Powiedziała „nie” aborcji
Piątek, 17 stycznia 2014 (12:36)Kiedy szła do szkoły położnych, nie wiedziała, kim będzie. Już na początku swej pracy dziewczyna z jednej z podkarpackich wsi musiała uczestniczyć w zabijaniu nienarodzonych. Nie mogła tego znieść...
W klasie maturalnej jeden z nauczycieli pytał swoje uczennice, gdzie chcą zdobywać dalej wykształcenie. Kiedy doszedł do pani Danuty, powiedział: – Ty będziesz położną. – I tak zostało, choć – jak wspomina dziś po latach emerytowana położna – nie bardzo wiedziała wtedy, na co się godzi.
– Najgorzej było za pierwszym razem na sali porodowej. Inne koleżanki zrezygnowały ze szkoły, a mnie było po prostu wstyd wrócić na wieś i powiedzieć, że uciekłam – opowiada. I tak została położną.
We wspomnieniach pani Danuty zachowało się spotkanie z młodym księdzem. – Ten kapłan bardzo bolał nad moim przyszłym zawodem. Jakoś tego nie mogłam wtedy zrozumieć, wiedziałam, że ma to być piękny zawód, nie zdawałam sobie sprawy, że wiązał się z jakimiś zagrożeniami – dzieli się swoimi wspomnieniami kobieta.
Aborcje
Pani Danuta wyszła za mąż, a ponieważ w rodzinnym mieście nie znalazła pracy, wyjechała z mężem do jego rodziców, gdzie zaczęła pracować w jednym ze szpitali. – Stało się tak, jak przepowiedział młody ksiądz: praca na oddziale ginekologicznym oznaczała pierwsze zetknięcie się z codziennym zabijaniem nienarodzonych. Przeżywałam szok, gdy trzeba było asystować przy aborcji. Było to nie do pogodzenia z moim sumieniem. Doszło do tego, że nie dostałam rozgrzeszenia i ze wszystkich sił pragnęłam się stamtąd przenieść – opowiada pani Danuta.
Udało się i młoda położna zaczęła pracować na oddziale położniczym. Nie wszyscy jednak mieli to szczęście. Pani Danuta opowiada o swoich koleżankach z pracy, które przez lata asystowały przy aborcjach. Brak pracy gdzie indziej powodował, że obciążały swoje sumienie, a trzeba dodać, że wtedy na oddziale zabijano kilkoro dzieci dziennie.
Kiedy pani Danuta opowiada o swojej pracy na oddziale położniczym, na jej twarzy pojawia się uśmiech. Położnictwo to była ciężka, ale wdzięczna praca. – Pomagałam przyjść na świat kolejnemu dziecku, stałam obok cierpiącej i niosłam jej pomoc, nie tylko fizyczną. Czasem wystarczyło dobre słowo i kobieta cieszyła się z przyjścia nowego, kochanego człowieka – podkreśla położna.
Potem kobieta została położną środowiskową. To dało jej możliwość uratowania kilkorga dzieci, którym groziła śmierć. Zdarzało się, że do matki, która w swoim sercu powzięła taki zamiar i prosiła już lekarza o ten bestialski czyn, podchodziła położna i swoim dobrym słowem przyczyniała się do zmiany jej decyzji. Kiedy słyszała, że nie ma pieniędzy, warunków na przyjęcie dziecka, proponowała, że ona po urodzeniu weźmie dziecko. To pomagało?
– W mojej pracy spotykałam różnych lekarzy, ale nie zapomnę jednego. Kiedyś przyszła do niego kobieta w stanie błogosławionym, a drugie dziecko trzymała za rękę. Poprosiła o skierowanie na aborcję, a lekarz odpowiedział jej, że owszem, da jej takie skierowanie, jeśli ona najpierw pójdzie i utopi w rzece to starsze. Nie utopiła i nie zabiła – opowiada emerytowana położna.
Próba
Pani Danuta miała już troje dzieci, kiedy przyszła w jej życiu ogromna próba. – Dwa lata po urodzeniu córki okazało się, że znowu jestem w stanie błogosławionym. Z dwuletnią córką mieliśmy trochę problemów zdrowotnych i ja, nie wiedząc, że jestem w ciąży z następnym dzieckiem, trzymałam ją podczas prześwietlenia RTG. Jakby tego było mało, w tym stanie byłam szczepiona przeciw tężcowi. Razem z mężem poszliśmy prywatnie do ginekologa, a ten po badaniu napisał kartkę i powiedział, że jutro spotykamy się na oddziale, gdzie wszystko załatwimy. Odpowiedziałam mu wtedy, że nie po to do niego przyszłam – opowiada o trudnym czasie w swoim życiu pani Danuta.
Po drodze do domu wstąpiła do kościoła i poszła do spowiedzi. Gdy przedstawiła swoją sytuację kapłanowi, ten powiedział jej: masz sumienie i tak postępuj, jak ono ci mówi. Nie mogła zrobić inaczej: stanęła w obronie swojego dziecka, choć miała wciąż w uszach słowa lekarza, że jeśli urodzi, to będzie to dziecko z dużą wadą. W kwietniu 1975 roku urodził się zdrowy chłopczyk.
Pani Danuta wiele przeszła w swoim życiu, ale każdego dnia odważnie staje po stronie życia – codziennie odmawia modlitwę Duchowej Adopcji. – Nigdy nie było mi łatwo, ale wciąż mam przed oczyma słowa Biblii mówiące o kobietach, które ratowały życie: „Bóg błogosławił położnym...”. Tak było i w moim życiu – wyznaje kobieta.
Małgorzata Pabis