Grypsy z celi śmierci
Piątek, 22 listopada 2013 (02:02)Z ppłk. rez. dr. n. med. Tomaszem Dominikiem, synem kuzyna płk. Łukasza Cieplińskiego, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Wychowywał się Pan w poczuciu wyjątkowości osoby, służby płk. Łukasza Cieplińskiego?
– Kultu Łukasza Cieplińskiego w rodzinie nie było, bo go być nie mogło, natomiast absolutnie był kult munduru. Do munduru wszyscy mieli sentyment, natomiast tak naprawdę dopiero całkiem niedawno zrozumiałem dlaczego. O Łukaszu dowiedziałem się w latach 80., gdy byłem studentem Wojskowej Akademii Medycznej. Jak pan wie, był to okres szczególnie trudny i ponury dla wojskowych i ich rodzin, którzy byli podejrzewani o związki ze strukturami polskiego zbrojnego podziemia. Wielu członków z najbliższej rodziny Łukasza Cieplińskiego było zaangażowanych w ruch powstańczy, a najliczniej w Powstanie Wielkopolskie – bracia Stanisław i Antoni, mąż starszej siostry oraz bracia matki Łukasza. Skutkiem tego zaangażowania była fala represji, która objęła całą rodzinę. Pamiętam, że będąc dzieckiem, chodziłem do starej ciotki Cieplińskiej na konfitury domowej roboty i herbatę i tam oglądałem zdjęcia powstańców wielkopolskich. Potem dowiedziałem się, kim byli Cieplińscy, ale zasadniczo, jak wspomniałem, pierwszą zrozumiałą dla mnie informację o nich przekazał mi mój ojciec Alojzy Dominik, gdy byłem jeszcze na studiach.
Co ojciec Panu wtedy powiedział?
– Był bardzo oszczędny w słowach, przekazał mi jedynie, że w naszej rodzinie jest ktoś, kto zasłużył się w czasie kampanii wrześniowej i za swoje bohaterstwo został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Tematu wujka nie dało się specjalnie drążyć, bo mój ojciec był również wojskowym i dokładnie wiedział, czym może to grozić. Trochę więcej dowiedziałem się dopiero w latach 90., gdy zostały odsłonięte tablice pamiątkowe na powązkowskiej Łączce i w niszy muru otaczającego kościół parafialny w Kwilczu, rodzinnej miejscowości Cieplińskich. Informacje pochodziły z Instytutu Pamięci Narodowej, jak również od moich starszych kuzynek. Maria Cieplińska, matka Łukasza, i Anna Dominik, moja babka, były rodzonymi siostrami. Mój ojciec był bratem ciotecznym Łukasza Cieplińskiego, więc dla mnie jest on wujkiem. Kuzynki pamiętają, jak rodzice po cichu rozmawiali o Łukaszu. Wspominały też, że w czasie ich studiów interesowano się, do jakich organizacji należą, ale również w centrum zainteresowania była przynależność organizacyjna ich rodziców. Tym samym rodzina Dominików w jakiś sposób była przez cały ten czas kontrolowana. Dopiero zmiany ustrojowe i proces rehabilitacyjny Łukasza Cieplińskiego przeprowadzony w 1992 roku zmienił diametralnie tę sytuację.
W jaki sposób pielęgnują Państwo pamięć o płk. Łukaszu Cieplińskim?
– Zachowało się wiele wspomnień krewnych oraz tych, którzy z nim bezpośrednio współpracowali w konspiracji po wojnie, chociażby jego łączniczki Janiny Wierzbickiej-Kopeć ps. „Osa”. Z relacji moich kuzynek, które zapamiętały wspomnienia moich stryjów, wiem, że był to człowiek bardzo prawy, wzorowo zorganizowany, głęboko wierzący i wychowany w duchu patriotycznym. Jako młody chłopak z pobudek patriotycznych poszedł z podstawówki wprost do Korpusu Kadetów w Rawiczu, gdzie od razu zwrócił na siebie uwagę. Gdy w czasie nauki w Rawiczu i później w Szkole Podchorążych odwiedzał rodzinne strony, bywało, że ubierał się w mundur i zabierał swoich młodszych kuzynów na pobliskie pola w Kwilczu, i tam uczył ich historii Polski, prowadził im musztrę, uczył patriotyzmu. Ci mali chłopcy – między Łukaszem a jego kuzynami była duża różnica wieku – słuchali go z zapartym tchem i patrzyli z podziwem, gdyż był dla nich wzorem do naśladowania.
Zachowały się jakieś dokumenty, grypsy więzienne?
– Nie, one zostały wywiezione za granicę. Trudno mi powiedzieć, jak wiele dokumentów rodzinnych się zachowało. Najwięcej jest ich w Kwilczu, w domu siostrzenicy Łukasza. Wiem też, że gimnazjum w Kwilczu zgromadziło większość dokumentów rodzinnych związanych z Łukaszem Cieplińskim w sali historycznej. Wiele dokumentów celowo zniszczono w obawie przed represjami UB. Nieliczne zdjęcia znajdują się w zasobach rodzinnych.
Są przymiarki do procesu beatyfikacyjnego Łukasza Cieplińskiego. To wyjątkowa sprawa, nawet na tle całej plejady żołnierzy podziemia niepodległościowego.
– Czuję z tego powodu dumę. Rozmawiałem nawet o tym ostatnio z żoną i zastanawialiśmy się nad tym, czym różnił się Łukasz od księdza Jerzego Popiełuszki. Stanem duchownym, ale czy stanem ducha? Raczej nie. Ksiądz Popiełuszko nie chodził w pole z bronią, ale przecież stał na straży tych samych wartości. Myślę więc, że mówienie o Łukaszu w kategoriach świętości życia jest olbrzymim wyróżnieniem i potwierdzeniem jego głębokiej wiary. Łukasz zawsze podkreślał i był o tym przekonany, że za wyznawane ideały warto oddać życie. I tak się stało w jego przypadku. Jego więzienne grypsy przepełnione modlitwą i odwoływaniem się do Boga są niepodważalnym świadectwem jego głębokiej wiary. Wiara była jego jedynym oparciem w trakcie przesłuchań, dawała mu siłę, by bronić prawdy. Nie przekabacono go ani stanowiskiem, ani pieniędzmi, ani czymkolwiek innym. I dziś warto tym się szczycić, podkreślać, że wierność wyznawanym wartościom wiele znaczy.
Rodzina oddała materiał porównawczy do badań genetycznych?
– Tak, materiał genetyczny został pobrany od ciotki z Poznania, siostrzenicy Łukasza, i od stryja Feliksa, najstarszego żyjącego członka rodziny. Materiał ten jest w Polskiej Bazie Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów w Szczecinie, mam nadzieję, że szybko stanie się potrzebny.
Miał Pan od początku pewność, że wuj spoczywa na Łączce?
– Sądzę, że nigdzie indziej go nie wywieźli. Co ciekawe, „Nil”, Pilecki, którzy pewnie też tam spoczywają, czy Ciepliński lub „Łupaszko” to byli zupełnie różni ludzie, którzy w dodatku raczej nigdy się w życiu nie spotkali, a prezentowali dokładnie taką samą postawę. Z czego to wynika? Z tamtych czasów, w których żyli, chęci wolności, suwerennego, mocnego państwa, samorządzenia. Oni w tej myśli, która ich jednoczyła, wyrastali. Marszałek Józef Piłsudski był człowiekiem, który potrafił takich ludzi zjednoczyć, ale oni sami również jednoczyli wokół siebie podobne, oddane sprawie polskiej, osoby. Trzeba pamiętać, że Rzeszów, który uczcił kilka dni temu wujka pomnikiem, został oswobodzony dzięki Armii Krajowej, tak samo Wilno. Do Rzeszowa Sowieci nie weszli, ale później zrobili czystkę wśród tych, którzy wyzwolili to miasto.
Zastanawiali się już Państwo, gdzie pochowają szczątki pułkownika, jeśli zostaną odnalezione w trzecim etapie prac na Łączce?
– Na razie w ogóle o tym nie rozmawialiśmy. Pomyślimy nad tym, gdy zostanie odnaleziony. Trzeba się zastanowić, jaka byłaby w ogóle wola Łukasza. Czy chciałby zostać pochowany tam, gdzie się urodził, czy może w Rzeszowie, gdzie spędził najważniejsze lata w swoim życiu. Myślę, że Rzeszów to była jego druga rodzina, on nigdy nie zawiódł się na ludziach, którzy go tam otaczali. Bardzo się cieszę, że IPN prowadzi prace poszukiwawczo-ekshumacyjne żołnierzy wyklętych, one mają wielki sens. Między 1945 a 1954 rokiem zapadło na nich w Polsce około 7 tysięcy wyroków śmierci, z czego większość została wykonana. Za głoszenie prawdy dostawali kulę w tył głowy, w większości nie mają swoich grobów. Jestem pewien, że gdyby szczątki Łukasza pochowano w grobie, gromadziłyby się przy nim tłumy ludzi.
Fakty są jednak takie, że prawda o tych żołnierzach uwiera do dziś. Joanna Senyszyn kpiła ostatnio z „Lalka”, że zginął, bo „zapomniał, że wojna się skończyła”.
– Myślę, że komentarz jest zbyteczny. Pani poseł sama wydała o sobie opinię. Na uroczystościach poświęconych płk. Łukaszowi Cieplińskiemu w Filharmonii Rzeszowskiej był raper, który śpiewał piosenki m.in. o wujku i gen. Fieldorfie „Nilu”, mówił też o nich bardzo ciekawe rzeczy. Chciał jeździć po całej Polsce, by w różnych domach kultury przypominać ich postaci. Nie powiedział, o jaką miejscowość chodzi, ale zdarzyło się, że zakazano mu do niej przyjazdu, bo „w przeciwnym razie kierownik domu kultury straci pracę”. Niech pan zauważy, jak trudna jest sama procedura ekshumacyjna, ile budzi emocji i jak bulwersuje niektóre środowiska. Nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z pracownikami IPN, ale od kilku dni dokładnie wiem, co robią, i jestem naprawdę pełen podziwu dla ich wysiłku. Negatywne opinie, jakie słyszałem o IPN, utwierdzają mnie w tym, że wykonuje on pracę o niezwykłym znaczeniu. Wciąż słyszy się zastrzeżenia: Po co te prochy odgrzebywać? Komu to potrzebne? A ile to będzie kosztować? Gdyby IPN nie było, nikt nie upomniałby się o naszych bohaterów.
Ich oprawcy niekiedy jeszcze żyją, pobierają wysokie emerytury, a sprawy o zbrodnie komunistyczne kończą się przed sądami umorzeniem lub symbolicznym wyrokiem.
– Jeśli jacyś oprawcy już pomarli, to żyją ich dzieci, które – jak sądzę – wiedzą, co robili ojcowie. To bolesne, że o ofiarach za wiele się nie mówi, a ich katom żyje się bardzo dobrze. To jest pewna niesprawiedliwość. Powinno się wyraźnie zrehabilitować naszych żołnierzy, pokazać, że to byli porządni ludzie, a ich oprawców nazwać po imieniu. I nie chodzi o to, by ich teraz wsadzać do więzienia, lecz o zwykłą ludzką uczciwość. Nie można dopuszczać do tego, by oprawcom żyło się lepiej niż ludziom, którzy w imię wyznawanych przez siebie zasad walczyli o wolną i niepodległą Ojczyznę, którzy często pozbawiani byli pracy i wiele lat przeżyli w nędzy. Nie można zapominać także nazwisk oprawców Łukasza. Musimy dziś czerpać z życiorysów żołnierzy niezłomnych, gdyż oni – jak mówił w Rzeszowie ks. infułat Józef Sondej – mieli dusze nieskazitelne. A to nie bierze się z przypadku. Jak czytał pan grypsy Łukasza Cieplińskiego, to wie, że pisał w nich, iż cieszy się, że umrze za wiarę, jako katolik. Jego postawa wynikała z kultu wiary, uczciwości, prawości, które wiążą się z Kościołem, który dziś jest tak atakowany. Żołnierze wyklęci byli brutalnie torturowani, ich ciała nie wytrzymałyby tych wszystkich mąk, gdyby nie to, że w sercu mieli niezłomną wiarę.