Falstart premiera
Sobota, 4 sierpnia 2012 (06:26)Premier usilnie poszukiwał nośnego tematu, którym po wakacjach, zwłaszcza w okresie przygotowywania nowego budżetu państwa, mógłby skutecznie zająć społeczeństwo.
Doskonale pamiętamy, jak szef rządu dzielnie walczył już z hazardem, z dopalaczami, z kibolami i jak kastrował pedofilów. Tym razem padło na nepotyzm.
I od razu Donald Tusk zaliczył falstart. Wytłumaczenie społeczeństwu, że jeśli syn premiera pracuje "na państwowym", to jest wszystko w porządku, a jeśli sytuacja dotyczy kogoś z rodziny polityków PSL, to może to być nepotyzm, wymaga jednak lepszego przygotowania akcji pod względem propagandowym.
Próby uczynienia przewodniego tematu debaty publicznej z kwestii in vitro czy związków partnerskich zbytnio nie wypaliły, i to mimo olbrzymich starań redaktorów - PR-owców Platformy w największych telewizjach, którzy usilnie starali się nam tłumaczyć przez kilka tygodni, jakimi to jesteśmy wielkimi zwolennikami metody in vitro i jak bardzo pragniemy, aby homoseksualiści "żenili się ze sobą".
Nowy koncept na zaprzątnięcie uwagi społeczeństwa spadł jednak premierowi jak z nieba - i to wskutek afery w jego własnym rządzie. Przeciętnego szefa rządu dopadłaby w takiej sytuacji trwoga, ale nie Donalda Tuska.
Co prawda PR-owcy Platformy w prorządowych mediach tylko czekali zapewne na znak od premiera, by móc tłumaczyć społeczeństwu, że cała afera to sprawka misternie sprokurowana przez opozycję, jednakże tym razem takiej potrzeby nie było.
Donald Tusk przy okazji afery postanowił "pogrillować" swojego koalicjanta, starając się jeszcze bardziej osłabić pozycję ludowców jako partnera w rządzie. Po ujawnieniu opinii publicznej podejrzeń co do wystąpienia nieprawidłowości w spółce Elewarr - kontrolowanej przez Agencję Rynku Rolnego, która z kolei podlega ministerstwu rolnictwa - rządową posadę jako pierwsza ofiara afery stracił minister rolnictwa, prominentny działacz PSL Marek Sawicki.
Co prawda o nieprawidłowościach w Elewarze kilka miesięcy wcześniej meldowała Najwyższa Izba Kontroli, a raport w tej sprawie przekazała kancelarii premiera. Jednakże w telewizjach oczywiście usłyszeliśmy, że premier nie jest winny żadnych zaniedbań, gdyż takich raportów rocznie dostaje 1,8 tys., nie jest więc w stanie ich przeczytać, i w konsekwencji, że jest czymś normalnym, iż "premier nie wie, co się w Polsce dzieje, a skoro nie miał wiedzy, to nie mógł niczego zaniedbać".
Gdy niewinność Donalda Tuska została już społeczeństwu zakomunikowana, nadeszła pora na przystąpienie do ataku przez szefa rządu. Oto okazało się, że w Elewarze posady znaleźli członkowie rodziny polityków koalicyjnego PSL - brat Eugeniusza Kłopotka, syn Stanisława Żelichowskiego, a w jednej ze spółek należących do Elewarru - brat Jarosława Kalinowskiego.
Donald Tusk, przyjmując dymisję PSL-owskiego ministra, ogłosił więc: będę walczył z nepotyzmem, anonsując "szybki audyt we wszystkich podległych rządowi spółkach, agencjach i instytucjach". A przy okazji zapowiedzianej na wrzesień informacji o planach pracy koalicji na kolejne trzy lata zapowiedział poinformowanie o przedsięwzięciach "o charakterze legislacyjnym, jak i organizacyjnym, które powinny ukrócić zjawiska szeroko pojętego nepotyzmu".
Choć Donald Tusk oficjalnie podkreślał, iż nepotyzm "nie ma dzisiaj zielonego koloru PSL, lecz jest to szerszy problem", nie mógł nie wykorzystać faktu, iż syn kandydata PSL na nowego ministra rolnictwa pracuje na kierowniczym stanowisku w oddziale Agencji Rynku Rolnego.
Tym razem to jednak dręczeni przez Tuska koalicjanci skutecznie zadrwili z premiera. Mimo deklaracji Tuska - powołującego się na szefa PSL Waldemara Pawlaka - który zakomunikował, iż "problem" zostanie rozwiązany i do czasu nominacji syn przyszłego ministra rolnictwa z pracy zrezygnuje, tak się nie stało.
Kalemba junior zadeklarował, wbrew słowom Tuska, iż z posady nie odejdzie. W czym zresztą miałby być gorszy od Tuska juniora, również pracującego "na państwowym" w porcie lotniczym w Gdańsku? Ten także zapowiedział, że pracy porzucać nie zamierza.
Nie rozstrzygając, czy posada któregokolwiek z członków rodziny polityków koalicji to efekt nepotyzmu ani czy ewentualny nepotyzm przedawnia się po 10 latach, praca Tuska juniora na państwowej posadzie wytrąciła - przynajmniej na chwilę - szefowi rządu oręż propagandy z dłoni.
Zapowiedź premiera walki z nepotyzmem mogła niezwykle zaniepokoić członków Platformy działających na niższych szczeblach i żyjących w przeświadczeniu, że nie po to wygrywali wybory, żeby nie móc teraz rozdzielać posad wśród krewnych i znajomych. Dotychczasowe działania Donalda Tuska wskazały jednak, iż zapowiedzi premiera nie można do końca brać poważnie i podobnie niepoważnie zakończy się zapewne anonsowana walka z nepotyzmem, która, zdaje się, będzie rozgrywana głównie w sferze propagandy.
Jeśli któremuś z działaczy Platformy w ramach walki z nepotyzmem się pogorszy, to można przypuszczać, że innemu się polepszy. A premier Tusk będzie mógł społeczeństwu ogłosić sukces w walce z nepotyzmem, jeśli tak zamiesza w kotle, że uda się we władzach spółek, agencji i kadry pracowniczej dokonać najwyżej wymiany "ludzi Grzegorza Schetyny" na protegowanych "Donalda Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego". A nepotyzm jak ma się dobrze pod obecnymi rządami, tak będzie kwitł dalej.
Artur Kowalski