• Niedziela, 15 marca 2026

    imieniny: Klemensa, Ludwiki, Longina

Zadymy przed polską ambasadą

Czwartek, 14 listopada 2013 (02:00)

Grupa trzech aktywistów nacjonalistycznej partii Inna Rosja wrzuciło petardę i racę dymną na teren polskiej ambasady w Moskwie.

W pobliżu było kilku innych aktywistów Innej Rosji, ale po rozpoczęciu interwencji policji uciekli. Zanim napastnicy zostali zatrzymani przez policję, zdążyli wykrzyczeć, że ich czyn ma stanowić „symetryczną odpowiedź” na zniszczenia w rosyjskiej ambasadzie w Warszawie.

Akcja Rosjan okazała się niewspółmiernie mniejsza. Raca nie doleciała nawet do budynku, upadła na trawnik i zaraz zgasła, chociaż przez pewien czas okolica była mocno zadymiona. Zdarzenia nie odnotowała polska ochrona placówki, w żaden sposób nie zakłóciła też pracy polskiego przedstawicielstwa. W pobliżu robotnicy przez cały dzień ścinali gałęzie drzew i jedynie oni na chwilę przerwali pracę.

Napastnicy próbowali rozwinąć transparent z napisem „Rosja od Warszawy do Port Artur”. To nawiązanie do czasów rozbiorowych. Port Artur to obecnie Lushun w chińskiej Mandżurii, do 1905 r. była tu duża baza rosyjskiej floty wojennej, zajęta następnie przez Japończyków. Trzej nacjonaliści przyjechali z Woroneża. To Siergiej Zapłatow, Konstantin Makarow i Simon Wierdijan. Zostali natychmiast zatrzymani i przewiezieni na najbliższy komisariat. Nie stawiali oporu. Mają od 22 do 30 lat i często uczestniczą w różnego rodzaju akcjach ulicznych swojej partii.

– Są przetrzymywani na posterunku policji rejonu priesnieńskiego pod zarzutem drobnego chuligaństwa. Jutro trafią przed sąd – mówi mjr Iwan Naumow, oficer dyżurny zarządu spraw wewnętrznych Centralnego Okręgu Administracyjnego Moskwy. Za to wykroczenie grozi grzywna w wysokości zaledwie 2500 rubli (250 zł), ale sąd może wymierzyć też karę do 15 dni aresztu administracyjnego.

Z napastnikami był także kamerzysta Andriej Nowinkow związany ze skandalizującym portalem Lifenews.ru. Został jedynie spisany, chociaż Inna Rosja twierdzi, że jego również zatrzymano. Partia oświadczyła, że incydent stanowił „akcję protestu przeciwko pogromom urządzonym w Warszawie przez polskich nacjonalistów”.

Inna Rosja to organizacja polityczna założona i kierowana przez Eduarda Limonowa o ideologii określanej jako nacjonalbolszewizm. Łączy skrajnie lewicowe poglądy gospodarcze z nacjonalizmem i ideami pansłowiańskimi i panprawosławnymi, bardzo ostro krytykuje obecne władze, organizuje różne akcje, w tym regularne protesty w obronie wolności słowa, zgromadzeń i działalności politycznej. Innej Rosji odmówiono rejestracji jako partii politycznej. Także żadna z wcześniejszych organizacji Limonowa nie znalazła się nigdy w parlamencie.

Opóźnienie rosyjskich mediów

O możliwości pojawienia się próby „odwetu” za zdarzenia pod rosyjską ambasadą mówiło się od 11 listopada. To, że akcja nacjonalistów odbyła się dopiero wczoraj, tłumaczy się opóźnieniem rosyjskich mediów. Główne serwisy podały informację o ataku na przedstawicielstwo Rosji dopiero we wtorek, gdyż ze względu na trzy godziny różnicy czasu incydent w Warszawie wydarzył się za późno, by przygotowano na jego temat informacje. Ale następnego dnia była to wiadomość numer jeden we wszystkich kanałach telewizyjnych i główny temat gazet. Jednocześnie wzmocniono ochronę ambasady zajmującej cały kwartał przy ulicy Klimaszkina.

– Normalnie polską ambasadę chroni trzech policjantów, teraz jest nas trzydziestu – mówi „Naszemu Dziennikowi” ppłk Damir Achmatowicz z moskiewskiej policji, dowodzący zabezpieczeniem placówki. To jego ludzie zatrzymali rano zadymiarzy. Funkcjonariusze mają do dyspozycji trzy małe budki strażnicze, stoją też na rogach ulic i przy wejściach. Okolica jest jednak spokojna, ambasadę otaczają zwykłe bloki mieszkalne i szkoła rzeźbiarska.

Na stałe pod ambasadą stoi siedem samochodów policyjnych, w tym autobus i jeszcze mały bus. Autobus służy policjantom, którzy zmieniają się co jakiś czas (wokół ambasady jest ich zawsze około pięciu). Zaś bus, jak tłumaczy Achmatowicz, czeka na ewentualnych pasażerów w kajdankach do najbliższego posterunku.

Zdaniem podpułkownika, całe zajście zostało tak przygotowane, żeby o grupie radykałów było głośno. – Dlatego zgadali się z tym kamerzystą. Ale nie mieliśmy podstaw, żeby go zatrzymać – tłumaczy. Oficer osobiście spisuje wszystkich, którzy, choćby na chwilę, zatrzymują się przed budynkiem lub go fotografują. Razem z dowódcą cały czas jest trzech oficerów, a co jakiś czas podjeżdża jeszcze inny samochód, najwyraźniej nadzoru. Wysiada kolejny oficer, który sprawdza wszystkie posterunki, zawsze rozmawia też z tajemniczym cywilem. – A ten, kto odpowiadał za ochronę rosyjskiej ambasady w Warszawie, to żyje jeszcze? – kończy rozmowę Achmatowicz.

Rzecznik ambasady Grzegorz Teleśnicki poinformował, że „na terenie ambasady nie stwierdzono żadnych nieporządków”, ale podczas spotkania z rosyjskim ambasadorem Aleksandrem Aleksiejewem w polskim MSZ poświęconego wydarzeniom w Warszawie przekazano mu także „wyrazy głębokiego zaniepokojenia w związku z incydentem polegającym na obrzuceniu terenu Ambasady RP w Moskwie racami”.

Strona polska domaga się szczegółowych wyjaśnień od strony rosyjskiej w tej sprawie – głosi oświadczenie rzecznika Marcina Wojciechowskiego. Do polskich oczekiwań rosyjski dyplomata miał się odnieść „ze zrozumieniem”. MSZ Rosji nie wydało żadnego oświadczenia w sprawie incydentu w polskiej ambasadzie. Akcję Innej Rosji potępił jedynie wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych Dumy Leonid Kałasznikow.

Piotr Falkowski, Moskwa