• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Potrzeba radości

Środa, 6 listopada 2013 (02:25)

Z Maciejem Kotem, skoczkiem narciarskim, rozmawia Piotr Skrobisz

 

Przyzwyczailiśmy się już do widoku Kamila Stocha na podium pucharowych zawodów. W zeszłym sezonie wylądował na nim Piotr Żyła. A kiedy dotrze tam Pan?

– Mam nadzieję, że jak najszybciej. Może w najbliższym sezonie? Mówiąc szczerze, już w ubiegłym sezonie podium chodziło mi po głowie, dwa, trzy razy byłem blisko, ale się nie udało. Nauczyło mnie to trochę pokory. Teraz też, podobnie jak w przeszłości, wyznaczyłem sobie cele, ale chcę na zawodach mniej myśleć o wyniku, a więcej czerpać z nich radości. Bawić się skakaniem, cieszyć, a nie martwić tym, że coś muszę. A ta radość często przekłada się na rezultaty.

Wcześniej jej Panu brakowało?

– Poprzedni sezon, w porównaniu z latami wcześniejszymi, i tak był dużym krokiem naprzód. Ciężko było oczekiwać, że z zawodnika plasującego się między 20. a 30. miejscem nagle stanę się faworytem, kimś, kto regularnie walczy o najwyższe cele. Zbliżyłem się do dziesiątki, parę razy w niej zagościłem, miałem szanse na podium. Raz zabrakło mi szczęścia, innym razem przegrałem je przez własne błędy. Tak, tej radości, luzu chyba było zbyt mało. Za dużo myślałem, nastawiałem się na wynik. Ten w końcu przyjdzie, wierzę w to mocno. Jestem obecnie lepiej przygotowany niż przed rokiem, i to zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.

Podobno jest Pan strasznie ambitnym zawodnikiem, który nie znosi przegrywać?

– A kto lubi? Tylko jedni okazują to bardziej, inni mniej. Jestem ambitny, to prawda. Zawsze wyznaczam sobie cele, do których dążę, nie zadowalam się tym, co jest, tylko chcę więcej. Cieszy mnie trend zwyżkowy, który od kilku lat u siebie obserwuję. Komuś może się to wydać dziwne, bo jeszcze niczego nie wygrałem, nie stałem nawet na podium. Był taki okres w mojej karierze, gdy przechodziłem z wieku juniora do seniora, że wszystko chciałem osiągnąć szybko. Natychmiast. Dało to efekt odwrotny do zamierzonego. Dopiero z pomocą trenerów i psychologa doszliśmy do wniosku, że lepiej robić małe kroczki do przodu, ale nigdy nie wolno się cofać. W tym kierunku poszedłem, z sezonu na sezon jest coraz lepiej i w końcu dojdę do poziomu, który wszystkich zadowoli.

Czuje się Pan gotowy walczyć o najwyższe cele?

– Tak. Nie po to trenuję, daję z siebie wszystko, odmawiam sobie wielu rzeczy, by powiedzieć: nie, nie dam rady, nie jestem gotowy. Ale nauczyłem się cierpliwości. Jedni szybciej osiągają cel, inni potrzebują więcej czasu. Najważniejsze to dobrze pracować i wierzyć, że się uda.

Emocje się już Panu udzielają? Pierwszy konkurs przecież tuż-tuż, za nieco ponad dwa tygodnie?

– Na razie jest spokój, i oby tak dalej. Mamy ten komfort, że na razie wszystko przebiegało planowo. Czujemy się dobrze przygotowani i mocni. Prawdę powiedziawszy, gdyby inauguracja sezonu była jutro, to wystarczyłyby nam dwa skoki treningowe, by zapoznać się z obiektem, i moglibyśmy walczyć. Taki stan jest dobry, bo bywały lata, gdy tuż przed sezonem panikowaliśmy, szukaliśmy rozwiązań na teraz, szukaliśmy śniegu w Skandynawii, tam w trudnych warunkach próbowaliśmy złapać formę i wszystko się sypało. To na szczęście przeszłość. Wyciągnęliśmy wnioski, jesteśmy mocniejsi, także psychicznie, i pewnie dlatego niczego się nie boimy. Pewnie, nie ma gwarancji, że nie powtórzy się ubiegły rok, gdy początek sezonu kompletnie nam nie wyszedł, jednak wierzę, że obejdzie się bez podobnych perypetii. Zrobiliśmy wszystko i daliśmy z siebie wszystko, by się przygotować jak najlepiej.

Lato minęło bez problemów?

– Tak. Drobne urazy się przytrafiły, komuś wypadł tydzień treningów, komuś innemu dwa dni, jednak takie sytuacje nie są niczym niepokojącym. Dopisała nam także pogoda, dopiero w Oberstdorfie musieliśmy przerwać jeden trening, bo zaczęło mocno wiać i padać. Poza tym wszystko szło planowo, niczego nie musieliśmy zmieniać.

W ogóle jesteśmy dobrej myśli. Wszyscy: zawodnicy, trenerzy, cały sztab. Wiele razem przeszliśmy, uczyliśmy się na błędach, przerabialiśmy i modyfikowaliśmy plany, byle tylko dojść do miejsca, które sobie założyliśmy. Co chyba najważniejsze, w tej drodze nie zabrakło cierpliwości. To cecha, której brakuje choćby w piłce nożnej. Tam, gdy coś nie idzie, sięga się po najłatwiejsze rozwiązanie, czyli zmienia trenera. Przychodzi nowy, popracuje rok, czasem mniej i znowu słyszy „do widzenia”. U nas też pojawiały się głosy, że potrzebujemy fachowca z zagranicy. Na początku poprzedniego sezonu, gdy kompletnie nam nie szło, głowy trenera żądali niemal wszyscy. I myślę, że gdyby do tego doszło, to już byśmy się nie podnieśli. Tymczasem uczyniliśmy to razem, potem Kamil został mistrzem świata, my razem trzecią drużyną globu. Te doświadczenia nas scementowały, dzięki nim lepiej się poznaliśmy, zgraliśmy. Wiemy, że możemy na siebie liczyć.

Myśli Pan już o igrzyskach w Soczi?

– Tak, ale tylko na tyle, by nie dać się im zaskoczyć. Staramy się z nimi oswajać stopniowo, ale są też oczywiście celem, najważniejszym w czteroleciu. Elementem motywacyjnym, który ma dodawać sił do pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz