• Piątek, 29 maja 2026

    imieniny: Magdaleny, Maksymina

Nie można stawiać oprawców na równi z ich ofiarami

Czwartek, 12 grudnia 2013 (12:41)

Z prof. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Jak skomentuje Pan fakt, że prezydent Komorowski z jednej strony zachęca Polaków do pamięci o ofiarach stanu wojennego, z drugiej zaś pije szampana z tymi, którzy ten stan wojenny popierali?

- Jest to typowa i charakterystyczna polityka prezydentury Bronisława Komorowskiego. Polega ona na pewnym relatywizmie historycznym, według którego stan wojenny i jego ofiary są godne upamiętnienia, natomiast ci, którzy przygotowywali i wprowadzali stan wojenny, z racji tego, że później doprowadzili do obrad Okrągłego Stołu, tym samym – jak twierdzi Gazeta Wyborcza – jak gdyby odkupili swoje winy.

W związku z tym, w ocenie prezydenta Komorowskiego, nie ma tutaj żadnej sprzeczności i można jednych i drugich podejmować i uznawać, że w pewnym sensie, w dłuższej perspektywie historycznej jedni i drudzy mieli rację.

Jeżeli tak, to mamy w tym momencie do czynienia z kompletnym relatywizmem w tej materii, bo nie mówimy tylko o samym stanie wojennym, ale o całym systemie komunistycznym, który co należy podkreślić z całą stanowczością, był systemem zbrodniczym, niszczącym całe dziedzictwo kultury klasycznej, kultury narodowej.

Czy nie jest to obłuda?

- Taka polityka historyczna, którą można zamknąć w przysłowiu Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek, jest demoralizująca, oportunistyczna.

W momencie, kiedy oceniamy przeszłość, nie możemy stawiać znaku równości między tymi, którzy walczyli o wolność, a oprawcami tylko dlatego, że w pewnym momencie doprowadzili do porozumienia i szczęśliwie dla siebie wyszli obronną ręką z upadającego systemu komunistycznego.

Ale jest to stawianie na równi oprawców i ofiary...

To typowy przejaw polityki lansowanej, zresztą nie od dzisiaj, przez „Gazetę Wyborczą”, polityki obowiązującej w środowisku, z którego przecież wywodzi się prezydent Komorowski.

Dla tego środowiska to, że komuniści w 1989 r. dogadali się z tzw. lewicą laicką, z tym obozem liberalnym, lewicą „Solidarności”, jest to wielki tryumf. Poniekąd czują jakąś wdzięczność dla Wojciecha Jaruzelskiego, a już na pewno uważają, że to, co się stało przy Okrągłym Stole, niweczy wszelkie ich wcześniejsze winy.

Mało tego, przedstawiciele tego środowiska uważają, że nie tylko doszli do władzy, ale przejmując sterowność głównych ośrodków medialnych w Polsce, przejęli także rząd dusz. W ten sposób ideologia liberalizmu czy nowej lewicy mogła bez przeszkód być transponowana na grunt polski, również za pośrednictwem postkomunistów. Jak widać, jest to pewna logika, która układa się w całość. Kiedyś orędownikiem takiego widzenia sprawy był Adam Michnik i jego środowisko.

Czy jednak prezydent, który z założenia ma być ponad podziałami, powinien wpisywać się w ten klimat?   

- Jak już wspomniałem, prezydent Komorowski wywodzi się z tego środowiska. Cały czas próbuje też przekonać Polaków, że jest ponad podziałami, ale jak jest naprawdę, każdy widzi.

Urząd prezydenta zobowiązuje, a postać samego prezydenta jako głowy państwa jest tu kluczowa. Tymczasem działanie prezydenta Komorowskiego wprowadza relatywizm w obszarze historycznym i powoduje w polityce historycznej kompletny zamęt, co jest bardzo szkodliwe, szczególnie dla młodego pokolenia Polaków.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki