MON brakuje wizji
Środa, 15 stycznia 2014 (20:26)W tezach i założeniach resortu MON brakuje mi głosu premiera Tuska. Jednak trudno się temu dziwić, skoro szef rządu od dawna ma obrzydzenie do polskiej armii wyniesione jeszcze z poprzedniego systemu politycznego, kiedy armia była czymś złym. Brakuje mi również głosu Biura Bezpieczeństwa Narodowego, a więc prezydenta Komorowskiego jako zwierzchnika Sił Zbrojnych. To dziwne, bo kiedy chodziło o obsadzanie stanowisk w wojsku, to prezydent Komorowski był aktywny, a teraz, kiedy potrzebna jest merytoryczna praca, tego stanowiska nie widać.
Zakończenie misji w Afganistanie ogłoszone szumnie przez ministra obrony Tomasza Siemoniaka nie jest w gruncie rzeczy niczym nowym. Owszem, byłoby godne pochwały, gdyby minister zapowiedział, że będziemy w stanie np. logistycznie sami przerzucić ciężki sprzęt, czy chociażby własny pomysł, jak wyjść z Afganistanu. Tymczasem korzystamy z potencjału innych, głównie armii amerykańskiej, i nie jest to żadną nowością, tym bardziej powodem do chluby.
Zabrakło mi też głosu, jak zostanie zapewnione bezpieczeństwo polskich żołnierzy pozostających w Afganistanie.
Pragnę też przypomnieć wcześniejsze wypowiedzi szefa MSZ Radosława Sikorskiego, który mówił, że wycofanie się polskich żołnierzy z Afganistanu wiąże się z oszczędnościami, a więc trudną sytuacją polskiego budżetu. Tymczasem okazuje się, że do tych misji nie dopłacaliśmy, a koszty pokrywała ONZ.
Trzeba też powiedzieć, że Afganistanem rząd próbował przykryć zły stan polskiej armii w kraju. Za chwilę może się okazać, że trzeba będzie wykupić drogie pakiety modernizacyjne do słynnych niemieckich czołgów Leopard zakupionych przez MON. Z tego co wiem, podstawowy pakiet dla jednego czołgu kosztuje ok. 2 mln euro, to pokazuje najlepiej, jaki interes zrobiliśmy na zakupie niemieckiego złomu.
Za rządów Jarosława Kaczyńskiego wiele mówiło się o programie śmigłowcowym i planach zakupu śmigłowców dla resortów: zdrowia, spraw wewnętrznych i obrony narodowej. Po przejęciu władzy Donald Tusk ze swoją ekipą uciął ten program, zakupów nie było, a Ministerstwo Zdrowia musiało kupić śmigłowce na własną rękę. Dodajmy, że zostały zakupione francusko-niemieckie śmigłowce Eurocopter, na czym skorzystali jak zwykle inni, tylko nie polski przemysł. Obawiam się, że w tym przypadku może być podobnie.
Wprawdzie Siemoniak zaznacza, że warunkiem zakupu jest to, aby śmigłowce były produkowane w kraju, ale jeżeli udział polskich pracowników będzie się ograniczał np. do pomalowania jakiejś części maszyny i to będzie cały wkład polskiego przemysłu w budowę śmigłowca, to jest to nieporozumienie.
Siemoniak snuje też wizje związane z korzyściami, jakie polska nauka może osiągnąć z realizacji projektów obronnych. Trzeba jednak pamiętać, że kupując jakiś sprzęt nie możemy liczyć, że nasz partner do końca odkryje przed nami najnowsze technologie. Nie ma zatem co liczyć, że dostaniemy np. kody źródłowe do tych produktów, np. śmigłowców. Warto w tym miejscu przypomnieć słynny zakup samolotów F-16, których możliwości wykorzystania są dzisiaj na poziomie zaledwie 15 procent. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia przy negocjacjach związanych z zakupem samolotów F-16 czy rosomaków, oczekiwałbym od rządu pewnej mądrości. Nie chcemy chyba, aby ktoś z boku śmiał się i kpił z nas tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy, czego tak naprawdę chcemy i czego powinniśmy żądać przy tego typu transakcjach.
Przypominijmy, że za rządów premiera Donalda Tuska i poprzedniego ministra finansów Jacka Rostowskiego z budżetu MON zabrano 10 mld zł, nazywając to przesunięciami. Taka polityka skutkuje brakiem rozwoju polskiego przemysłu, brakiem zakupów i co istotne, naraża polskie społeczeństwo na niebezpieczeństwo. Nic nie dzieje się też w zakresie projektu sił obrony terytorialnej czy Narodowych Sił Rezerwowych, które są kolejnym mitem, a program ten jest przykładem upadku tego rządu.
Dariusz Seliga, poseł Prawa i Sprawiedliwości, członek sejmowej Komisji Obrony Narodowej
Dariusz Seliga