Jest okazja, by odsapnąć
Czwartek, 21 listopada 2013 (02:04)Z dr. Przemysławem Wójtowiczem, politologiem z WSKSiM, rozmawia Marcin Austyn
Donald Tusk wymienił siedmiu ministrów. To spora liczba jak na podobno dobrze działający rząd.
– W całej tej rekonstrukcji rządu jedna rzecz zwróciła moją szczególną uwagę. Otóż wśród nowych ministrów pojawiło się dwoje aktualnych europosłów. W tym kontekście nasuwa się przypuszczenie, że Platforma Obywatelska rozpoczyna kampanię do najbliższych wyborów parlamentarnych, jakimi będą przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. To taka wstępna faza długiego rozbiegu nowej kampanii medialnej, politycznej związanej z tymi wyborami. Pamiętajmy, że one są traktowane, nie tylko w Polsce, jako swego rodzaju probierz popularności przed krajowymi wyborami parlamentarnymi. Te dla polityków są najważniejsze, bo w nich chodzi o realną władzę w państwie. Zatem rozpoczynamy bieg do urn wyborczych, którego półmetkiem będą wybory do PE.
Powołanie do rządu europosłów oznacza, że nie będą już kandydować do PE czy wręcz odwrotnie?
– Trudno tu jednoznacznie wyrokować. Jednak z ich udziałem może być prowadzona kampania wizerunkowa polegająca na tym, że oto europoseł rezygnuje z intratnej posady i będzie odtąd pracował w rządzie Donalda Tuska dla dobra Polski. Może stać się to kartą przetargową dla potwierdzenia tezy, że rząd PO – PSL jest wciąż sprawny, a nie jest to łódź, która tonie. Przekaz dla społeczeństwa ma być czytelny: z rządem nie jest tak źle, jest wręcz bardzo dobrze, tak dobrze, że europosłowie chcą w nim pracować, rezygnując ze swoich posad w Brukseli.
Premier tłumaczył, że kluczem do zmian była potrzeba nowej energii, która ma dać mocne przyspieszenie wzrostu, a to ma dziać się z silnym udziałem środków europejskich. Nowi ministrowie dają taką gwarancję?
– Zmiany trzeba zawsze w jakiś atrakcyjny medialnie sposób uzasadnić. A deklaracje pozostaną deklaracjami. Tak naprawdę to dopiero za jakiś czas przekonamy się, co przyniosła rekonstrukcja rządu. Jeżeli europosłowie mieliby np. przyciągnąć więcej europejskich funduszy dla Polski, to bardzo dobrze. Choć jest to wątpliwe, bo oni w tym ogromnym gmachu PE nie byli zbyt rozpoznawalnymi postaciami i, zdaje się, nie mają zbyt mocnego przebicia na korytarzach europejskich.
Fundusze europejskie będą znajdowały się w zupełnie innych rękach. To Elżbieta Bieńkowska pokieruje superresortem odpowiadającym za infrastrukturę, transport, budownictwo i rozwój regionalny. To nie za duża odpowiedzialność jak dla jednego ministra?
– Tego rodzaju superresorty w polskich realiach dotychczas się nie sprawdzały. One, patrząc na historię III RP, były tworzone pod konkretne osoby. Jednym z pierwszych takich superresortów, który był tworzony pod ówczesnego aktywnego polityka Leszka Millera, było Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Po latach wiemy, że niebyt dobrze ono funkcjonowało i w efekcie zostało podzielone. Resorty, które kumulują w sobie dziedziny często ze sobą niezwiązane, raczej się nie sprawdzają, gdyż szefowie poszczególnych departamentów zbyt mocno rywalizują.
To, że w nowym rozdaniu pojawiły się nazwiska słabiej kojarzone na scenie politycznej, ma swój cel?
– Z jednej strony może być to wizerunkowe zagranie premiera. Jednakże jako politolog doszukiwałbym się tu innego zamiaru. Być może chodzi tu o promocję tych osób, by opinia publiczna zwróciła na nie uwagę. To taki dobry start przed kolejnymi wyborami. Nie jest tajemnicą, że bycie ministrem jest zajęciem bardzo prestiżowym i osoba piastująca taką funkcję staje się rozpoznawalna medialnie. A dzisiaj taka rozpoznawalność jest przecież gwarancją sukcesu.
Przed rządem stoją ważne decyzje. To domknięcie przyszłorocznego budżetu, sprawa OFE, także nowa perspektywa unijna. Zmiany w ministerstwach w takim czasie to dobry pomysł? Nowi ministrowie będą potrafili z marszu wejść w nowe role?
– Mechanizmy, jakie rządzą współczesną polityką, tak szybko przebiegają, że tak naprawdę nigdy nie ma dobrego czasu na tego rodzaju zmiany, rekonstrukcje rządu. Zatem premier podjął decyzje o zmianach, kierując się raczej innymi przesłankami: perspektywą zbliżających się wyborów. I tak, patrząc na tę rekonstrukcję, trzeba przyznać, że był to dobry moment na tego rodzaju manewry.
To znaczy, że to dobry czas na zmiany, ale dla partii rządzącej, a nie dla spraw istotnych dla Polaków?
– Premier, decydując się na zmiany, wziął na siebie ryzyko konsekwencji, jakie za nimi idą. Tu jednak bardziej chodziło o takie nowe otwarcie, w praktyce nieprzynoszące znaczących zmian, gdyż nowi ministrowie będą kontynuatorami dotychczasowej polityki. Opinia publiczna skupi się jednak na poznawaniu tych nowych twarzy i dzięki temu „starzy ministrowie” będą mogli nieco odsapnąć od nie zawsze mile widzianego zainteresowania publicznego.