Teatr naszego Narodu
Niedziela, 1 grudnia 2013 (08:33)Z Barbarą Dobrzyńską, śpiewaczką, aktorką, założycielką, reżyserem i dyrektorem „Naszego Teatru”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Dzisiaj odbędzie się dodatkowy spektakl „Naszego Teatru” pt. „Lekcja historii według Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego i Hemara” w Pani reżyserii i z Pani udziałem na scenie. Czy to oznacza, że zainteresowanie przerosło oczekiwania?
– Zainteresowanie „Lekcją historii według Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego i Hemara” jest dużo większe niż przypuszczaliśmy. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Dotychczas graliśmy ten spektakl po lewobrzeżnej stronie Warszawy, teraz z kolei chcemy podbić serca mieszkańców Pragi. Spektakl odbędzie się o godz. 19.00 w Sali Teatralnej w Oratorium w parafii Najświętszego Serca Jezusowego przy ul. Kawęczyńskiej 53. Zapraszamy.
Z czego wynika tak duże zainteresowanie tym spektaklem?
– Polskie społeczeństwo jest głodne i chciałoby posłuchać pięknego słowa, pięknego nie tylko w swojej formie, ale także w treści. To, co prezentujemy w spektaklu „Lekcja historii…”, a więc myśli i słowa Słowackiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego, jest niestety rzadko prezentowane na polskich scenach, podobnie jak słowa Waldemara Hemara, który opisał polską rzeczywistość w sposób, można powiedzieć, satyryczny, co jest bardzo aktualne również dzisiaj. Przykładem piosenka „Przysłowia”, która powstała wiele lat temu. Niektórzy widzowie oglądali nasz spektakl nawet kilka razy. Cieszymy się, że to, co robimy podoba się publiczności, i mamy nadzieję, że będzie się podobało także widowni prawobrzeżnej Warszawy. Pozytywny odbiór to również zachęta do dalszej, jeszcze bardziej wytężonej pracy.
O czym opowiada ta sztuka?
– Spektakl jest opowieścią o naszych dziejach przedstawionych w sposób satyryczny. Właściwie jest to zbiór wierszy i skeczy natury społeczno-politycznej powiązanych piosenkami, a całość, jak wspomniałam, jest wciąż bardzo aktualna. Jest to – jak tytuł wskazuje – lekcja historii ukazana właśnie poprzez pryzmat tekstów wieszczów i znakomitych polskich pisarzy.
Jak rozwija się „Nasz Teatr”?
– „Nasz Teatr” tworzą aktorzy, którzy pracują na różnych scenach teatralnych. To, co nas łączy, to wspólne wartości, które powinny obowiązywać w sztuce, a które niestety, coraz częściej zaczynają zanikać. Nie chcemy odchodzić od piękna naszej poezji, od piękna naszego narodowego dziedzictwa. Przyświeca nam pragnienie przekazywania jak najszerszej widowni zarówno w formie, jak i treści tego, co najbardziej wartościowe, szlachetne w polskiej literaturze i sztuce. Ludzie często nie mają okazji obejrzenia wielu znakomitych dzieł artystycznych na scenie i my chcemy tę lukę wypełnić.
Istnieje zapotrzebowanie na taką scenę?
– O tym, że taki teatr jest potrzebny, świadczy zainteresowanie widowni. Cieszy fakt, że zapotrzebowanie na wartości, które budują naszą tożsamość narodową i naszą godność, zgłasza młodzież. Jesteśmy Narodem o ponadtysiącletniej historii, kulturze i mamy się czym pochwalić przed światem, przed pokoleniem zwłaszcza ludzi młodych, które niestety jest z tego dziedzictwa wyzuwane. Na niektórych scenach teatralnych mamy nawet do czynienia z profanacją dziedzictwa kulturowego. Nasza działalność artystyczna na scenie „Naszego Teatru” jest do pewnego stopnia także buntem przeciw niszczeniu naszego dziedzictwa narodowego. Już sama nazwa „Nasz Teatr” świadczy, że jest to teatr całego naszego Narodu, kultywujący najpiękniejsze polskie tradycje, i tak sobie wyobrażamy naszą misję.
Dziś na scenach pojawia się wiele spektakli, mówiąc oględnie, o zróżnicowanej wartości. Czy w takim układzie każde przedstawienie teatralne to sztuka?
– Sztuka to piękne słowo zarezerwowane dla tego, co kryje w sobie to, co najlepsze, najpiękniejsze. Sztuka powinna być czymś nieprzeciętnym, czymś budującym, wybitnym, wspaniałym, co tworzy i utożsamia się z dobrem, pięknem, szlachetnością. Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z profanowaniem sztuki i robieniem ze sztuki antysztuki. Jest to, niestety, dość nagminne. Nie wiem, czym kierują się ci tzw. twórcy. Przypuszczam, że jest to też pewna próba zaistnienia poprzez skandal, co też wiąże się z istniejącą modą. Zło, które jest krzykliwe, jaskrawe, przebija się bardziej do wyobraźni, zwłaszcza młodego odbiorcy. Natomiast to, co jest szlachetne, na ogół jest ciche, skłania do refleksji i kształtowania swojej osobowości, ale to wymaga już pracy nad sobą. Tymczasem w antysztuce dominuje forma bezmyślności, gdzie wszystko jest z pozoru lekkostrawne, a w rzeczywistości powoduje ogromne spustoszenie w duszy człowieka, jego estetyce kulturowej, powodując zaburzenia w jego artystycznym smaku. Temu spustoszeniu chcemy się przeciwstawić. Za pośrednictwem „Naszego Teatru” udowadniamy, że można w oparciu o dobre teksty budować wyobraźnię, gust, intelekt, dobry smak artystyczny odbiorcy i próbujemy to robić. Na scenie staramy się słowo przeciwstawić antysłowu, piękno języka i mowy ojczystej wulgarnym, chamskim wypowiedziom. Bronimy się przed tym, co złe, i próbujemy pokazać, że można inaczej.
Czego brakuje dzisiejszej polskiej scenie?
– Myślę, że przede wszystkim brakuje piękna słowa, które jest ukryte w repertuarze klasycznym. Dopisywanie do klasyki ogromnych obszarów tekstowych, które wyraźnie odstają językiem i formą od tego, co napisali wspaniali twórcy klasyki teatralnej, jest może wygodne, ale bez wątpienia jest to nadużycie, rzecz niedpuszczalna, usadowiona poza jakimikolwiek kanonami. To mniej więcej tak, jakby do muzyki Szopena dopisywać np. heavy metal czy inne wytwory współczesnej muzyki, które zupełnie nie pasują do cudownych, klasycznych utworów, które nas uspokajają, pobudzają naszą wyobraźnię i niczym nie zaburzają naszego wewnętrznego spokoju i harmonii. Natomiast wszystkie inne pokrzykiwania, huki czy muzyka foniczna niszczą klasyczną linię muzyki poważnej. Podobnie jest z teatrem i dlatego chcemy się skupić na klasyce.
Na polskiej scenie mamy do czynienia z pomieszaniem stylów, gdzie do klasyki usiłuje się dopisać współczesne teksty, które tę klasykę deprecjonują i skandalami, chociażby słownymi, przesłaniają jej piękno. To powoduje chaos u odbiorcy. Mnie tacy twórcy nie oszukają, bo miałam szczęście wychowywać się na dobrym teatrze. Natomiast to, z czym obecnie styka się młode pokolenie, może zniszczyć w tych ludziach poczucie piękna, zaburzać przeżycia, które powinna nieść prawdziwa sztuka teatralna. Prawdziwa sztuka powinna nas budować wewnętrznie, a to, z czym mamy często do czynienia, właściwie sieje chaos i rozdźwięk. Stąd młode pokolenie bombardowane antysztuką jest zagubione i niestety zamyka się na czytanie czy oglądanie klasyki. To wszystko rujnuje duchowość odbiorcy, czego twórcom nie wolno robić. Naszą misją powinno być przekazywanie tego, co najpiękniejsze w słowie, wyrazie, w geście, ale nie brzydoty. Nie wiem, dlaczego współcześni twórcy tak chętnie pochylają się właśnie nad apoteozą brzydoty. Mamy zatem do czynienia z odwróceniem obowiązujących zasad, gdzie piękno i dobro zastępuje patologia.
Czemu to ma służyć?
– Też się nad tym zastanawiam. Przecież wielu twórców, aktorów ma własne dzieci, wnuki, i pytanie, co chce im po sobie zostawić, jaki dorobek. Czym chce ich karmić. Wcale nie jestem pewna, że chcą niszczyć piękno i karmić ich duchową trucizną. Czy ich celem jest deprawacja ludzi…? Często są to przecież reżyserzy czy aktorzy o uznanym dorobku, których w takich działaniach, przyznam, że nie rozumiem. To dla mnie zagadka.
„Nasz Teatr” próbuje być niejako lekarstwem na tego typu bolączki, tylko dlaczego prezentowane przez państwa spektakle można zobaczyć niejako w podziemiu. Dlaczego „Nasz Teatr” nie ma własnej sceny?
– Niestety, nie ma dla nas sceny, bo polityka kulturalna w Polsce jest obecnie tak prowadzona, że na takie formy teatralne, jakie my próbujemy tworzyć, nie mają niestety miejsca. I w tym cały problem. Nasi aktorzy, pracujący na etatach w różnych teatrach, są skazani na repertuar proponowany przez dyrekcje czy reżyserów, a jeżeli się nie podporządkują, bo nie chcą zagrać np. w spektaklu, który profanuje godność danego aktora, to są wyrzucani z pracy. Warunki bytowe w Polsce są tragiczne, a wielu naszych aktorów ma rodziny, dzieci, którym muszą zapewnić byt. Nie mając wyboru, niejednokrotnie przeżywają dylematy moralne i czują się źle, biorąc udział w przedsięwzięciach teatralnych, w których nie chcieliby uczestniczyć, ale warunki materialne i bytowe ich do tego niestety zmuszają. To jest wynik polityki kulturowej państwa, a winę za to ponosi minister kultury i dziedzictwa narodowego. Jakiego dziedzictwa – pytam, bo skoro minister kultury finansuje różne skandaliczne wystawy czy spektakle, chociażby Starego Teatru w Krakowie, to jest to skandal. Podobnie jak oddawanie placówek kulturalnych pod kierownictwo osobom, które niszczą te narodowe sceny czy galerie. Jeżeli z takimi sytuacjami mamy do czynienia, to powstaje pytanie, w jakim kraju żyjemy i gdzie zmierzamy? Z tego wynika, że to decydenci niszczą polską kulturę i dlatego my jesteśmy w podziemiu, żeby nie być od nich zależnymi. Być może, gdyby do władzy doszli ludzie innego formatu, „Nasz Teatr” znalazłby miejsce na profesjonalnej scenie. Nie musielibyśmy wówczas działać w podziemiu, nie chcąc być zależnymi od ludzi, którzy niszczą kulturę, zamiast jej służyć.
Spełnia się Pani jako reżyser i aktor „Naszego Teatru”?
– Oczywiście, że tak. Już wiele lat temu próbowałam w pewnej formie, nazwijmy to podziemia, robić koncerty o Powstaniu Warszawskim czy innych naszych polskich, narodowych rocznicach, tak więc pierwsze przetarcia reżyserskie mam za sobą. Formuła „Naszego Teatru” i praca z niezwykle uzdolnionymi i utalentowanymi aktorami daje mi olbrzymią satysfakcję. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że możemy brać udział w takich przedstawieniach, i marzymy o własnej, profesjonalnej scenie, która zapewniłaby nam normalną pracę i pozwoliła jeszcze mocniej zaistnieć w świadomości społecznej. Póki co, skoro nie możemy liczyć na pomoc władz, które są powołane do tego, aby kulturę propagować, a tego nie robią, musimy działać w podziemiu, po partyzancku.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki