• Piątek, 10 kwietnia 2026

    imieniny: Michała, Makarego

Parulski obciąża Seremeta

Czwartek, 19 grudnia 2013 (02:00)

„Nasz Dziennik” ujawnia kulisy dymisji gen. Krzysztofa Parulskiego i gry przeciwko referentom śledztwa smoleńskiego, zakończonej próbą samobójczą.

Będąc w Rosji, nie mogłem dodzwonić się do prokuratora generalnego. To Andrzej Seremet osobiście decydował o stopniu zaangażowania strony polskiej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie – stwierdził przesłuchiwany w charakterze świadka były szef prokuratury wojskowej.

„Nasz Dziennik” dotarł do treści zeznań złożonych przez Krzysztofa Parulskiego przed warszawską okręgową radą adwokacką w sprawie wszczętej przeciwko mec. Rafałowi Rogalskiemu. Były szef NPW zarzucił adwokatowi m.in. brak umiaru w wypowiedziach medialnych dotyczących oceny zaangażowania prokuratora w śledztwo smoleńskie.

Rogalski podnosił m.in. kwestię ujawnienia przez Parulskiego informacji o stanie ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego osobie nieuprawnionej. Chodzi o byłego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Krzysztofa Kwiatkowskiego, który miał pozyskać zgodę rodziny na sekcję w Smoleńsku.

„Ogólnikowej informacji o stanie zwłok przed podjęciem sekcji nie uważałem jako informacji ze śledztwa, jeżeli już, to nie ze śledztwa polskiego, ale rosyjskiego” – zeznał Parulski.

Co ciekawe, swój nieformalny kontakt z Kwiatkowskim generał tłumaczy „szczególną sytuacją” wynikającą z braku kontaktu telefonicznego z Andrzejem Seremetem. „Będąc w wówczas w Rosji, nie miałem kontaktu telefonicznego z moim przełożonym Prokuratorem Generalnym” – skarży się Parulski.

„Mój kontakt z ministrem sprawiedliwości traktowałem jako kontakt poza śledztwem i to w sytuacji, kiedy ze strony polskiej nie został nawet wyekspediowany wniosek o pomoc prawną” – dodaje.

Parulski próbuje też w zawoalowany sposób obciążać Seremeta za brak pewnych decyzji procesowych związanych z katastrofą. Nie mówi tego wprost, żonglując półsłówkami. Wskazuje np., że nie obarczał go nigdy całą odpowiedzialnością za ewentualne niedopełnienia obowiązków służbowych na terenie Federacji Rosyjskiej po 10 kwietnia 2010 roku.

„Nie miałem żadnego wpływu na sposób sporządzania protokołów przesłuchania kontrolerów lotu, badania ich trzeźwości. Chcę dodać, że kiedy należało przeprowadzić badania stanu trzeźwości po katastrofie, byłem jeszcze w Polsce. Podobnie w tym czasie należało zabezpieczyć nagrania rozmów między kontrolerami z wieży” – wytyka Parulski.

„Nie miałem żadnego wpływu na sposób przeprowadzenia i staranność dokumentowania czynności sekcyjnych i identyfikacyjnych. Nie miałem żadnego wpływu na zgranie nagrania dźwięku z kabiny pilotów i powstałej przy tym usterki z przyczyn technicznych” – wylicza dalej prokurator.

To „Prokurator Generalny RP osobiście ocenił potrzeby i zaangażowanie strony polskiej w pracach przy zwłokach (…) w Moskwie. Kierując się tą oceną, uznał o potrzebie dodatkowego skierowania do Federacji Rosyjskiej prokuratora NPW Marka Pasionka. Wymieniony prokurator podczas swojego pobytu w FR nie uczestniczył jednak w żadnej czynności procesowej. Przykład ten może świadczyć o odpowiednim dostosowaniu liczby skierowanych przeze mnie prokuratorów” do pracy w Moskwie – czytamy w wyjaśnieniach Krzysztofa Parulskiego.

Jak ustalił „Nasz Dziennik”, Pasionek rzeczywiście najpierw poleciał do Moskwy, a później do Smoleńska. Stamtąd został jednak został odesłany z powrotem do Moskwy przez Parulskiego.

Głuchy telefon

Intrygująco przedstawia się kwestia bezpośrednich telefonicznych kontaktów po katastrofie między Parulskim a Seremetem.

– Nie wyobrażam sobie zupełnie sytuacji, w której prokurator będący na miejscu takiej katastrofy nie ma w ogóle kontaktu telefonicznego ze swoim przełożonym czy prokuratorami referentami śledztwa. To kompromituje prokuraturę na całej linii. Te telefony powinny się wprost urywać – komentuje mec. Bartosz Kownacki, pełnomocnik rodzin smoleńskich.

– Zakładając ewentualność jakiejkolwiek blokady technicznej ze strony rosyjskiej – w co wątpię – to tym bardziej cała odpowiedzialność za to, jakie czynności były podejmowane na miejscu tragedii, spoczywa na prokuratorze Parulskim, bo był w tym momencie jedynym prokuratorem wojskowym, który był w stanie wstrzymać bądź przeprowadzić pewne czynności – dodaje adwokat.

Współpracę Parulskiego z Seremetem dość sceptycznie ocenia też inny pełnomocnik rodzin, mec. Piotr Pszczółkowski.

– Aby wystawić tu ocenę, wystarczy tylko przypomnieć sprawę przesłuchań kontrolerów lotów z lotniska Siewiernyj: Pawła Plusnina i Wiktora Ryżenki z kwietnia 2010 roku. W listopadzie 2010 r. prokuratura wojskowa ogłosiła, że z punktu widzenia polskiego prawa są one nieważne, strona rosyjska stwierdziła wtedy, że są wadliwe. Wtedy prokurator generalny polecił kwerendę tego stanowiska i pozyskał dowody, że opinie te dla polskiego śledztwa mają znaczenie, i taką właśnie opinię przesłał prokuraturze wojskowej – ujawnia mec. Pszczółkowski.

Co ciekawe, wcześniej, gdy na jednej z odpraw prok. Marek Pasionek poruszył kwestię „przerobienia” przez rosyjskich prokuratorów godzin w protokołach przesłuchań kontrolerów i manipulowania ich treścią, Parulski wykpił go, mówiąc, że to tylko „ruska oszybka” i należy skoncentrować się na czynnościach w polskim śledztwie.

 

Jak Parulski rozgrywał Pasionka

Prokurator Marek Pasionek od listopada 2007 r. do listopada 2011 r. pełnił w NPW funkcję zastępcy szefa Oddziału do spraw Przestępczości Zorganizowanej.

W czerwcu 2011 r. Parulski zawiesił Pasionka w czynnościach nadzorującego śledztwo smoleńskie, wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Wcześniej prokuratura powszechna, a teraz sąd dyscyplinarny NPW oczyścił go z wszelkich zarzutów.

Z treści wyjaśnień, jakie Pasionek złożył w toku postępowania, wyłania się nieciekawy obraz stosunków, by nie rzec – specyficznego klimatu panującego w zespole budynków przy ul. Nowowiejskiej.

Okazuje się, że o nieformalnych kontaktach z agentem FBI Johnem Bienkowskim (Parulski znał go osobiście) Pasionek informował swojego szefa, co więcej – robił z tych spotkań wpisy w aktach nadzoru.

To na wniosek Parulskiego prok. Pasionek miał sporządzić pismo do ambasadora USA zawierające postulaty (nie na drodze formalnego wniosku o pomoc prawną) współpracy z Amerykanami; chodziło o przekonanie ich do przekazania zdjęć satelitarnych z miejsca katastrofy i danych z nasłuchu.

Sporządzone przez niego pismo nie miało charakteru wniosku o pomoc prawną, co później Pasionkowi wytykał Parulski.

O rozmowie w ambasadzie został też poinformowany prowadzący śledztwo ppłk Karol Kopczyk.

Koniec końców Parulski skierował projekt pisma opracowanego przez Pasionka do wojskowej prokuratury okręgowej celem wykorzystania jego treści przy sporządzaniu wniosku o pomoc prawną do Ministerstwa Sprawiedliwości USA.

„Na marginesie – twierdzi Pasionek – ppłk Kopczyk poinformował mnie, że był przeciwny sporządzaniu wniosku o pomoc prawną o tej tematyce, czego wyraz dał odpowiednim wpisem w aktach nadzoru. Sądzę, że taki, a nie inny efekt współpracy z USA [niezrealizowane do dziś wnioski o pomoc prawną – przyp. red.] spowodował, że Parulski próbuje uczynić mnie odpowiedzialnym za ten stan rzeczy. Na moje szczęście Parulski zaakceptował poczynione ustalenia, czego dowodem jest treść pisma do WPO, ale polecił niestety sporządzić wniosek o pomoc prawną, co oczywiście można było zrobić, ale nie o tej tematyce. Spotkało się to nawet ze sprzeciwem prowadzącego śledztwo” – wskazuje Pasionek.

Jak pozbyć się konkurenta

W liście do Andrzeja Seremeta Pasionek podnosi szereg ważnych okoliczności rzutujących na tok najważniejszego śledztwa w Polsce.

„Kierujący grupą śledczych ppłk Karol Kopczyk niejednokrotnie informował mnie, że ma zakaz udzielania informacji zarówno mnie, jak i drugiej osobie nadzorującej śledztwo – gen. Zbigniewowi Woźniakowi. Nasza aktywność siłą rzeczy musiała się ograniczyć do oficjalnych odpraw i lektury akt. Nawet podczas tych odpraw nie mówiono nam prawdy, gdy pytałem o informacje napływające z Komitetu Śledczego FR (…). Zupełnie nie rozumiem w takim razie sensu wysyłania mnie i gen. Woźniaka do Moskwy, zamiast prowadzących śledztwo prokuratorów. Przecież byliśmy konsultantami polskiego śledztwa, nie rosyjskiego, komu w KŚ mieliśmy doradzać?” – pyta prokurator.

W ocenie Pasionka, Parulski, wysyłając generała Woźniaka do Moskwy, kierował się, zamiast dobrem sprawy, prywatą. W czasie tego pobytu w Moskwie szef NPW zorganizował wybory przedstawiciela prokuratury wojskowej do Krajowej Rady Prokuratury, którym został – w miejsce Woźniaka – on sam.

Po odejściu wszystkich, poza Pasionkiem, prokuratorów cywilnych szef NPW rozpoczął rozmowy kadrowe z Woźniakiem. Miały wysondować, kiedy jego zastępca odejdzie ze służby. „Przykro było słuchać na korytarzu, że mój przełożony obmyśla plan zdezawuowania mojej osoby. Wcześniej dość skutecznie uczynił to z gen. Woźniakiem, zaczynając od obniżenia jego wynagrodzenia, czym ośmieszył doświadczonego prokuratora i oficera” – wytyka Pasionek.

Czerwona lampka, jak twierdzi prokurator, zapaliła mu się tuż po powrocie ze Smoleńska w kwietniu 2010 r., gdy na wspólnej konferencji prasowej Parulski „prostował” wypowiedź Seremeta o tym, że na odczytanie czarnych skrzynek będą potrzebne co najmniej dwa tygodnie. „Mówił to ten sam człowiek, który tydzień wcześniej w Smoleńsku twierdził, że odczyty będą znane już po tygodniu. Nie tylko ja byłem w szoku” – twierdzi Pasionek. „Jak informował mnie prowadzący śledztwo ppłk Kopczyk, niejednokrotnie dochodziło do przypadków ręcznego kierowania postępowaniem lub podejmowania decyzji z wyłączeniem prokuratorów liniowych”.

Wyciskanie zeznań z Kopczyka

Wyjaśnienia Pasionka rzucają też snop światła na nieznane dotąd okoliczności związane z próbą samobójczą prok. Mikołaja Przybyła z Poznania.

Zeznający w charakterze świadka w sprawie dotyczącej ujawnienia tajemnicy służbowej przez Pasionka referent śledztwa smoleńskiego ppłk Karol Kopczyk poinformował Pasionka, że przesłuchujący go Przybył wypytywał m.in. o transmisję telewizyjną z konferencji Parulskiego. Szef NPW powiedział na niej, że Rosjanie przyślą siedem tomów akt z protokołami przesłuchań kontrolerów lotu: Plusnina i Ryżenki. Przybył okazał jednak Kopczykowi stenogram audycji, który nie zawierał tych słów Parulskiego.

To istotna okoliczność, bo po konferencji Kopczyk dokonał wpisu w swoich aktach nadzoru, który korelował tematycznie i czasowo z wpisem Pasionka. Według relacji Kopczyka, Przybył zaczął naciskać na niego, by wytłumaczył, jak to się stało, że przytoczonych słów Parulskiego nie ma w stenogramie i w jaki sposób znalazły się w aktach nadzoru. Przybył nalegał, by Kopczyk zastanowił się, czy nie doszło do pomyłki, i wyjaśnił, dlaczego w swoich aktach nadzoru napisał, że akta przyjadą z Rosji.

Zdenerwowany i zażenowany Kopczyk podtrzymał jednak twierdzenie, że takie słowa słyszał i dlatego dokonał wpisu w karcie.

Po wyjściu z poznańskiej prokuratury referent śledztwa smoleńskiego postanowił na własną rękę pozyskać zapis konferencji Parulskiego. Nagrał ją jeszcze raz i złożył wniosek o powtórne przesłuchanie. Okazało się, że zapis, który okazał mu Przybył, nie był ciągły, kończył się przed zakończeniem konferencji szefa NPW.

W czasie powtórnego przesłuchania Kopczyk podtrzymał swoje wcześniejsze zeznania, odtwarzając całość nagrania, co wyraźnie zdenerwowało Przybyła.

Finalnym akordem tej sprawy była nieudana próba samobójcza pułkownika i dymisja generała Krzysztofa Parulskiego.

Anna Ambroziak