Jesteśmy świadkami pamięci
Środa, 15 stycznia 2014 (11:18)Homilia ks. prof. Waldemara Chrostowskiego wygłoszona 10 stycznia 2014 r. w warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela podczas Mszy św. w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej
Gromadzi nas tutaj oraz łączy, jak wyliczył ksiądz prałat Bogdan Bartołd, proboszcz tej archikatedry, już po raz 45. – najpierw modlitwa. Nie jesteśmy sami, bo są z nami tysiące wiernych, którzy łączą się, są obecni i przeżywają tę uroczystość co miesiąc, a więc także i dzisiaj, dzięki katolickim środkom masowego przekazu, a w szczególności dzięki Telewizji Trwam i Radiu Maryja. Łączą się z nami ci, którzy mieszkają w Warszawie i poza Warszawą, w Polsce, w Europie oraz na innych kontynentach – jest nas bardzo, bardzo wielu. Gromadzi nas modlitwa głęboko chrześcijańska i katolicka, wyrosła ze słów i wydarzeń, które znamy z kart Ewangelii. Jesteśmy podobni do tych, którzy prawie dwa tysiące lat temu – jak opowiada dzisiejsze czytanie wyjęte z Ewangelii według św. Łukasza – gromadzili się w Nazarecie, by słuchać Jezusa (Łk 4, 14-22). Tam był obecny historyczny Jezus, tutaj – tak samo prawdziwie i rzeczywiście – Jezus zwraca się do nas w obecności sakramentalnej.
Zwornikiem naszej obecności i modlitwy jest Kościół katolicki i ta świątynia, bodaj najważniejsza świątynia stołecznego miasta, czcigodna świątynia z grobem kardynała Stefana Wyszyńskiego – wielkiego Prymasa Tysiąclecia. To nas zobowiązuje, a jednocześnie dodaje nam sił i duchowej mocy oraz tej niezłomnej pewności, którą niesie ze sobą chrześcijańska wiara. Ożywia nas duch modlitwy wyrosłej z Chrystusowego przykazania miłości – miłości Boga i miłości bliźniego, o której mowa w Pierwszym Liście św. Jana Apostoła, którego fragmentu (1J 4, 19 – 5,4) wysłuchaliśmy.
Gromadzi nas tutaj również pamięć, głęboko polska, mocno zakorzeniona w przeszłości, tej czcigodnej i wspaniałej przeszłości, która nieprzerwanie trwa od prawie 1050 lat, czyli od chrztu, który w 966 roku przyjął Mieszko wraz ze swoim dworem. Ta przeszłość jest naznaczona wieloma radościami i osiągnięciami, ale również wieloma cierpieniami i tragediami. Zwornikiem tej wielowiekowej pamięci jest rodzina.
O ile odniesieniem dla naszej modlitwy jest Kościół, o tyle odniesieniem dla naszej pamięci jest rodzina. Kościół i rodzina! To nie przypadek, że właśnie Kościół i rodzina są w tych latach, a zwłaszcza w tych miesiącach, najsilniej atakowane. W nurcie nasilonych ataków oraz silnego sprzeciwu wobec Kościoła i wobec rodziny trzeba również umieścić całość dramatu z 10 kwietnia 2010 roku, który rozegrał się na przedmieściach Smoleńska.
Co się wtedy wydarzyło? Znamy skutki, straciliśmy tam Prezydenta Rzeczypospolitej i Prezydenta Rzeczypospolitej na Obczyźnie, a także wielu wspaniałych i szlachetnych ludzi, których imiona i twarze trzeba na zawsze zapamiętać. Wielu z nich bardzo wiele zawdzięczamy… A przecież przyczyny, okoliczności i przebieg smoleńskiego dramatu są nam znacznie mniej znane, mało tego, wciąż pozostają przedmiotem manipulacji, przekłamań, kłamstw, niedopowiedzeń, przemilczeń, podsuwania fałszywych tropów, mydlenia oczu i mnożenia rozmaitych zastępczych tematów.
A to wszystko odbywa się w klimacie arogancji, buty, zakłamania i nade wszystko absolutnej bezkarności. Bezkarności mnóstwa czynów i słów, które do dramatu w Smoleńsku doprowadziły oraz do niego nawiązują i się odnoszą. Doszło do tego, że nawet elementy prawdy stoją na usługach fałszu, a więc nawet prawda została wprzęgnięta na potrzeby kłamstwa. Narasta dezorientacja i zamęt, zaś ich skutkiem jest zniechęcenie i poczucie bezradności. Można odnieść nieodparte wrażenie, że mocodawcom i sprawcom tego zamętu właśnie o to chodzi! Dlatego nasza obecność dzisiaj w tej świątyni oraz przy telewizorach i radioodbiornikach, a także nasza uwaga i refleksja wtedy, gdy będziemy słuchać i przeżywać to, co się teraz tutaj wydarza, jest tak ważna i potrzebna.
Jest potrzebna, aby stawiać czoło fali przemilczeń, obłudy i kłamstwa, która gromadzi się i narasta wokół dramatu sprzed prawie czterech lat. Mnożą się i są forsowane najróżniejsze interpretacje i nadinterpretacje. Odwołam się do jednego przykładu, który tuż przed Bożym Narodzeniem szczególnie mnie poruszył. Oto profesor socjologii, honorowy rektor jednej z warszawskich uczelni, powiedział: „Część Polaków nie potrafi przyjąć do wiadomości, że prezydent RP i elita władzy zginęli w banalnym wypadku lotniczym”.
Można by długo i na wielu płaszczyznach komentować to krótkie zdanie. Cały bolesny dramat został skwitowany określeniem „banalny wypadek lotniczy”, a autor tej wypowiedzi ma pretensję, że część Polaków nie chce przyjąć tego do wiadomości. Tymczasem prawda narzuca się samą swoją siłą, swoją oczywistością, a nie tym, czy ktoś potrafi, albo nie potrafi, przyjąć do wiadomości to, co mu się odgórnie podaje, co się forsuje, co się wymyśla i zamyka w okrągłych formułach. Mało tego, właśnie tę część Polaków, która nie przyjmuje do wiadomości, że Prezydent RP i elita władzy „zginęli w banalnym wypadku lotniczym”, profesor określa mianem „sekty smoleńskiej”! To jest język ulicy – i to tej nie najlepszej. To jest język części publicystów – i to tych, którzy stoją na usługach władzy. Ale to nie jest język nauki, to nie jest język uniwersytetu ani akademii, a zatem to nie powinien być język profesora!
Nie jesteśmy sektą, by nie cytować innych inwektyw, które padają pod adresem milionów osób, które nie przyjmują do wiadomości, że Prezydent RP i elita władzy „zginęli w banalnym wypadku lotniczym”. To jest język pogardy, a wraz z nim odbywa się i nasila nauczanie pogardy. Boli nas ono i dotyka, bo nikt nie chce, nie lubi ani nie znosi być pogardzany. Już lepiej być pobitym niż wzgardzonym! Boli nas, że inwektywy, złośliwości, etykiety i stygmatyzowanie zastępują żmudne dochodzenie do prawdy i rzetelną dyskusję. Właściwie ta katedralna świątynia staje się, obok innych kościołów, jedynym miejscem, w którym można wołać o prawdę i w którym to wołanie trzeba wręcz wykrzyczeć!
Kontynuując swój wywód, profesor dokonał analizy obecnego stanu Polski. Podzielił ją na trzy Polski, głosząc, że ów podział „jest od zawsze w nas zakodowany”. Myślę, że warto przyjrzeć się dwóm członom tego podziału, tak jak się nas, Polaków, w nim postrzega i przedstawia, czyli tak, jak się postrzega i przedstawia dzisiejszą Polskę. Jedna grupa to mają być romantycy, „którzy uważają, że Polska jest Chrystusem Narodów – cierpiącym i zewsząd otoczonym przez stado wilków, które chcą ją pożreć, a szczególne losy wyznaczyła Polsce historia”. Nie wiem, na jakiej podstawie padają tak wybujałe uogólnienia i oceny. Spróbujmy je odnieść do nas samych, a także do tych dziewięćdziesięciu sześciu osób, poczynając od śp. Prezydenta po załogę samolotu. Czy ktokolwiek z nich zgodziłby się na takie zakwalifikowanie i etykietowanie?
Profesor widzi też grupę drugą – „to Polska pozytywistów, którzy uważali, że to są fanaberie i fantasmagorie, które ściągają Polaków z właściwej drogi, a najważniejsze jest, żeby się kształcić, rozwijać, budować kraj, drogi, infrastrukturę, budować niezależność gospodarczą itd.”. My też, wszyscy jak tu jesteśmy, jestem tego pewny, z Bożą pomocą chcemy się kształcić i rozwijać, chcemy budować kraj, który szczerze miłujemy, chcemy budować drogi, infrastrukturę, budować niezależność gospodarczą, a także znacznie więcej – budować wolność polityczną i suwerenność. My też chcemy tworzyć te wszystkie dobra, ale nad hasło „Jak wygodnie przeżyć”, stawiamy dewizę: „Jak godnie żyć”. I to jest nasza droga! Z tej drogi nic ani nikt nie może nas zawrócić. To jest droga wierności naszym przodkom, którzy pisali dzieje Ojczyzny przez ponad tysiąc lat. Od praojców, którzy pochylili głowę, by pozwolić się ochrzcić, aż po tych braci i siostry, którzy prawie cztery lata temu w dramatycznych okolicznościach odeszli do Boga na przedmieściach Smoleńska, a także odchodzą do Boga każdego dnia.
Jak godnie żyć? To jest powołanie i zadanie każdego prawego chrześcijanina. Kierując się tym, wołamy o prawdę pełną i niezałganą, bez montaży, kombinacji, dodatków i przemilczeń oraz bez wyreżyserowanego, a szkodliwego pijaru. Sugeruje się nam, aby w tym roku obchodzić uroczyście ćwierćwiecze „częściowo wolnych wyborów”. Nie możemy ulec sugestiom, abyśmy poprzestali na częściowej prawdzie o Smoleńsku. Jesteśmy strażnikami tej pamięci, strażnikami, którzy dobrze wypełniają swoje zadanie tylko wtedy, gdy są wierni prawdzie, pełnej prawdzie. „Prawda was wyzwoli” – nauczał Jezus Chrystus.
A do zaproponowanej przez wspomnianego profesora analizy stanu Polski i Polaków dodam inną analizę. Dokonał jej nie Polak, lecz Anglik. Dokonał nie oglądając się wstecz i dzieląc, lecz utrwalając na piśmie swoje wrażenia i przeżycia z podróży, którą odbył po ziemiach polskich na samym początku XIX wieku, czyli na samym początku okresu rozbiorów. Nazywał się George Burnett, a po powrocie do Anglii, w 1807 roku opublikował książkę, której tytuł brzmi: „Obraz obecnego stanu Polski”. Ponad 200 lat temu przedstawił własną diagnozę. Skoro nie brakuje współczesnych diagnoz, posłuchajmy tej sprzed ponad 200 lat:
„Największe jednak zło (które nie jest wprawdzie skutkiem rozbiorów, ale mocno nasiliło się w ich czasie) – to powszechna sprzedajność, jakże hańbiąca Polaków. Więcej zła mocarstwa rozbiorowe uczyniły swym złotem niż swym orężem. Rewolucjoniści nie mogli polegać na nikim, ponieważ rękę, która wznosiła się w ich obronie, łatwo było sparaliżować przekupstwem – dokładnie w tym momencie, gdy miała zadać cios. Gdyby Polska nie była rozdarta, nawet siły trzech tak potężnych mocarstw nie zdołałyby jej pokonać. I choć fakt ów znajduje wytłumaczenie w pożałowania godnym stanie państwa i jego rządu, mimo wszystko smutny to widok – kraj, w którym załamały się wszelkie normy konieczne dla utrzymania spójności społeczeństwa, a wiara, zaufanie i szlachetny patriotyzm legły pospołu w gruzach” (G. Burnett, Obraz obecnego stanu Polski, tłum. Marek Urbański, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2008, s. 285).
Taka jest diagnoza stanu Polski sprzed ponad 200 lat. Ileż trzeba było wysiłku minionych pokoleń Polaków, żeby z tego marazmu się wyzwolić. Ileż trzeba było wiary, siły przekonania i pracy, ileż trzeba było wierności Bogu, Jego woli i przykazaniom, ileż trzeba było miłości rodzinnej i lojalności, żeby przezwyciężyć słabości, o których napisał obcokrajowiec. Również dzisiaj wiara, zaufanie i szlachetny patriotyzm legną pospołu w gruzach, jeżeli nie będzie tych, którzy stając się strażnikami pamięci w trudnych czasach i warunkach, zachowują wierność Bogu i Jego świętemu prawu. Gdy przeżywamy rozmaite trudności, bardzo podobne do tamtych, prosimy Pana Boga, żeby nas wspomagał tą samą duchową mocą, która w bliższej i dalszej przeszłości pozwoliła skutecznie przezwyciężyć wszystko, co trudne i, po ludzku biorąc, niemożliwe do pokonania.
Właśnie dlatego konieczna jest, oparta na prawdzie, pamięć o dramacie pod Smoleńskiem. Jest konieczna, aby zatrzymać rozkład wiary, wzajemnego zaufania i szlachetnego patriotyzmu. Nie wolno tego dramatu bagatelizować, nie wolno go wykorzystywać do wykopywania przepaści między Polakami, do jątrzenia i dzielenia nas! Nie wolno również tej prawdy zakopać!
Pełna prawda o Smoleńsku stoi na przedłużeniu wcześniejszych wydarzeń, o których podczas tych comiesięcznych Mszy Świętych trzeba w szczególny sposób pamiętać. Prawda o dramacie z 10 kwietnia 2010 roku stoi na przedłużeniu dramatu roku 1920. Nie mamy czasu, aby mówić o znaczeniu tego wspaniałego zwycięstwa, polegającego na heroicznym powstrzymaniu bolszewickiej nawały. Przez kilkadziesiąt lat był to, a pod wieloma względami nadal pozostaje, temat tabu, bo łączy się z genezą i naturą komunizmu. Łączy się też z jego krwawym wdrażaniem oraz milionami niewinnych ofiar, które zebrał w Rosji sowieckiej i okolicznych krajach.
Prawda o Smoleńsku to również nieodłączna część prawdy o wywózkach oraz nieopisanych cierpieniach i prześladowaniach Polaków od września 1939 roku, a na Kresach Wschodnich zwłaszcza od 10 lutego 1940 roku. Wiosną tego samego roku w Katyniu zginęło ponad 22 tysiące Polaków tylko za to, że byli Polakami. Zapłacili cenę życia za rok 1920! To była zbrodnia komunistyczna i zemsta za klęskę poniesioną przez bolszewików nad Wisłą i na Wileńszczyźnie. Okrutnie zamordowani Polacy zapłacili straszliwą cenę za to, że „związek nasz bratni” nie objął jednak ludzkiego rodu. W tym łańcuchu pogardy i cierpienia są również ogniwa złożone z naszych bohaterów, znanych i bezimiennych, którzy w okresie wojny i po wojnie, szczególnie w drugiej połowie lat 40. i pierwszej połowie lat 50., płacili okrutną cenę w lasach, więzieniach i na katordze. Niech mi będzie wolno oddać hołd jednemu z nich, którego spotkałem ponad 30 lat temu w Paczkowie. Przez wiele lat cierpiał na mroźnych skałach Norylska. To, o czym opowiadał, budziło przerażenie i wciąż pozostaje żywe w mojej pamięci.
W obowiązek dochodzenia do prawdy o dramacie na przedmieściach Smoleńska wpisuje się też trwające dziesiątki lat kłamstwo i milczenie o Katyniu i o wielu innych dramatach Polaków, na przykład rzezi wołyńskiej. Byliśmy w tym wszystkim, a w dużej części dalej jesteśmy, zdradzeni i opuszczeni przez tych, którzy mienią się naszymi sojusznikami. Byliśmy i jesteśmy zdani przede wszystkim na siebie. Zatem tym bardziej musimy pamiętać!
Przywołuję na koniec swoją obecność w Katyniu prawie 25 lat temu. Na przełomie września i października 1989 r., a więc gdy tylko stało się to możliwe, udaliśmy się tam z Rodzinami Katyńskimi. Autokarem, przez Mińsk białoruski, dotarliśmy do Smoleńska i Katynia. Napisy ówczesne głosiły, że to Niemcy dokonali straszliwej zbrodni. W katyńskim lesie, w którym panowała śmiertelna cisza, z wielkim wzruszeniem patrzyłem na żony, córki i siostry oraz synów i braci Polaków wymordowanych przez komunistycznych oprawców. Najbliżsi ofiar szukali w katyńskiej ziemi jakiegoś śladu i znaku ich obecności, zostawiając na miejscu ich gehenny swoją pamięć, łzy i miłość.
Od 10 kwietnia 2010 roku mamy pod Smoleńskiem jeszcze jedno polskie miejsce. A obydwa te miejsca nierozerwalnie łączą się ze sobą. Trzeba pamiętać i trzeba się modlić za wszystkich, którzy zginęli w długich dziejach naszej Ojczyzny, w okresie rozbiorów i zaborów, w 1920 roku i później – aż do naszych czasów, a więc także za ofiary smoleńskiego dramatu. Trzeba nam być wytrwałymi strażnikami pamięci, którzy z niezłomną ufnością są przekonani, że by ją godnie pielęgnować, musimy dojść do pełnej prawdy.
A na koniec ostatnia zwrotka wiersza „Krew” Jarosława Marka Rymkiewicza. Jak każdy utwór poetycki można go interpretować na wielu poziomach. Dzisiaj przytaczam go i przeżywam na poziomie głęboko religijnym i teologicznym. Poeta zawsze mówi więcej, aniżeli jesteśmy w stanie przyjąć w jednym tylko wymiarze. A więc – przed Chrystusowym ołtarzem – karmiąc i wzmacniając naszą katolicką i polską tożsamość, przywołajmy słowa, które stanowią drogowskaz i światło w wysiłku pielęgnowania pamięci:
„Krew na fotelach tupolewa
Zmywana szlauchem o świtaniu
Jeszcze wam ona pieśń zaśpiewa
To będzie pieśń o zmartwychwstaniu”.