Ukraińca do sadu przyjmę
Wtorek, 31 lipca 2012 (18:18)Rolnictwo to sektor gospodarki, w którym pracuje najwięcej cudzoziemców. Jak wynika z danych urzędów pracy, zdecydowana większość zagranicznych pracowników to Ukraińcy.
Nie mamy jeszcze danych dotyczących zatrudniania cudzoziemców w tym roku, ale można oczekiwać, że liczba zezwoleń może być wyższa niż przed rokiem. W ubiegłym roku pracodawcy złożyli w urzędach pracy prawie 260 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom spoza UE (ta procedura nie wymaga uzyskania zezwolenia na pracę) na okres nie dłuższy niż pół roku.
Dla porównania w 2010 roku takich oświadczeń było „tylko” 180 tysięcy. Okazuje się, że najczęściej obcokrajowców chcą zatrudniać rolnicy (prawie 129 tys. wniosków w 2011 roku) i sektor budowlany. A wśród rolników jako zatrudniający przeważają sadownicy i ogrodnicy – im obcokrajowcy potrzebni są do zbiorów owoców i warzyw.
- Od kilku lat czasowe zatrudnianie obcokrajowców jest stosunkowo łatwe, więc niewielu rolników decyduje się na przyjmowanie ludzi do pracy na czarno – mówi Agnieszka Piwowarska, doradca zawodowy. Tłumaczy, że wpływ na to mają choćby bardzo wysokie kary, jakie płaci rolnik zatrudniający ludzi bez umowy. Taka grzywna może sięgnąć nawet 10 tys. złotych.
Najwięcej z Ukrainy
Uproszczona procedura przyjmowania do pracy cudzoziemców z Rosji, Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i Gruzji jest wykorzystywana przede wszystkim przez Ukraińców. Przed rokiem przygotowano dla nich prawie 240 tys. miejsc pracy, ale może być ich nieco więcej. Na Lubelszczyźnie pracodawcy zgłosili w pierwszym półroczu tego roku zamiar zatrudnienia ponad 14 tys. obcokrajowców.
Zdecydowana większość z nich to właśnie Ukraińcy, zatrudniani głównie przez sadowników. Dlatego najwięcej oświadczeń składają rolnicy z powiatów sadowniczych, takich jak: kraśnicki, puławski i opolski. Nieco więcej cudzoziemców zatrudnią prawdopodobnie rolnicy z Mazowsza – tutaj najwięcej Ukraińców pracuje w powiecie grójeckim, które jest polskim zagłębiem sadowniczym.
Teoretycznie zatrudnienie robotnika sezonowego z Ukrainy nie jest łatwe, bo rolnik musi w swoim powiatowym urzędzie pracy złożyć oświadczenie, że nie ma możliwości zatrudnienia przy zbiorze owoców Polaków. Co prawda w wielu rolniczych powiatach bezrobotnych nie brakuje, ale ich rekrutacja do pracy jest trudna.
- Praca przy zbiorze owoców jest dla miejscowych mało atrakcyjna, dlatego musimy sięgać po pracowników z zagranicy - mówi Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.
Słowa prezesa potwierdza student Grzegorz Musiał, mieszkaniec okolic Sandomierza.
- Praca w sadzie lub przy zbiorze warzyw w spiekocie jest mniej komfortowa niż dorabianie w pizzerii czy barze. Choć u rolników często można zarobić więcej, to jednak praca jest nieporównanie cięższa - tłumaczy Grzegorz Musiał.
- Dwa lata temu pracowałem w sadzie, więc coś o tym wiem - dodaje.
Zresztą wielu młodych Polaków szuka sezonowej pracy w rolnictwie, jednak nie w Polsce, ale w Europie Zachodniej, bo w Niemczech lub Holandii można zarobić kilka razy więcej niż w Polsce. Można więc powiedzieć, że ich miejsce zajęli pracownicy ze Wschodu.
Serhij, 32 letni Ukrainiec, od kilku lat mieszka i pracuje w Polsce. Nielegalnie, bo nie występował o prawo pobytu. Z tego też powodu woli, aby o tym, że pracuje w naszym kraju, nie dowiedział się urząd pracy.
- Mieszkam i pracuję u jednego z sadowników pod Warszawą. Nie narzekam, mam dach nad głową, wyżywienie i ponad 2 tys. zł na rękę. Dla mnie to dużo pieniędzy, z tej pensji utrzymuję żonę i dzieci na Ukrainie – mówi Serhij. Dodaje, że w tym roku na trzy miesiące przyjechała do pracy jego żona, ale została już zatrudniona legalnie. Kobieta we wrześniu wraca na Ukrainę, a Serhij tu zostaje.
Rolnicy mówią, że są w stanie płacić dobremu pracownikowi nawet 100 zł dniówki - wszystko zależy od rodzaju pracy i wydajności pracowników. Ci, którzy pracują w Polsce dłużej i u tego samego pracodawcy, mogą liczyć na stałą pensję. Serhij żartuje, że ma już „wyrobioną pozycję” i jest kierownikiem grupy swoich rodaków pracujących w sadzie. A jego pracodawca szuka możliwości prawnych zalegalizowania jego pobytu w Polsce.
- Szkoda, że nie mam polskich przodków, bo z chęcią bym się w Polsce osiedlił na stałe - mówi mężczyzna.
Bez obcokrajowców ani rusz
Rolnicy nie mają wątpliwości, że bez pomocy sezonowych robotników z Ukrainy nie udałoby się zebrać znacznej części owoców i warzyw. Choć praca w rolnictwie jest w znacznym stopniu zmechanizowana, to jednak wiele czynności trzeba wykonywać ręcznie. Polska jest zaś ważnym producentem owoców i warzyw, zresztą znaczną ich część sprzedajemy za granicę w postaci świeżych produktów, jak również ich przetworów.
Ponieważ popyt na zatrudnianie obcokrajowców jest w rolnictwie wciąż duży, poprawiają się też warunki ich pracy. Do rzadkości należą przypadki wyzysku, które wcześniej zdarzały się niestety dość często. Teraz jednak Ukraińcy czy przybysze z innych państw lepiej znają swoje prawa, nie boją się też w razie potrzeby szukać pomocy na policji czy w Straży Granicznej. Ale przede wszystkim pracownik ze Wschodu jest zbyt cenny dla polskiego pracodawcy, żeby go źle traktować, bo w razie czego może on sobie szybko znaleźć po prostu pracę gdzie indziej.
Zresztą, dla części Ukraińców praca w Polsce nie jest już tak atrakcyjna jak kiedyś. Dlatego część z nich szuka szczęścia i większych pieniędzy dalej na zachód od nas, mimo że ryzykują deportację, bo z reguły pracują tam nielegalnie. Ale na Zachodzie pracować będzie mimo wszystko niewielu Ukraińców, Polska będzie dla nich jeszcze długo głównym kierunkiem migracji zarobkowej. To nie tylko skutek ułatwień prawnych dla zagranicznych pracowników w naszym kraju, ale również mniejszej bariery językowej i kulturowej między Polakami i Ukraińcami. I przede wszystkim tego, że różnice w zarobkach działają na naszą korzyść
Krzysztof Losz