• Sobota, 11 kwietnia 2026

    imieniny: Filipa, Leona

Świąteczne wygłupy Tusków

Wtorek, 31 grudnia 2013 (14:23)

Wybijająca się na gwiazdę publicystyki zależnej pani Młynarska nie pozostała obojętna na poważne turbulencje tuskowej familii zanurzonej w kryzysie. Dodam szybko, że mowa o kryzysie politycznym oczywiście, bo ten gospodarczy dopada tylko normalnych Polaków, w żadnym razie nie Tusków, którzy prosperują wyśmienicie.

Pan Donald oczekuje kolejnej posady w Komisji Europejskiej, czyhając na krę, która wyratuje go od katastrofy, do jakiej doprowadził nasz kraj dzięki znacznym wpływom przyjaciółki Angeli Merkel. Pani Małgorzata zarabia na sprzedaży swojej słynnej książki „Między nami”, którą wszyscy kupują i wszyscy są jej bardzo ciekawi. Córka Katarzyna prowadzi bloga, który dostarcza trochę kapitału, a syn Michał, jak możemy przeczytać w Wikipedii, to pracownik działu analiz i marketingu w Porcie lotniczym Gdańsk, prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą w zakresie usług public relations. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Kryzys ekonomiczny im zatem niegroźny.

Co innego natomiast kryzys polityczny i poważne nadszarpnięcia świetlistego wizerunku Umiłowanego Przywódcy w ostatnich miesiącach. Dlatego korzystając z publicznych pieniędzy, pani Młynarska wprosiła się w ostatnie Święta z rodziną premiera do polskich domów z ckliwym romansidłem pt. „Jak p. Tusk z p. Tuskową”.

Oficjalnie chodziło o przybliżenie Polakom świątecznych zwyczajów „najważniejszego człowieka w państwie” (zob. red. nacz. T. Lis), a nieoficjalnie, owa mizerniutka produkcja była reakcją na fatalną w skutkach wspomnianą już publikację żony Tuska „Między nami”, ponadto serię katastrofalnych wypowiedzi Małgorzaty Tusk w stacjach telewizyjnych, spadające notowania osoby premiera we wszystkich rankingach, we wszystkich mediach, i wreszcie była odpowiedzią na całą gamę wpadek politycznych gabinetu Tuska.

Przemęczyłem 25 minut tego wykwitu propagandy, aby zdemaskować Czytelnikom „Naszego Dziennika” zabiegi PR-owskich sztukmistrzów, którzy wykreowali go na potrzeby wzrostu notowań i ratowania skóry Platformie Obywatelskiej. Materiał jest mało strawny i żenujący, szczególnie w miejscach, gdzie wywlekane są intymne sprawy rodzinne Tusków. Pominę je milczeniem i skupię się na najważniejszych nonsensach.

Zdaniem występujących Tusków ślub kościelny niczego w ich życiu nie zmienił. Natomiast „był bardzo wzruszający, Kasia płakała”, powiedziała Małgorzata Tusk, a pan Donald wytoczył ciężką artylerię, gdy powołał się na śmierć Ojca Świętego,  ten fakt bowiem miał zaważyć na podjęciu decyzji o kościelnym ślubie. Wszelkie przypuszczenia, że był to trik na potrzeby wyborów prezydenckich, są nikczemnymi pomówieniami.

„Co dobrego dla kraju zrobił pani mąż?” - zapytała ni stąd, ni zowąd Młynarska. Okazuje się, że dzięki Donaldowi Tuskowi jesteśmy nowoczesnym krajem, pani Tusk widzi swoje miasto, widzi turystów. „A Polska jest atrakcyjna dla innych krajów, dla innych ludzi, dla krajów, które były synonimem czegoś wyjątkowego, teraz oni przyjeżdżają tutaj i szukają tego, co my szukamy, wyjeżdżając na wyjazdy turystyczne”, kończyła w uznaniu dokonań swego wspaniałego męża.

Wypowiedzi małżeństwa Tusków okraszane są dodatkowo zdjęciami, płaczliwą, sentymentalną muzyczką, aby utrzymywać odpowiedni nastrój wzruszenia i patosu.

Spece od PR niezbyt się jednak postarali. Połączyli w jedno dwa byty, które dotąd w pojedynkę zaliczały wpadkę za wpadką. Efekt? Tandetne przedstawienie inkrustowane uśmieszkami, wybuchami nagrywanego śmiechu, czułym chwytaniem się za dłonie, pogaduszkami, historyjkami przewidzianymi przez scenariusz zależnej publicystyki.

Przy okazji wyreżyserowanego spektaklu dowiedzieliśmy się, że premier nie lubi pracować, o czym w gruncie rzeczy przekonujemy się dzień w dzień, od ponad sześciu lat. Mocno to kontrastuje z odpowiedzią premiera na ostatnie pytanie pani Młynarskiej, jaką notkę chciałby przeczytać na swój temat w podręcznikach do historii. Zamyślony premier odpowiada: „zmienił Polskę na lepsze”.

Donald Tusk już w czerwcu 1992 roku zapisał się w historii i niekoniecznie jako ten, co to zmienia Polskę na lepsze. Obalenie rządu Jana Olszewskiego nie należy do polskiej racji stanu. Kto wie, czy nie był to moment decydujący, w którym kierunku podążyła Polska.

Rozpędzenie agentów, kolaborantów, tajnych współpracowników bezpieki, SB, UB było, wydawało się, w zasięgu ręki. Niestety, lider Kongresu Liberalno-Demokratycznego („panowie, policzmy głosy”) wraz z innymi twórcami układu III RP doprowadził do regresu państwowości, dzięki czemu sowiecki system został niejako przetransportowany do „nowych” czasów, co doprowadziło do umocnienia, a następnie zwycięstwa postkomunistów i kolejnych tragedii, jakie rozgrywają się na naszych oczach.

Na szczęście to, czy w podręcznikach do historii znajdzie się informacja, że D. Tusk „zmienił Polskę na lepsze”, czy na gorsze, zależy od historyków, którzy obiektywnie ocenią rządy jego gabinetu.

Czy uratowano premiera?

W sukurs tonącemu Tuskowi popłynęły, jak zwykle, usłużne media. Miało być ratowanie, a skończyło się na reanimacji za pomocą przesłodzonej telenoweli, która może zaspokoi intelektualny poziom percepcji mniej niż średnio inteligentnych, ale niekoniecznie przekona do premiera większość Polaków, którzy na tanie chwyty Donalda Tuska coraz rzadziej się nabierają i są zmęczeni kiepskimi wygłupami.

I tylko pozostaje absmak z powodu ordynarnych technik propagandowych wykorzystywanych przez „publiczne” media, żeby na koniec nawiązać do klasyka i weterana polskiej sceny politycznej.

Dr Tomasz M. Korczyński