Postęp, ale zbyt wolny
Środa, 15 stycznia 2014 (10:21)Zgodnie z decyzją Parlamentu Europejskiego do 2020 r. ma być zredukowana emisja CO2 z lekkich samochodów dostawczych z obecnych 203 do 147 gramów na kilometr. W ocenie ekspertów, to dobra, choć mocno spóźniona decyzja,a ograniczenia zbyt małe.
Cel 147 gramów na kilometr będzie liczony jako średnia dla całej floty lekkich samochodów dostawczych (tzw. vanów) danego producenta. Chodzi o samochody nieprzekraczające ok. 2,6 tony bez ładunku i 3,5 tony z ładunkiem.
Limit ten będzie się odnosił do producentów wytwarzających co najmniej 1000 samochodów rocznie. Za nieprzestrzeganie limitu przewidziane są kary. Warto przypomnieć, że w 2018 r. ma też wygasnąć tzw. system superkredytów, które umożliwiają producentom bardziej „odciążyć” średnią samochodami emitującymi mniej CO2 niż 50 gramów na kilometr.
Zdaniem Wojciecha Makowskiego z Instytutu Spraw Obywatelskich, decyzja Parlamentu Europejskiego to oczywiście postęp, ale zbyt wolny.
– Oczekiwaliśmy bardziej ambitnych norm na 2020 r. Firmy leasingowe oraz stowarzyszenia drobnych przedsiębiorców chciały, żeby to było 118 gramów na kilometr, a nie 147. Wtedy średni van paliłby średnio 4,5 litra na 100 kilometrów – podkreśla w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl. Wojciech Makowski.
W jego ocenie, Komisja Europejska i europosłowie w tej sprawie zbyt mocno kierowali się interesem producentów głównie niemieckich, a niedostatecznie uwzględnili interes posiadaczy samochodów, a także środowiska.
– Cena zakupu samochodów będzie teraz niższa, niż gdyby normy były ostrzejsze, ale przeciętny przedsiębiorca, który kupuje nowy samochód na raty, kiedy podliczy comiesięczne wydatki pokrycia kosztów rat i paliwa, zapłaci więcej – przewiduje ekspert z Instytutu Spraw Obywatelskich. Podkreśla przy tym, że modele samochodów dostawczych zmieniają się wolniej niż osobowych. Dlatego już teraz Komisja Europejska powinna pomyśleć o normach na rok 2025 i przedstawić taką propozycję zaraz po wyborach.
– Normy te powinny być ambitniejsze, ale to będzie to możliwe pod warunkiem, że da się producentom czas na adaptację – uważa Wojciech Makowski.
Mariusz Kamieniecki