Naszym celem była obrona Warszawy i Polski
Środa, 1 sierpnia 2012 (09:54)O ludziach biorących udział w Powstaniu Warszawskim mówimy, że są żywymi pomnikami historii, że są bohaterami, którzy nie bali się zaryzykować i poświęcić swojego młodego życia dla ukochanej Ojczyzny. Oni nie mieli wątpliwości, co mają robić, wiedzieli, że muszą walczyć. Edmund Baranowski ps. "Jur" mówi o sobie skromnie: „W działaniach wojennych byłem tylko małą śrubką wielkiego mechanizmu, który działał w określonym celu, w celu obrony Warszawy i Polski”.
Edmund Baranowski ps. „Jur” urodził się 22 września 1925 roku na warszawskiej Woli, którą ukochał i której już jako żołnierz Armii Krajowej zgrupowania „Radosław” bronił z narażeniem życia. - Tam się urodziłem, tam się uczyłem, tam pracowałem i tam podjąłem pierwsze walki powstańcze, a wcześniej działalność konspiracyjną – mówi pan Baranowski w rozmowie z NaszymDziennikiem.pl.
Wojna zastała mnie w sklepie
Kiedy rozpoczęła się II wojna światowa, miał zaledwie 14 lat, ale bardzo dokładnie pamięta ten czas. - Kiedy wojska niemieckie zaatakowały Polskę 1 września 1939 roku, byłem właśnie w sklepie na ul. Kredytowej 6, gdzie kupowałem baterie. To był wczesny ranek. Kiedy wyszedłem ze sklepu, kupiłem dodatek specjalny z orędziem prezydenta do Narodu w związku z wybuchem wojny. Trzy dni przed wybuchem wojny rozegraliśmy mecz piłkarski z Węgrami, wicemistrzami świata, i nieoczekiwanie wygraliśmy 4:0. Nastroje na ulicach były bardzo optymistyczne, jeśli wygraliśmy z tak groźnym przeciwnikiem, to czym miała być wojna z Niemcami – wspomina pan Edmund.
Kiedy rozpoczęło się Powstanie Warszawskie, pan Edmund pracował na terenie zakładów „Philipsa”, tam też udzielał się w konspiracji. - Walka w Powstaniu to były akcje wojskowe, ale równocześnie udział w drobnego rodzaju akcjach, jak rozlepianie afiszy drukowanych konspiracyjnie, malowanie na murach znaków Polski Walczącej, kolportowanie prasy podziemnej, biuletynu informacyjnego – wyjaśnia.
Ojciec Paweł towarzyszył nam w akcjach
- Wielkim wsparciem dla nas w zgrupowaniu był kapelan ojciec Paweł, słynny jezuita warszawski. On towarzyszył nam we wszystkich akcjach na całym szlaku bojowym, począwszy od Woli, aż po Przyczółek Czerniakowski. Tam ojciec Paweł zapisał piękną kartę w historii, ratując od śmierci grupę dziewcząt - łączniczek i sanitariuszek. Kiedy padał Przyczółek Czerniakowski, Niemcy wzięli do niewoli zarówno kapłana, jak i grupę tych dziewcząt. Już kierowali ich na rozstrzelanie, gdy ojciec Paweł, znający znakomicie język niemiecki, przyczynił się do tego, że Niemcy odstąpili od egzekucji.
Od kul ginęli nasi koledzy
- Nigdy nie było pewności, czy wychodząc na ulice Warszawy czy do pracy, wróci się do domu – mówi uczestnik Powstania Warszawskiego. Najbardziej traumatycznymi wydarzeniami dla tych młodych ludzi walczących jak zawodowi żołnierze były chwile, gdy tuż obok, między liniami frontu, ginęli od kul ich koledzy – towarzysze broni, dla których nie mogli nic zrobić. – Świadomość, że pozostali tam nasi przyjaciele, którym nie możemy pomóc, była niezwykle bolesna – wyjaśnia. Dodaje, że największym bólem była właśnie konieczność pozostawiania ukochanych osób, pozostawiania ciał bez pochówku, pozostawiania najciężej rannych, by pomóc komuś, kto ma szanse przeżyć. - Kiedy schodziliśmy do kanałów, często musieliśmy pozostawić ciężko rannych przyjaciół, których z urazami głowy, brzucha, z urwanymi kończynami nie mogliśmy zabrać w tak trudne warunki jak kanały. Wiedzieliśmy, że muszą zostać, to pozostaje na całe życie – mówi wzruszony pan Edmund.
Wola - moja mała Ojczyzna
Na pytanie, co do dziś wywołuje w nim największe emocje, ból, smutek, pan Edmund bez wahania wraca pamięcią do ukochanej Woli. I załamującym się głosem opowiada o rzezi dzielnicy, w której się wychował i która była dla niego „małą ojczyzną”. - Największe wrażenie zrobiła na mnie rzeź Woli, wszystko działo się na moich oczach. Dzielnica płonęła i na każdej ulicy rozstrzeliwano dziesiątki tysięcy ludzi. Wtedy zginęło ponad 40 tys. osób w ciągu niespełna 3 dni. A my, młodzi powstańcy, nie mogliśmy nic zdziałać, byliśmy niedostatecznie uzbrojeni, by atakować czołgi pancerne – relacjonuje powstaniec.
Na koniec rozmowy pan Edmund Baranowski przypomina maksymę, którą kierował się podczas walk: „Najważniejsze było trafić nieprzyjaciela i nie dać się trafić”.
Marta Milczarska