziłam się po zabiegu, zapytałam pielęgniarki, czy moje dziecko jest zdrowe. Strasznie płakałam – płakałam z radości, bo bardzo chciałam mieć syna. Nigdy nie zapomnę jego pierwszego płaczu, kiedy leżał przy mnie. Rozwinęłam go z becika i oglądałam. Jak bardzo się nim cieszyłam! Narodziny mojego syna wspominam jako najwspanialszy dzień mojego życia – mówiła z uśmiechem kobieta, dodając, że wszystkie trudne chwile udało się jej przeżyć dzięki modlitwie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i do Serca Pana Jezusa. Różańca nie wypuszczała z rąk. – Wiele godzin w szpitalu wpatrywałam się w niebo, modliłam się na różańcu, prosząc Matkę Bożą, by uratowała mnie i moje dziecko.
Pani Janina podkreśla, że Wojtek uratował jej życie. Kiedy go urodziła, lekarze powiedzieli jej, że po jakimś czasie mięśniaki zezłośliwiłyby się i pewnie wkrótce by umarła. – To, że byłam w ciąży zmusiło mnie do szczegółowych badań i dzięki temu dowiedziałam się, że mam te nowotwory – podkreślała kobieta.
Małgorzata Pabis