• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Prototypy w betonowej norze

Sobota, 21 grudnia 2013 (02:09)

Z dr. hab. Edwardem Malakiem, dyrektorem Muzeum Techniki i Przemysłu w Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Z powodu braku pieniędzy placówce grozi likwidacja. Jaki ma plan zaradczy?

– Muzeum zasadniczo jest zdrowe, patrząc na zbiory i ludzi. Prawdą jest jednak, że czeka nas duża robota do wykonania, choć sytuacja Muzeum Techniki jest znacznie lepsza od tej, w jakiej było Ossolineum. Jest wspaniała siedziba w PKiN, są cudowne zbiory, ludzie się znają na pracy. Zespół ten w żadnym stopniu nie powinien być rozerwany. Najważniejszym naszym problemem – co jest również sprawą wstydliwą dla Warszawy – jest rzekome Muzeum Motoryzacji na Filtrowej. To w rzeczywistości betonowa nora, którą w czasie deszczu podtapia woda. A przecież znajdują się tam jedyne na świecie prototypy. Więc z punktu dbałości o dorobek narodowy sytuacja wygląda tragicznie. Nie może być tak, że niszczeją jedyne ocalałe prototypy. Panowie burmistrzowie z Urzędu Gminy Ochota zaproponowali mi kontakt z wiceprezesem Miejskich Zakładów Autobusowych na Włościańskiej. Pojechaliśmy tam i zobaczyliśmy piękne, wielkie hale, w których stoi kolekcja odnowionych autobusów. Są tam też wolne miejsca, gdzie moglibyśmy przenieść nasze zasoby z Filtrowej i to, co przewieziono do Chlewisk. Oczywiście tego nie da się rozwiązać szybko, w jakiś cudowny sposób. Problem Filtrowej musi jednak zostać rozwiązany, bo inaczej w ciągu kilku lat te zbiory ulegną całkowitej degradacji. Pomijam tu już kwestię prawa pracy, nie można bowiem trzymać tam ludzi w betonie bez okien i wentylacji.

Jak to jest, że problemami muzeum, które bije rekordy popularności wśród zwiedzających, nikt w Warszawie tak naprawdę się nie interesuje?

– Do muzeum przychodzą tłumy młodzieży i dzieci. Do listopada odwiedziło nas 52 tys. samych dzieci (plus 6 tys. specjalnie na trwającą zaledwie kilka dni Cyberiadę) oraz ponad 100 tys. pozostałych zwiedzających. Tu odbywają się lekcje fizyki, chemii, astronomii; mamy planetarium z prawdziwego zdarzenia, choć jedynie z półkulą północną. Najważniejszy jest zatem dziś problem pieniędzy. To klasyczna sytuacja w historii prawa, gdzie życie wyprzedziło przepisy. Dokonano przekształceń własnościowych, natomiast nie dokończono tej pracy, myślę tu oczywiście o poziomie ustawowym. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że właściciel, czyli w naszym wypadku Naczelna Organizacja Techniczna (NOT), nie będzie miał na ten cel funduszy. Tymczasem dziś ministrowie nie mają właściwie jednoznacznego przepisu, który pozwala nas zasilać. Powinno więc dojść do ustanowienia jakiegoś nowego uregulowania prawnego, ale najpierw musimy dostać zastrzyk na przeżycie. W zeszłym roku od stycznia do maja nie były płacone pensje, czyli łamano tym samym prawo pracy. Zapłaciliśmy pensje grudniowe, ale czy będą w styczniu? Na razie poprosiłem o zawieszenie czynszu w zarządzie PKiN (notabene jest olbrzymi) oraz za oddział muzeum samochodowego na ul. Filtrowej. Tymczasem my edukujemy na dużą skalę młodzież z Warszawy i spoza stolicy. Musimy zatem dziś otwarcie odpowiedzieć na pytanie, czy to muzeum ma służyć Warszawie, czy też nie. Sądzę jednak, że spotkamy się z dobrą wolą.

Nie ma po prostu powodów, aby było inaczej. Wiem, że są także różne krytyki pod adresem NOT, ale byłbym tu bardzo ostrożny, gdyż ta organizacja nie jest w stanie sama wykreować na Muzeum Techniki dostatecznej liczby pieniędzy i to jeszcze w takim jak dotychczas gorsecie finansowych wymagań.

Ale ustawa o muzealnictwie zobowiązuje właściciela do wspierania placówki finansowo.

– Obserwuję od mojego przyjścia intensywne zabiegi NOT, by obecna zła sytuacja uległa poprawie i żeby doprowadzono do nowego uregulowania prawnego. Sądzę, że najlepszym, choć tymczasowym rozwiązaniem byłoby, gdybyśmy teraz dostali w trybie nadzwyczajnym, powiedzmy do czerwca 2014 r., dotację na przetrwanie, a w tym czasie elity polityczne naszego państwa i miasta Warszawy przygotowały odpowiednie rozwiązanie prawne tej trudnej dla nas sytuacji. Martwi mnie jednak fakt, że wszyscy – jak na razie – jakby odżegnywali się od tego, by ponosić koszty samego utrzymania muzeum (prąd, woda, czynsz, pensje). A przecież to podstawa, z biletów bowiem nie możemy się utrzymywać. Ossolineum było w znacznie trudniejszej sytuacji i udało się z niej wyjść. Jeżeli teraz nie dostaniemy dotacji, powróci dramat z zeszłego roku, zapał wygaśnie i pogłębi się wstydliwa bieda. Rzeczpospolita ma swoje duże zdobycze także na polu konstruowania, tworzenia i budowy, zatem nieeksponowanie naszych osiągnięć technicznych to będzie wielka szkoda i może wręcz kompromitacja.

Udało się już Panu coś zrobić przez te dwa miesiące, od kiedy jest Pan dyrektorem?

– Jesteśmy już w trakcie odzyskiwania trzeciego dużego pomieszczenia muzeum na cele wystawowe, z którego wcześniej uczyniono magazyn. W zamierzeniu chcemy łącznie odzyskać 5-7 nowych sal wystawowych, w których eksponowane będą, niepokazywane do tej pory z braku miejsca, wybrane muzealia. Za pieniądze z biletów kupiliśmy rusztowanie dla działu technicznego, którego pracownicy, w ramach pracy etatowej, odnawiają nam te sale. Chcemy, aby muzeum miało dwa kierunki – prezentowało nowości techniczne (festiwal robotów Cyberiada, drony itd.) oraz odpowiednio rozbudowany dział wystawienniczy ukazujący w sposób bardziej nowoczesny dorobek techniczny Polski i Europy z minionych dziesięcioleci, a nawet wieków. Prezentacja zbiorów, jego opisy i rozśrodkowanie muszą jednak ulec poprawie. Ostatnio Samsung obiecał nam przekazanie dwóch dużych ekranów.

Co do rozmów w sprawie rekonstrukcji placówki, prowadziłem już takie z niektórymi posłami. Pozwalam sobie jednak sądzić, że istnieje potrzeba poważnego omówienia problemu dalszej egzystencji muzeum na podkomisji w parlamencie. Zmiany wymagają czasu, ale musimy rozpędzić tę machinę. Teraz wybieram się na rozmowę do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz do prezesa jednego z wielkich banków. Pertraktacje trwają.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler