Szczyt tematów zastępczych
Piątek, 29 listopada 2013 (02:21)Dziś rano prezydent Wiktor Janukowycz miał złożyć podpis pod historycznym dokumentem o stowarzyszeniu Ukrainy z UE. Szanse na to spadły jednak do zera i politycy muszą szukać innego tematu, który będą mogli zaprezentować opinii publicznej jako sukces.
Mogą to być dalej idące, niż wcześniej oczekiwano, postanowienia związane z Mołdawią. Premier Iurie Leancă ma parafować umowę analogiczną do ukraińskiej. Kiszyniów mimo skomplikowanej sytuacji wewnętrznej i sprawy Naddniestrza jest zdeterminowany do wprowadzenia reform i stawianych przez Brukselę warunków nie traktuje jak słonej ceny za unijne wsparcie. Dlatego zapewne wkrótce umowę podpisze. Mołdawia właśnie wypełniła kryteria ruchu bezwizowego z UE. Teraz wystarczy decyzja unijnych polityków.
To może być ważny sygnał dla mołdawskiego społeczeństwa, które może wkrótce odczuć rosyjskie retorsje, gdy Moskwa zamknie dla nich swoją granicę – a jedna dziesiąta obywateli Mołdawii pracuje w Rosji. Bruksela zgodnie z tą samą logiką ma znieść limity na mołdawskie wina i kilka innych produktów, dla których rynek rosyjski może się wkrótce zamknąć. Mołdawię dopuszczono też już teraz do bardzo korzystnych programów współpracy naukowej.
Mołdawia z racji etnicznych i historycznych należy bardziej do Zachodu, cały czas podąża za bratnią Rumunią. A zoligarchizowane elity ukraińskie wolałyby niczego nie zmieniać, by nie stracić wpływów i władzy, oczekują też rekompensaty za potencjalne straty poniesione w wyniku wojny handlowej z Rosją.
Rządzący w Kijowie nie postrzegają Unii i ogólnie Europy w wydaniu zachodnim jako swojego naturalnego miejsca w świecie.
Dla sporej części zachodnich rządów kwestia Ukrainy jest też drugorzędna. To priorytet dla Polski, Litwy i kilku państw regionu. Mamy z Kijowem związki historyczne, obawiamy się powrotu nowego rosyjskiego imperium pod nasze granice. Swoje interesy, głównie gospodarcze, mają też Niemcy, ale nie zdecydowały się na większą aktywność. Eksponując sprawę Julii Tymoszenko, Berlin z góry ustawił się w roli dla siebie kłopotliwej.
Do Wilna zjechało całe kierownictwo UE z przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem, Komisji Europejskiej – José Manuelem Barroso oraz PE – Martinem Schultzem. Formalnym reprezentantem strony unijnej na szczycie jest litewska prezydent Dalia Grybauskaite – głowa państwa sprawującego prezydencję. Jest też szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton, komisarz ds. rozszerzenia Štefan Fuele oraz handlu Karen de Gucht.
Obecni są przedstawiciele wszystkich krajów członkowskich, i to najczęściej na najwyższym szczeblu (prezydent lub premier). Polskę reprezentują Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. Wyjazd prezydenta to wyjątek od zasady podziału obowiązków wypracowanej przez Komorowskiego i Tuska.
Dotąd sprawami unijnymi zajmował się zawsze premier i to on reprezentował Polskę na szczytach Rady Europejskiej, zostawiając prezydentowi kwestie bezpieczeństwa i udziału w szczytach NATO. O odstępstwie zdecydowała nadzieja, że Bronisław Komorowski lepiej niż Tusk porozumie się z Wiktorem Janukowyczem, z którym spotykał się już wiele razy i prowadził rozmowy polityczne, m.in. w ubiegłym roku przy okazji otwarcia cmentarza w Bykowni pod Kijowem.
Nowy kalendarz przygotowań
Środowa wypowiedź ukraińskiego prezydenta rozwiewa ostatnie złudzenia – w Wilnie umowy stowarzyszeniowej nie będzie. Jednak podczas wieczornego obiadu na Zamku Wielkich Książąt Litewskich będzie o czym rozmawiać i z Janukowyczem. Jeśli dojdzie do sformułowania nowych warunków stowarzyszenia i kalendarza przygotowań, to odpowiednie decyzje może podjąć Rada Unii Europejskiej (tzw. FAC, czyli 28 ministrów spraw zagranicznych krajów członkowskich) od razu w Wilnie.
Jeśli decyzja, którą Janukowycz, jak twierdzi, ogłosi w grudniu, będzie dla integracji z Zachodem pozytywna, to na podpisanie umowy będzie jeszcze szansa podczas wiosennego szczytu Unia – Ukraina. Sprawy mogą jednak pójść zupełnie w drugą stronę i Kijów podąży drogą Erewanu, który pod rosyjską presją i groźbami dotyczącymi konfliktu z Azerbejdżanem zdecydował o rezygnacji z podpisania układu stowarzyszeniowego. Armenia wejdzie do Unii Celnej z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, a struktura ta ma przekształcić się w związek podobny do UE pod nazwą Unia Euroazjatycka. Zatem prezydent Serż Sarkisjan będzie w Wilnie głównie obserwatorem.
Oczywiście dla Kremla z wszystkich krajów strefy postsowieckiej najważniejsza i absolutnie priorytetowa jest Ukraina – według wszystkich ekspertów i badaczy analizujących to zagadnienie od ponad wieku Rosja bez Ukrainy nie może funkcjonować jako mocarstwo i rozgrywać geopolitycznie Europy.
Podejrzany pośpiech Gruzji
Umowę stowarzyszeniową razem z Mołdawią parafuje także Gruzja. Nowy prezydent Giorgi Margwelaszwili objął urząd niecałe dwa tygodnie temu i jest to jego pierwsza podróż zagraniczna. Natomiast po raz drugi widzi się z Grybauskaite – litewska prezydent była w Tbilisi 17 listopada, to jest w dniu zaprzysiężenia Margwelaszwilego, zostając pierwszym zagranicznym politykiem, z którym odbył on oficjalne spotkanie. Gruzja deklaruje jak najszybsze podpisanie parafowanego porozumienia, ale w przeciwieństwie do Mołdawii przyczyny pośpiechu są bardziej podejrzane.
W Gruzji trwa polityczna czystka po zmianie rządzącej ekipy i nie polega ona tylko na masowych dymisjach ludzi powiązanych z Saakaszwilim. Dwóch jego współpracowników zostało aresztowanych i taki sam może być los byłego prezydenta. Nowi gruzińscy przywódcy wolą więc mieć poukładane relacje z Brukselą, zanim upomni się ona o jakiegoś więźnia politycznego – analogia z Julią Tymoszenko będzie zbyt oczywista.
Z dwiema parafowanymi umowami stowarzyszeniowymi łączą się umowy o pogłębionej współpracy i strefie wolnego handlu. Stojący wyraźnie z boku Partnerstwa Wschodniego Azerbejdżan ma podpisać umowę o ułatwieniach wizowych. Państwo rządzone przez klan Alijewów dalekie jest od wypełniania europejskich zasad demokracji i praw człowieka. Prezydent Ilham Alijew nie oczekuje zbyt wiele od Brukseli, a jego kraj odgrywa strategiczną pozycję (wydobycie i tranzyt ropy oraz gazu), która pozwala na dużą niezależność.
Gruzja w Wilnie przystąpi do unijnych porozumień o zarządzaniu kryzysowym, zaś Ukraina parafuje przystąpienie do europejskich porozumień lotniczych. To ostatnie oznacza, że będzie musiała spełnić wymogi zasad „wspólnego nieba nad Europą” i wprowadzić europejskie standardy bezpieczeństwa lotniczego. W praktyce można się spodziewać, że Kijów wystąpi z porozumienia tworzącego Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), gdyż ten wbrew prawu europejskiemu łączy w jednej instytucji certyfikację samolotów, lotnisk i ośrodków szkolenia pilotów z badaniem przyczyn zdarzeń lotniczych.
Piotr Falkowski, Wilno