• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Walczę dla Julki

Czwartek, 14 listopada 2013 (02:05)

Z Bartłomiejem Bonkiem, brązowym medalistą igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata w podnoszeniu ciężarów, rozmawia Piotr Skrobisz

Co Pan czuje, gdy patrzy na swoje najważniejsze medale?

– Że na nie ciężko zapracowałem. Taki mam zawód, jestem sportowcem. Gdy przed laty zadecydowałem, że będę profesjonalnie podnosił ciężary, wiedziałem, że będę musiał dawać z siebie wszystko, znosić różne wyrzeczenia i poświęcenia.

Stał się Pan ostatnio specjalistą od niespodzianek. Przed rokiem w Londynie nie stawiał na Pana chyba nikt. Także teraz, przed mistrzostwami świata we Wrocławiu, więcej mówiono o kolegach z kadry. A tymczasem na obu tych imprezach tylko Panu udało się stanąć na podium.

– Zdawałem sobie sprawę, że jeśli będzie szansa powalczenia o medal, to postaram się ją wykorzystać. Więcej, że ten medal zdobędę. W Londynie uwierzyłem w to, gdy zobaczyłem listę startową na sali rozgrzewki. Pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a wszystko do zyskania. We Wrocławiu też nikt na mnie nie liczył, uwaga była bardziej skupiona na Marcinie Dołędze. Ale dzięki temu mogłem spokojnie atakować z drugiej linii.

Cicho o mnie, wszyscy są zaskoczeni medalami, a przecież od kilku lat znajduję się w ścisłej czołówce. W 2010 roku byłem czwarty na mistrzostwach świata, w 2011 piąty, a do tego zdobyłem brąz mistrzostw Europy.

Nie żal, gdy ciągle słyszy Pan o szansach i perspektywach kolegów, a o sobie jedno, dwa zdania i tyle?

– Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie. Dzięki temu odczuwam mniejszą presję, a moja motywacja do cięższej pracy wzrasta, podobnie jak chęć do zaprezentowania się z jak najlepszej strony. Nawet się nie dziwiłem, że dziennikarze sportowi mieli innych faworytów. Marcin w tym roku dźwigał już dużo większe ciężary, był w świetnej formie. Ja natomiast, z różnych powodów, stanowiłem pewną niewiadomą. Na mistrzostwach Polski nie uzyskałem za dobrego wyniku, aczkolwiek jestem typem zawodnika, który szykuje formę na konkretne zawody. Nigdy nie mogłem sobie pozwolić, by na miesiąc przed nimi być w szczytowej dyspozycji, ponieważ bym jej nie utrzymał.

Było o Panu cicho, a tymczasem uratował Pan dla Polski mistrzostwa świata.

– Prawda, cieszyłem się z tego medalu, żałując jednocześnie, że tylko mnie udało się dotrzeć do podium. Blisko byli przecież i Adrian Zieliński, i Krzysztof Zwarycz. Mogłem w ten sposób odwdzięczyć się naszemu związkowi, który cały dochód ze sprzedaży biletów przeznaczył na leczenie mojej córeczki.

Jedni uważają sztangistów za herosów dokonujących niemożliwego, drudzy za szaleńców nieustannie ryzykujących własnym zdrowiem. Gdzie tkwi prawda?

– Można chyba powiedzieć, że jesteśmy szalonymi herosami. Szykując się do wielkiej imprezy, ba, jakiejkolwiek imprezy mistrzowskiej rangi, zdajemy sobie sprawę, że nie będzie to spacerek, tylko droga przez mękę. Zaciskamy zęby i jakoś to znosimy. Przeciętny człowiek chyba nie mógłby tak postępować, czyli świadomie, bez żadnego przymusu, walczyć z ciężarami. Każdego dnia przerzucać na siłowni setki, tysiące ton żelastwa. Robimy tak, bo bardzo to kochamy.

Myśli Pan niekiedy, że płacicie za to dużą cenę? Za dużą?

– Szczerze? Nie. Pewnie, zdaję sobie sprawę z ceny, z ryzyka, ale warto to robić, chociażby dla takich chwil, jakie przeżyłem w Londynie czy Wrocławiu. Stojąc na podium, zapomina się o wszystkich kosztach, które trzeba było ponieść. O bólu, cierpieniu, wyrzeczeniach. Tyle że jest druga strona medalu – podium mieści trzech zawodników, tak samo ciężko pracują wszyscy.

Sztangista może przejść przez swoją karierę bez poważniejszej kontuzji?

– Kontuzje są wliczone w ten sport. Niestety, takie ryzyko. Nie znaczy to jednak, że biernie na nie czekamy i łapiemy się za głowy, gdy złapiemy. Robimy wszystko, by je zminimalizować. Mamy bardzo dobrych specjalistów od rehabilitacji, fizjoterapeutów, całe zaplecze odnowy biologicznej. Gdy tylko pojawi się jakiś uraz, od razu się nim zajmujemy. Ciężary związane są z wielkim wysiłkiem, ale nie jest tak, że człowieka nieustannie boli. Są dni, gdy faktycznie jest pod górkę, gdy wracamy do domów obolali, niesamowicie zmęczeni, wykończeni. Jeśli jednak wykonaliśmy dobry trening, mocny, owocny, to siadając na łóżku, o tym cierpieniu zapominamy. Odczuwamy zadowolenie i satysfakcję z wykonanej pracy.

Rozmawiamy o ciężarach, a przecież w każdej dyscyplinie sportu czy życia trzeba ciężko harować i zaciskać zęby, by do czegoś dojść.

Ale to Wy niemal codziennie balansujecie na granicy zdrowia i kontuzji.

– Bo tylko przesuwając granice swych możliwości, jesteśmy w stanie dźwigać więcej. Każdy z nas doskonale zna jednak swój organizm, swoje ciało, mięśnie i stawy. Wiemy, jak racjonalnie podchodzić do treningów, by nie stało się coś poważnego. Wiemy, na co w danym dniu możemy sobie pozwolić, czujemy, kiedy musimy trochę odpuścić. Oczywiście nie zawsze jesteśmy w stanie zaradzić, wszystkiego nie przewidzimy.

Ciężary to dziś bardziej Pana praca czy wciąż pasja?

– Jedno i drugie. Są pracą, bo dzięki nim mam na chleb. Cały czas są też pasją, a podejrzewam, że gdyby nie były, to znalazłbym sobie inne zajęcie. Łatwiejsze, spokojniejsze, mniej męczące.

Odbierając medal we Wrocławiu, powiedział Pan, że oddałby wszystkie swoje trofea za zdrowie córeczki.

– Bez chwili zastanowienia. Mógł- bym chodzić nago, nie mieć dosłownie nic, ani grosza, byle tylko moje dziecko było zdrowe. Oddałbym za to wszystko. Niestety, czasu nie da się cofnąć.

Jak udaje się Panu pogodzić sportową karierę, tak bardzo czasochłonną, z opieką nad ciężko chorą córeczką?

– Razem z żoną, bliskimi staramy się jakoś wszystko poukładać. Przed mistrzostwami trenowałem poważnie tylko cztery tygodnie, na obozie w Spale. Miesiąc wcześniej nawet nie wiedziałem, czy w nich wystąpię, czy będę w stanie się przygotować, czy też zostanę w domu, by pomagać żonie. Znaleźliśmy jednak ludzi do pomocy, którzy opiekują się Julką, gdy jest taka potrzeba. Dzięki temu mogłem trenować i wystartować w mistrzostwach.

To prawda, że po dramacie, jaki spotkał Pana rodzinę, zastanawiał się Pan nad zakończeniem kariery?

– Tak, myślałem o tym. Nie miałem bowiem pojęcia, czy będę w stanie się pozbierać. Czy zdołam skupić myśli na sporcie, treningach, gdy w szpitalu leży maleńka Julka i walczy o życie. Na kilka miesięcy porzuciłem sport, musiałem być przy niej, przy żonie i rodzinie. Cały czas. Kiedy poukładaliśmy jakoś nasze sprawy, poszedłem na siłownię, by spróbować. Na mi- strzostwach Polski chciałem zobaczyć, czy dam radę wyjść na pomost i walczyć tak, jak czyniłem to zawsze. Udało się, zostałem.

Gdzie Pan znajdował i znajduje siłę?

– Po pierwsze, w sobie. W sobie muszę bowiem znaleźć chęć, zapał i motywację do ciężkiej pracy. Gdybym ich nie miał, to pewnie dawno już bym nie trenował. Po drugie, siłę, wielką siłę, daje mi Julka. Pytał pan mnie wcześniej o cenę, wyrzeczenie, ryzyko. To nic w porównaniu z tym, co przeżywa moje dziecko. Jak każdego dnia walczy o następny. Dla niej muszę walczyć i ja.

Dotrwa Pan do igrzysk w Rio?

– Chciałbym. W 2016 r. będę miał 32 lata, znam sztangistów, którzy w wieku 34 lat bili rekordy życiowe. Być może tam pożegnam się ze sportem. Nauczyłem się jednak niczego nie planować, nie wybiegać daleko w przyszłość. Skupiam się raczej na kolejnym dniu.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz