Trucizna w środku wsi
Poniedziałek, 23 grudnia 2013 (02:00)W małej wsi Piskornia na Mazowszu ktoś zakopał trujące odpady. I choć mieszkańcy alarmowali o znalezisku wójta już pięć miesięcy temu, sprawa dopiero teraz, po interwencji radnych, trafiła do prokuratury.
W lipcu na jednym z pól uprawnych w Piskorni (gmina Pokrzywnica) odkryto górę dziwnej, cuchnącej, czarnej, błotnistej mazi. Posesja należy do mieszkańca Warszawy, który przekazał ją w dzierżawę jednemu z rolników. O sprawie poinformowana została wiceszefowa Rady Gminy Pokrzywnica Grażyna Leleń, która od razu zaalarmowała wójta gminy Adama Rachubę.
– Telefonicznie zgłosiłam sprawę do pana wójta. Obiecał, że się tym zajmie. Później odbywały się kolejne sesje w radzie gminy, kolejne spotkania. Ciągle dopytywałam, co z tym robi. Mówił, że prowadzi korespondencję z właścicielem działki, który twierdzi, że jest to nawóz kurzy – relacjonuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Grażyna Leleń.
Tymczasem mieszkańcy Piskorni żalili się, że dziwna maź cuchnie jak padlina i gdy zawieje wiatr, nie sposób nawet otworzyć okna.
Na 27 września wójt wyznaczył wizję lokalną; w jej trakcie przedstawiciel ciechanowskiej delegatury Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska pobrał próbki do badań.
– Wykazały one z całą pewnością, że nie jest to pomiot ptasi czy obornik, bo takie informacje z gminy do nas docierały, lecz odpad w postaci osadów komunalnych wymieszany z niewielką ilością nawozów – twierdzi Andrzej Gwizdała-Czaplicki, szef WIOŚ w Ciechanowie.
W składzie mazi dominowały osady ściekowe, które w żaden sposób nie nadawały się do rolniczego wykorzystania ani do prac rekultywacyjnych. Maź była skażona bakteriologicznie, zawierała dużą ilość jaj pasożytów, rtęć, nikiel, chrom, bakterie salmonelli, glisty ludzkie i zwierzęce.
W październiku o wyniku badań inspektorat powiadomił wójta Pokrzywnicy, sugerując mu, że zgodnie z ustawą o odpadach powinien zobowiązać właściciela terenu, na którym maź pozostawiono, bądź też dzierżawcę pola do natychmiastowego usunięcia osadów i przekazania ich do ich dalszego przerobu.
Wójt, bo w jego kompetencjach leżała ta sprawa, mógł już dawno ustalić, kto jest wytwórcą przywiezionych do gminy toksycznych odpadów. Wystarczyło, by złożył zawiadomienie w prokuraturze, co zarówno przedstawiciele WIOŚ, jak i radni gminy mu sugerowali.
Ale ani właściciel działki, ani jej dzierżawca nie chcieli wskazać wytwórcy odpadów. A wójt się ociągał.
Dochodzenie w tej sprawie 18 grudnia wszczęła Prokuratura Rejonowa w Pułtusku.
W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” prokurator Jolanta Świdnicka tłumaczy, że wpłynęły niezależnie dwa zawiadomienia. Jedno od osoby cywilnej, drugie od wójta Pokrzywnicy.
– Prowadzimy postępowanie w sprawie składowania odpadów zawierających substancje szkodliwe dla zdrowia i środowiska naturalnego na działkach położonych w miejscowości Piskornia w gminie Pokrzywnica. Oba zawiadomienia zostały objęte jednym postępowaniem – mówi prok. Świdnicka.
Postępowanie jest w fazie początkowej, na razie będą trwały rutynowe czynności polegające na przesłuchaniu świadków, prokuratura ma również zasięgnąć opinii biegłego z zakresu ochrony środowiska dla określenia skutków przechowywania takich odpadów.
– Czy będą inne wątki tego postępowania, czas pokaże – dodaje prokurator.
Odpady z oczyszczalni ścieków?
Wiceprzewodnicząca Rady Gminy Pokrzywnica Grażyna Leleń, radna Iwona Ostaszewska i radna Stanisława Taperek złożyły na ręce wójta interpelację. Piszą w niej, że badane przez WIOŚ próbki wskazują na bardzo wysokie prawdopodobieństwo, iż odpady stanowią osady z oczyszczalni ścieków.
„Przeprowadzone przez WIOŚ badania wskazują, że przedmiotowe składowisko odpadów stanowi realne i bardzo poważne zagrożenie epidemiologiczne i toksykologiczne dla mieszkańców naszej gminy, co może wskazywać na popełnienie przestępstwa określonego w art. 182, § 1, art. 183 Ustawy z dn. 06.06.1997 r. Kodeks Karny”.
16 listopada okazało się, że złożone na polu odpady są ładowane na ciężarówki i wywożone gdzieś w kierunku wsi Piskornia. Mieszkańcy skarżyli się na niesamowity, dławiący smród i błagali Leleń o pomoc. Kobieta zadzwoniła do wójta, a ponieważ ten nie odbierał telefonu, sprawę zgłosiła przewodniczącemu Rady Gminy Pokrzywnica. Niezależnie powiadomiła również policję.
– Wysłali radiowóz. Policja spisała kierowców, którzy pracowali przy wywózce odpadów, ale wywóz nie został przerwany, choć mieszkańcy wiedzieli, że odpady jadą w kierunku ich wsi. W końcu oddzwonił do mnie wójt. Zapytałam, czy wydawał jakąkolwiek decyzję o wywozie tej mazi. Powiedział, że nie – relacjonuje radna.
Leleń nie dała jednak za wygraną i ponownie zadzwoniła na policję. Zdziwiona usłyszała, że wójt już się kontaktował, i to trzykrotnie, z funkcjonariuszami, zapewniając, że maź wywożona jest w miejsce do tego przeznaczone, wszystko jest monitorowane i pod kontrolą.
Dwa dni później na komisji rewizyjnej w urzędzie gminy wójt sam sobie zaprzeczył. Uznał, że nie ma wiedzy, gdzie odpady zostały wywiezione. Zdaniem mieszkańców, zostały one zakopane w dwóch lub trzech miejscach w środku wsi.
„Nasz Dziennik” próbował skontaktować się z wójtem gminy Pokrzywnica Adamem Rachubą, by przedstawił w tej sprawie swoje stanowisko. Usłyszeliśmy, że jest zajęty i nie może rozmawiać. Sekretarka poinformowała, że mogę zadzwonić za 20 minut, lecz ani wtedy, ani później telefon sekretariatu wójta nie odpowiadał.
Na 30 grudnia zaplanowano sesję rady gminnej, ale nie znalazł się w niej punkt dotyczący trujących odpadów, chociaż wiadomo, że są one na terenie gminy. Wygląda na to, że władze gminy próbują całą sprawę zamieść pod dywan.
Problem toksycznych odpadów na terenie Pokrzywnicy nie jest nowy. Mieszkańcy twierdzą, że już od 2002 r. w ich gminie zakopywane są nielegalnie dziwne substancje.
W 2008 r. w stodołach na terenie kilku gospodarstw: w Łubienicy-Superunkach i Karniewku znaleziono ponad 200 worków z proszkiem. Badania wykazały, że to węglan wapnia i węglan potasu. Podobno znaleziono też węglan baru i inne szkodliwe substancje. Gdy sprawę nagłośniono, odpady nagle znikły. Trzy lata później na wyrobiska żwirowe w tej samej gminie trafiły tony odpadów. Zwożono je w nocy ciężarówkami, a świtem zasypywano. Mieszkańcy twierdzą, że ten proceder trwał od lat.
Mimo że prokuratura potwierdziła, iż oprócz odpadów budowlanych były tam również odpady komunalne, nie udało się ustalić osób odpowiedzialnych za nielegalne składowanie toksyn.
Odpady miały być też wywożone na inne prywatne działki, worywane w ziemię i obsiewane. Mieszkańcy twierdzą, że widzieli ciężarówki wywożące identyczną maź jak ta z Piskorni do Bud Pobyłkowskich.
Piotr Czartoryski-Sziler