Rodman ociepla wizerunek dyktatora
Piątek, 10 stycznia 2014 (14:13)Dennis Rodman, była gwiazda amerykańsko-kanadyjskiej ligi koszykarskiej NBA, jeden z „niegrzecznych chłopców” Detroid Pistons, uznał, że czas o sobie przypomnieć. Romans z bluźnierczynią Madonną przebrzmiał, więc przyjaźń z dyktatorem Kim Dzong Unem sprawiła, że media z zainteresowaniem śledzą jego relację z władcą Korei Północnej.
Godne potępienia zachowanie Rodmana, który odwiedza, jak gdyby nigdy nic, morderczy reżim, a potem opowiada o jego wspaniałościach, ocieplając wizerunek morderców, może być zgoła dobrą okazją do przypomnienia, czym jest komunistyczny totalitaryzm w tej części Azji.
Jest to niewątpliwie ostatnia dyktatura komunistyczna funkcjonująca na stalinowskich zasadach. Nawet w Chinach, Wietnamie i Laosie, gdzie komuniści bez przeszkód, a nawet przy biernej postawie Zachodu dewastują prawa człowieka, terror ma swoje granice.
W Korei Północnej nie ma. Zbrodnia goni zbrodnię. W kraju oficjalnie obowiązuje ateizm, choć, co ciekawe, istnieje także pewna forma religii. Jest nią cześć, boski kult, jakim obdarzani są rządzący. Każda inna forma kultu religijnego, która nie oddaje czci dynastii Kimów, postrzegana jest jako niebezpieczna i wroga temu totalitarnemu państwu.
Tym samym jest to główny powód brutalnych prześladowań chrześcijan. Na nowym Światowym Indeksie Prześladowań 2014 Open Doors Korea Północna znowu otwiera listę hańby. Przoduje w wyniszczaniu chrześcijaństwa od lat 50., a na Indeksie Open Doors jako numer 1 znajduje się już dwunasty rok z rzędu.
Z komunistycznego punktu widzenia religia jest postrzegana jako „opium dla ludu” i środek umożliwiający burżuazji rządzenie masami, dlatego musi zostać wyeliminowana. Chrześcijaństwo w szczególności postrzegane jest jako niebezpieczne, ponieważ zakłada się, że ma ono związki z Zachodem i dlatego utrudnia rozwój „prawdziwie socjalistycznemu narodowi”.
Oprócz tego władze postrzegają chrześcijan jako wrogów, bo religia może być wytrychem dla zagranicznej ingerencji, szpiegów inwigilujących Koreę i która mogłaby wyrządzić szkody dyscyplinie społecznej funkcjonującej w tym nieszczęśliwym kraju. W konsekwencji tych poglądów, w systemie kastowym Songbun wszyscy chrześcijanie są klasyfikowani jako „wrogowie ludu i państwa”.
Uchodźcy i uciekinierzy ciągle twierdzą, że byli świadkami lub słyszeli o aresztowaniach i egzekucjach członków podziemnego Kościoła w ubiegłych latach. Ich zdaniem, ludzie praktykujący swoją religię na pewno zostaną, prędzej czy później, poddani represjom.
Bardzo wielu wierzących uwięzionych jest w okrytych złą sławą północnokoreańskich karnych obozach pracy (kwan-li-so), choć dokładna liczba jest trudna do oszacowania.
Według ostatnich doniesień na temat pracy systemów obozowych, szacunki dla więźniów politycznych wynoszą około 150 do 200 tys. osób, nie licząc uwięzionych w innych typach więzień w kraju. W sumie w obozach koncentracyjnych może przebywać nawet od 30 do 50 tysięcy wyznawców Chrystusa. Ich na pewno Rodman nie odwiedził. Wydaje się, że raczej popijał szampana i jadł kawior z roześmianym młodzieńcem, panem życia i śmierci 24 milionów Koreańczyków. Od lat 50. szacuje się, że 3 miliony obywateli tego wielkiego obozu koncentracyjnego umarły z głodu, a 60 procent dzieci jest notorycznie niedożywionych.
Eliminacja osób religijnych ze społeczeństwa północnokoreańskiego przez reżim rodziny Kimów był drobiazgowo zaplanowanym procesem, który rozpoczął się od samego początku przejęcia władzy przez „wiecznego prezydenta” Kim Ir Sena. W latach 50. w pierwszych czystkach zamordowano nawet 300 tysięcy katolików, w tym wszystkich biskupów, księży, siostry zakonne. Tragedia była wielka, ponieważ jeszcze na początku ubiegłego stulecia stolica Korei (wówczas jeszcze jako jeden kraj) nazywana była Jerozolimą Wschodu. Może być to dla nas jakaś nauka, którą przypominał bł. Jan Paweł II, że wolność, pokój nie są wartościami stałymi, danymi raz na zawsze, ale o które trzeba cały czas walczyć. Na początku 1900 roku w Korei było najwięcej chrześcijan w Azji, pół wieku później wszyscy zostali właściwie eksterminowani. Prawdopodobnie nikt tego nie przewidział, nawet w najmroczniejszych wizjach, a jeśli ktoś taki się znalazł, to zapewne został powszechnie wyśmiany.
Tak. Kościół prężnie się rozwijał, a dziś funkcjonuje w podziemiu, co i tak, zważywszy na fakt, że chrześcijanie w ogóle tutaj są obecni, należy do fenomenu i potęgi chrześcijaństwa jako takiego. Wyznawcy Chrystusa nie mogą posiadać Biblii, różańca, krzyżyków, nie znają podstawowych dogmatów wiary, żyją w stałym poczuciu zagrożenia wobec denuncjacji przez sąsiadów, oficjalnie zostali skazani na śmierć przez władze swojej ojczyzny, grożą im czystki, egzekucje, tortury, głód, zsyłki do obozów zagłady. I są. Wciąż są. Open Doors szacuje, że jest ich nawet 400 tysięcy. Tego prawdziwego świata ucisku, a jednocześnie mocy i Prawdy, jaką niesie ze sobą chrześcijaństwo, amerykański ekskoszykarz zwany „Robakiem” w pałacach Kim Dzong Una nie doświadczy.
dr Tomasz M. Korczyński