Przeszukanie w MSZ
Sobota, 4 sierpnia 2012 (06:17)Na poniedziałek zaplanowano kolejne oględziny posesji MSZ, gdzie miało dojść do zniszczenia rzeczy Tomasza Merty. Wniosek o przeszukanie placówki Radosława Sikorskiego złożył pełnomocnik Magdaleny Pietrzak-Merty. Tym razem policja ma przyjechać z profesjonalnym wykrywaczem metali szlachetnych.
Policja, która działała na zlecenie prokuratury, już raz przeprowadziła oględziny na terenie posesji MSZ (archiwum resortu), gdzie mogło dojść do zniszczenia rzeczy Tomasza Merty. W czynności uczestniczyli dwaj policjanci z Komendy Stołecznej Policji (technik oraz podkomisarz). Mieli ustalić, w którym miejscu na terenie resortu spraw zagranicznych doszło do zniszczenia przedmiotów należących do Tomasza Merty, który zginął w katastrofie smoleńskiej.
Czynności te zostały wykonane w ramach postępowania prokuratury w sprawie zniszczenia dowodu osobistego Merty oraz zaginięcia jego obrączki. W oględzinach pod koniec czerwca uczestniczyła też wdowa po wiceministrze kultury Magdalena Pietrzak-Merta, jej pełnomocnik prawny mec. Bartosz Kownacki oraz urzędnik MSZ, na którego zeznaniach oparła się prokuratura w kwestii identyfikacji miejsca utylizacji przedmiotów, które ocalały z katastrofy smoleńskiej.
Czynności, które trwały prawie trzy godziny, zakończyły się jednak fiaskiem. Nie znaleziono wówczas śladów ogniska ani żadnych przedmiotów, które ewentualnie mogły być palone. Mimo przekopania znacznego obszaru - był to teren należący do archiwum MSZ w Warszawie - nie natrafiono na żaden ślad rzeczy po wiceministrze kultury.
Zdaniem mec. Kownackiego, negatywny wynik oględzin to efekt zastosowania niewłaściwego sprzętu, policjanci mieli ze sobą jedynie łopaty i wykrywacz metali, który - ocenia prawnik - nie był w stanie zlokalizować, czy i na jakiej głębokości dana rzecz się znajduje, ani odróżnić rodzaju metali. Tymczasem przedmiotem, który chciała odnaleźć wdowa, była przede wszystkim obrączka męża, która miała dla niej wartość relikwii.
- Chcielibyśmy, żeby to przeszukanie zakończyło się pozytywnym efektem, by udało się znaleźć rzeczy, których szukamy. Szczególnie zależy mi na znalezieniu obrączki - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Magdalena Pietrzak-Merta. Jak informuje Dariusz Ślepokura, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, śledczy zwrócili się do Komendy Stołecznej Policji z pytaniem, czy ta dysponuje specjalistycznym sprzętem do wykrywania metali szlachetnych.
Dowód w popiele
Sprawa zniszczenia dowodu Tomasza Merty, którą opisał "Nasz Dziennik", wyszła na jaw po tym, jak okazało się, że dokument wydany rodzinie po katastrofie na Siewiernym nosi wyraźne ślady nadpalenia. Tymczasem z materiałów rosyjskich, które trafiły do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, wynikało, że zachował się w stanie wręcz idealnym.
Śledczy musieli się więc zmierzyć z problemem autentyczności dowodu. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi Wydział V Śledczy Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Do drugiego, odrębnego postępowania wyłączono natomiast wątek kradzieży obrączki, zegarka i portfela.
W toku postępowania w sprawie niszczenia dowodu, które toczy się od blisko roku, prokuratorzy powzięli podejrzenie, że do incydentu mogło dojść już na terenie Polski. A konkretnie w którejś z jednostek resortu kierowanego przez Radosława Sikorskiego.
Zdaniem Magdaleny Pietrzak-Merty, są trzy warianty losów obrączki jej męża: mogła nigdy nie opuścić Moskwy, mogła zostać skradziona przez pracownika MSZ lub - wbrew dokumentacji - tkwi gdzieś w ziemi na terenie resortu spraw zagranicznych.
Merta oraz jej pełnomocnik wykluczają, by obrączka została skradziona przez Rosjan. Istnieje bowiem protokół przekazania jej stronie polskiej wraz z dokumentacją zdjęciową, na której obrączka jest widoczna na palcu wiceministra kultury. Dlatego pokrzywdzona i jej pełnomocnik deklarują, że jeżeli ponowne oględziny posesji MSZ przyniosą skutek negatywny, złożą kolejny wniosek do prokuratury, tym razem o przeszukanie terenu Ambasady RP w Moskwie. A konkretnie - gabinetu byłego ambasadora Jerzego Bahra.
Materiał dowodowy wskazuje, że formalny ślad po obrączce i innych rzeczach Tomasza Merty urywa się właśnie w tej ambasadzie.
- Nie spocznę, dopóki nie dowiem się prawdy, będę szukać rzeczy po Tomku do skutku. Mam wrażenie, że w MSZ nikt nad niczym nie panuje, że przełożeni nie wiedzą, co robią ich podwładni, a ci nie są świadomi intencji czy oczekiwań swoich przełożonych. Myślę, że mamy tu do czynienia z bałaganem porównywalnym z tym, jaki zaserwowali nam Rosjanie. Mamy też powszechny zwyczaj zasłaniania się niepamięcią, przerzucania winy na kogo innego. Muszę w tym bałaganie i w tym chaosie robić swoje - nawet jeśli jest to niełatwe - konkluduje Magdalena Pietrzak-Merta.
Prokuratura przesłuchała już wszystkie osoby, które miały jakikolwiek kontakt z pocztą dyplomatyczną. W tym dwóch dyrektorów gabinetu ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego: dyrektora generalnego oraz dyrektora centrum operacyjnego MSZ. A także byłego ambasadora RP w Moskwie Jerzego Bahra, który jednak nie mógł sobie przypomnieć, w jaki sposób rzeczy osobiste Tomasza Merty znalazły się w jego gabinecie.
I tak, i tak - skandal
Gdyby okazało się, że - zgodnie z zeznaniami - zaginione rzeczy Tomasza Merty znajdowały się na posesji MSZ, niewątpliwie zakończyłoby to pewną część postępowania prokuratorskiego.
Byłoby to jednak druzgocące dla opinii samego resortu ministra Sikorskiego - wyszłoby na jaw, że ktoś - a według materiałów dowodowych byli to urzędnicy MSZ wysokiego szczebla - zdecydował o zniszczeniu rzeczy Merty. I jakby tego było mało, zwodził wdowę, narażając ją na traumę przeszukiwania sterty rzeczy po ofiarach katastrofy.
Niezależnie od wyników oględzin i ustaleń prokuratury, czy dowód zniszczyli Polacy, czy też spreparowali Rosjanie, zawsze będzie można mówić o skandalu. Jedno i drugie nie powinno w ogóle się zdarzyć.
Anna Ambroziak