Wyrzynanie opozycji
Wtorek, 17 grudnia 2013 (02:00)Z dr. Bartłomiejem Biskupem, politologiem z Zakładu Socjologii i Psychologii Polityki Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Grzegorz Schetyna znalazł się poza zarządem Platformy Obywatelskiej, zaskoczył Pana taki obrót sprawy?
– Od wyborów regionalnych PO było wiadomo, że tak to się skończy. Premier wystawił wtedy innego kontrkandydata dla Grzegorza Schetyny na Dolnym Śląsku i w momencie, kiedy Schetyna tam przegrał, oznaczało to odcięcie go od wpływów na partię. Nie jestem tym zaskoczony, jak widać, taki jest plan polityczny premiera. Czy to jest dobrze dla partii, to inna sprawa, ale tutaj Donald Tusk zachował się konsekwentnie, likwidując zupełnie wpływy Grzegorza Schetyny.
Jego miejsce zajęła Ewa Kopacz, co to oznacza dla Platformy?
– Dla partii to nie oznacza nic. Ewa Kopacz jest zaufaną premiera, osobą kompletnie niesamodzielną politycznie. To polityk, który nie buduje własnej pozycji politycznej, lecz opiera całą swoją karierę na Donaldzie Tusku. Nie jest to także postać, która pociągnęłaby Platformę w górę ani świadczyła o jakimś zamknięciu czy otwarciu. Pani Kopacz jest marszałkiem Sejmu, wybór na pierwszą wiceprzewodniczącą PO jest docenieniem tej pozycji, którą zresztą dał jej sam premier.
Kopacz ma aż pięciu zastępców, sporo…
– To jest z jednej strony podzielenie tych stanowisk trochę między różne frakcje i grupy interesów. Z drugiej strony postawienie na takie osoby, również lojalne i dyspozycyjne względem premiera, które są dobre medialnie, a słabsze partyjnie. Ich zadaniem jest stworzenie wrażenia partii nowoczesnej, otwartej i lubianej przez społeczeństwo.
W sobotę po raz kolejny usłyszeliśmy zapewnienia premiera, że „nadszedł czas na pracę dla Polski i Polaków”.
– Tu wystarczy przypomnieć sobie różne poprzednie wystąpienia premiera, gdzie mówił o tym samym. Dwa czy trzy tygodnie temu Donald Tusk miał wystąpienie, na którym mówił z kolei dużo o korupcji, że musimy się zmienić etc. Takie słowa słyszymy od wielu miesięcy, gdyż premier zarządził wielomiesięczny spektakl związany z tymi wyborami. Spektakl bardzo publiczny, bo szeroko eksploatowany w mediach i przez samą partię polityczną. Pamiętajmy, to już jest druga kadencja i za nami sześć lat rządów PO. W tym czasie mieliśmy różne zapowiedzi, tylko część z nich udało się zrealizować, ale większości nie. Dlatego równie retorycznie można podchodzić do kolejnych zapowiedzi premiera.
Dlaczego mamy wierzyć temu, że przez następne dwa lata będzie się zajmować rządzeniem? Przez następne dwa lata PO będzie zajmować się kampanią wyborczą. Na wiosnę są pierwsze wybory, a kulminacją będą wybory parlamentarne, które przesądzą o kolejnej koalicji rządowej, pokażą, czy Platforma będzie rządzić, czy nie. Nie przywiązywałbym więc wagi do zapowiedzi premiera.
Deklaracje rozprawy z kolejkami do lekarzy, drogimi podręcznikami czy umowami śmieciowymi należy potraktować jako niewiążące?
– Zarzut można mieć do tego, czy te zapowiedzi przekładają się na jakąś realizację albo chociaż próby realizacji różnych projektów. W samym zdobywaniu głosów wyborców nie ma nic złego, to partie polityczne muszą robić, pytanie o konsekwencje, czy to pozostaje w sferze deklaracji, czy nie. Tutaj większość pozostaje w sferze deklaracji! Odnośnie do wymienionych zapowiedzi to są one zdecydowanie adresowane do elektoratu socjalnego, uboższego, o który może bić się również Sojusz Lewicy Demokratycznej. SLD wyłania się bowiem jako nowy przeciwnik dla PO, dosyć rosnący w siłę.
Jednoosobowe przywództwo Tuska to błąd?
– Tu pewnie są dwie strony medalu. Z jednej strony silne przywództwo jest potrzebne każdej partii politycznej, bo oznacza spójność, lepszą mobilizację i lepszą sytuację dla struktur w wyborach. Natomiast z drugiej strony Platforma ma ten problem, że do tej pory przedstawiała nam się jako partia dyskusji, demokracji wewnętrznej, wielonurtowa z różnymi ludźmi i poglądami. To się od kilku miesięcy kończy, ten wizerunek bardzo się zmienia. Problem zacznie się wtedy, kiedy osiągną jakiś słaby wynik w wyborach. Mądre partie polityczne robią tak, że wymieniają przywódców po słabym wyniku wyborczym, natomiast nasze partie polityczne rzadko to czynią i tylko niektóre, np. PSL. PO i PiS tego nie robią. Nie definiują sobie jasno celów, co to znaczy wygranie wyborów i jakie wyniki ich satysfakcjonują.
Premier pozbył się Schetyny, by wzmocnić wizerunek partii?
– Taki był cel całej tej serii wyborów, oczyszczenie sytuacji w Platformie i potwierdzenie przywództwa. Z tym że król okazał się niemiłosiernym tyranem w tym sensie, że Donald Tusk wygrał te wszystkie wybory, ale jeszcze do tego wyrznął w pień wszystkich swoich opozycjonistów. Myślę tu oczywiście głównie o Schetynie. Nie sądzę, żeby udała im się zmiana wizerunkowa. Dla społeczeństwa nie jest to partia bez sporów, lecz wciąż partia wzajemnego wycinania się i partia jednego wodza. Notabene, taki wizerunek Platforma zarzucała często Prawu i Sprawiedliwości.
Jak Pan ocenia inicjatywę „okrągłego stołu”, przy którym liderzy największych partii mieliby rozmawiać m.in. o polityce wschodniej czy wspólnych interesach w UE?
– Potraktowałbym to czysto retorycznie. Dlaczego wcześniej takich „okrągłych stołów” nie było, tylko teraz, co takiego się dzieje? „Okrągłe stoły” to narzędzie, które się zwołuje w czasach kryzysu, przesileń czy jakichś dużych społecznych napięć. Tę propozycję Tuska trzeba potraktować jako swoistą próbę powiedzenia: „To ja jestem tutaj jedynym sprawiedliwym, ja wszystkich namawiam do rozmów o Polsce”, ale to niczemu nie służy.