• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Optymizm nie urzędowy

Czwartek, 9 stycznia 2014 (02:06)

Z Arturem Siódmiakiem, byłym reprezentantem Polski w piłce ręcznej, rozmawia Piotr Skrobisz

Jest Pan optymistą przed rozpoczynającymi się za kilka dni mistrzostwami Europy? Myślę oczywiście o występie reprezentacji Polski.

– Tak, jestem. I to nie urzędowym, bo dostrzegam potencjał w reprezentacji. Ostatnio co prawda kilku ważnych zawodników leczyło kontuzje, ale czują się coraz lepiej, pojadą do Danii i dadzą z siebie wszystko.

Można obecny zespół porównać z drużyną, w której grał Pan, która zdobywała medale mistrzostw świata?

– Nie ma w niej jakiegoś zdecydowanego lidera, jest za to kilku wiodących graczy: Bartosz i Michał Jureccy, Sławek Szmal, Mariusz Jurkiewicz czy Bartek Jaszka. Oni stanowią o sile drużyny, oni mają za zadanie motywować ją i ciągnąć do przodu w najtrudniejszych momentach. Oni w największej mierze muszą brać odpowiedzialność na swoje barki. Brak jednego lidera, jednej wielkiej gwiazdy powoduje, że zespół jest w pewnym sensie nieobliczalny. Rywale mogą nie wiedzieć, na kim się skupić, a praktycznie każdy z wymienionych przeze mnie graczy – i nie tylko – może w pewnym momencie „odpalić”. Poza tym trener Michael Biegler w ostatnich meczach towarzyskich dał szansę pokazania się młodszym zawodnikom, dzięki temu poznali smak gry w reprezentacyjnych barwach i mniej więcej przekonali się, jakie obciążenie psychiczne może na nich spoczywać na wielkim turnieju.

Uważam, że wciąż znajdujemy się w ósemce najlepszych drużyn świata. Może nie w superścisłej czołówce, ale w ósemce na pewno. A to sytuacja, która pozwala myśleć o atakowaniu wysokich celów. Medal? Trudny do zdobycia, jednak nie nierealny. Mistrzostwa Europy są o tyle ciężkim turniejem, że wszystkie drużyny prezentują mniej więcej podobny poziom. O sukcesie decydują zatem niuanse, a także sportowe szczęście. Mam tu na myśli choćby kontuzje.

Kadra Bieglera jest połączeniem doświadczenia z młodością, ale mówiąc o liderach, wspomina Pan tylko tych zawodników, którzy tworzą jej trzon od wielu już lat. Dziura pokoleniowa?

– Jureccy, Szmal, Jurkiewicz, Lijewski to wciąż najlepsi polscy piłkarze ręczni. To wciąż zawodnicy światowej klasy. Ludzie, którzy na imprezach mistrzowskiej rangi scalają zespół od wewnątrz. Trener jest ważny, ale to właśnie tacy zawodnicy, z autorytetem i charyzmą, potrafią najwięcej zdziałać i odgrywają bezcenną rolę, szczególnie wtedy, gdy pojawiają się jakieś przeszkody. To oni ciągną za sobą młodych, mniej doświadczonych.

A jeśli mowa o dziurze pokoleniowej. Tak, jest, ale i tak wymiana odbywa się w miarę łagodnie. Cały czas gramy na mistrzostwach świata i Europy, co prawda bez medalowych zdobyczy, ale gramy. Oczywiście nie da się łatwo dorównać takim graczom jak Tkaczyk czy Jurasik, którzy prowadzili zespół do największych sukcesów. Dziś w kadrze przeważają piłkarze z ligi polskiej, tylko dwóch na co dzień występuje w niemieckiej. Nie chcę niczego ujmować naszym rozgrywkom, ale to liga niemiecka jest najmocniejsza w świecie, a za czasów Bogdana Wenty występował w niej trzon zespołu. Oprę się na swoim przykładzie. Grając w Niemczech, byłem przyzwyczajony do wielkiej presji, bo praktycznie dwa razy w tygodniu walczyłem w meczach o stawkę, z fantastycznymi przeciwnikami, przy pełnych trybunach. Każde spotkanie było wyzwaniem, każde pomagało mi doskonalić własne umiejętności i stawać się lepszym zawodnikiem. Potem było mi łatwiej sprostać wymaganiom reprezentacyjnym. W Polsce mamy coraz mocniejsze kluby, coraz mocniejszą ligę, ale to jeszcze nie to. Dobrym posunięciem Bieglera jest łączenie kadr A i B. To szansa na rozwój młodszych graczy, pretendujących do występów w pierwszej reprezentacji. Wspólne treningi, wyjazdy, zgrupowania naprawdę wiele dają.

W fazie grupowej mistrzostw Europy Polacy zmierzą się z Serbią, Danią i Rosją. Gorzej, a raczej trudniej być nie mogło?

– Na mistrzostwach Europy nie ma słabeuszy, każdy mecz jest bojem o wszystko, o każdy centymetr. Łatwiej jest na mistrzostwach świata, gdzie spotyka się zespoły z Afryki czy Ameryki – przy całym szacunku, dużo słabsze. Polakom będzie ciężko, ale są w stanie wygrać z każdym, i mówię to z pełnym przekonaniem. Oczywiście będzie to wielkie wyzwanie. Serbowie, od nich zacznijmy, tworzą zespół szalenie ambitny, agresywny, wręcz brutalny, grający na pograniczu przepisów. Trzeba z nimi walczyć twardo, o każde pół centymetra boiska, od początku narzucić własne warunki i pokazywać, kto tu rządzi. Inaczej się nie da. Francja? Drużyna w przebudowie, bez kilku ikon tamtejszego szczypiorniaka. Dawne gwiazdy zastąpili młodzi, talentów nad Sekwaną nie brakuje, ale to już nie ta Francja, która dzieliła i rządziła w świecie przez 10 lat. Rosja? Solidna firma, regularnie występująca na dużych imprezach, świetnie przygotowana fizycznie, ale od dawna czekająca na medal mistrzowskiej imprezy. Myślę, że w naszej grupie będą decydowały niuanse, spodziewam się wyrównanych meczów z niewielkimi różnicami bramkowymi. Trudno wskazać faworytów.

Na wielkich imprezach kluczowy często bywa pierwszy mecz. Zagramy go z Serbią, z którą ostatnio przegrywamy…

– Pierwszy mecz to zawsze gra nerwów, wielkie emocje i ciśnienie. Wygrany buduje morale i dodaje wiatru w żagle, a przegrany… Cóż, nie ma czasu na rozpamiętywanie ran, trzeba szybko powstać, bo nazajutrz jest kolejny pojedynek, który trzeba rozstrzygnąć na swoją stronę. Serbia nam ostatnio nie leży, ale przy odpowiednim nastawieniu można ją pokonać.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz