Wojny wygrywają rezerwy
Wtorek, 5 listopada 2013 (02:05)Rząd jest zmuszony poprawić ustawę o Narodowych Siłach Rezerwowych. Bo to, co funkcjonuje na jej podstawie, okazało się nieporozumieniem. Polsce potrzebna jest solidna obrona terytorialna. I jest do niej wielu chętnych.
Jeszcze w tym roku ma być gotowy plan przekształcenia Narodowych Sił Rezerwowych w jakiś nowy byt, który będzie naturalnym uzupełnieniem dla zawodowej armii. Ze wstępnych enuncjacji wynika, że z NSR ma zostać uformowana nowa formacja, podobna do amerykańskiej Gwardii Narodowej, która stanowi jeden z filarów bezpieczeństwa narodowego USA.
Nową koncepcję przygotowuje Akademia Obrony Narodowej. Dzisiaj rząd przyjmie propozycje zmian w ustawach o powszechnym obowiązku obrony i o uposażeniu żołnierzy niezawodowych. Mają one zwiększyć atrakcyjność służby w NSR. W projekcie zaproponowano możliwość ochotniczego odbywania jednodniowych ćwiczeń wojskowych.
Krótkie ćwiczenia mają się odbywać na uczelniach, w szkołach wojskowych i wojskowych ośrodkach szkolenia. Przewiduje się także możliwość pisemnego aneksowania kontraktu na wykonywanie obowiązków w ramach NSR, a nadawanie przydziałów kryzysowych ma być możliwe także w przypadku żołnierzy zwalnianych z czynnej służby wojskowej. W projekcie przewidziano też podporządkowanie wojewódzkich sztabów wojskowych i wojskowych komend uzupełnień ministrowi obrony narodowej, a nie – jak obecnie – szefowi Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych.
W starciu z rzeczywistością Narodowe Siły Rezerwowe poniosły porażkę, co przyznał nawet szef MON Tomasz Siemoniak. Stało się tak, choć poprzednie kierownictwo resortu – mimo że było ostrzegane przed taką ewentualnością – przeforsowało swój projekt.
NSR tworzą żołnierze rezerwy, którzy ochotniczo zawarli kontrakt na pełnienie służby wojskowej w rezerwie. W związku z tym pozostają w dyspozycji w przypadku realnych zagrożeń militarnych i niemilitarnych zarówno w kraju, jak i poza granicami. Są one ofertą dla osób, które dotychczas nie odbyły szkolenia wojskowego, a chciałyby je odbyć w trybie ochotniczym.
Chodzi o łączenie cywilnej aktywności zawodowej z obowiązkami żołnierskimi. Szybko się okazało, że nie są oni tak samo wyszkoleni jak zawodowi wojskowi. Potwierdzają to osoby, które zetknęły się z tą formą służby wojskowej i są rozczarowane.
– Miała być obrona terytorialna, a nie jest tak do końca – mówi jedna z nich.
– Służąc w NSR, jesteś cywilem, od którego wymaga się jak od wojskowego. NSR to nie jest żadna kariera ani wstęp do służby zawodowej. To taka kpina z wojska zrobiona przez polityków – dodaje.
Za udział w ćwiczeniach przysługuje miesięczne wynagrodzenie, uzależnione od posiadanego stopnia. Szeregowiec dostanie miesięcznie 2,5 tys. zł brutto, kapitan zarobi 4,5 tys. zł brutto. W ocenie posła Marka Opioły (PiS) z Komisji Obrony Narodowej, pomysł, by NSR były zapleczem dla ludzi, którzy przed wejściem do armii zawodowej mają obowiązkowo przejść tę formację, jest nieporozumieniem.
– Mówiliśmy to od początku. NSR zostały przecież powołane po to, by zrobić coś z rezerwistami, ale ich rola musi zostać przeformułowana. Są przecież osoby, które pracowały w wojsku, ale z niego odeszły. One nie powinny być tracone z pola widzenia, ponieważ posiadają unikalne zdolności i umiejętności. Chodzi o naturalne zaplecze rezerwistów – wskazuje poseł Opioła.
Zdaniem gen. Romana Polki, byłego dowódcy GROM i wiceszefa BBN, projekt w obecnym kształcie jest niewypałem. – To porażka. NSR nie tworzą własnych jednostek, ale są zapchajdziurą dla zawodowej służby – ocenia wojskowy.
Jak odrobić straty
Krytycznie o NSR wypowiadał się wiceszef MON gen. Waldemar Skrzypczak. Uważał, że należy stworzyć nowy system szkolenia wojskowego, który będzie łączył powszechność z profesjonalizmem i systemem zachęt. Pojawiały się informacje o ewentualnym powrocie do poboru, a więc zasadniczej służby wojskowej, albo jakiegoś rodzaju dobrowolnej, zasadniczej służby wojskowej, w której mogliby uczestniczyć wszyscy młodzi, którzy byliby sprawni fizycznie i intelektualnie.
Szkolenie trwałoby 9-12 miesięcy. Zdaniem specjalistów, w ciągu 6-7 lat odrobiono by straty, jakie armia poniosła w rezerwistach od 2008 roku. A do tego byłoby to tańsze przedsięwzięcie.
Według posła Opioły, powrotu do armii z poboru nie ma, ale trzeba wykształcić model, w którym młodzi ludzie, także kobiety, będą przechodzić przeszkolenie w ramach obrony terytorialnej.
– Chodzi o rodzaj obowiązkowego przeszkolenia wojskowego. Byłoby to naturalne zaplecze dla takiej struktury obrony terytorialnej, która powinna zostać zorganizowana na wzór ochotniczej straży pożarnej, wspierającej zawodową straż pożarną – wyjaśnia.
Do ich zadań należałoby też reagowanie i niesienie pomocy podczas klęsk żywiołowych takich jak powódź czy katastrofy ekologiczne. Jedno jest pewne: obrona terytorialna nie może być przeznaczona na potrzeby sił ekspedycyjnych czy jednostek wojskowych dla obrony całego terytorium kraju. Powinna działać na własnym terytorium.
Wojsko dysponuje jeszcze infrastrukturą koszarową, którą można wykorzystać na ośrodki szkolenia Obrony Terytorialnej. A w oparciu o okręgi wojskowe, wojewódzkie sztaby wojskowe, wojskowe komendy uzupełnień, komendy garnizonów, kluby garnizonowe można zorganizować system zarządzania nią we współpracy z lokalnymi strukturami cywilnej administracji.
Zaletą – wskazują eksperci – byłyby niezbyt wygórowane koszty funkcjonowania i skuteczność na własnym terenie w sytuacji zagrożenia. Ze względu na bardzo dobrą znajomość terenu i miejscowej infrastruktury po odpowiednim przeszkoleniu i przygotowaniu Obrona Terytorialna nie ustępuje wojskom operacyjnym.
Świadczą o tym nie tylko doświadczenia Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich czy Narodowych Sił Zbrojnych z okresu drugiej wojny światowej, ale też konfliktów w Wietnamie czy Afganistanie. Skuteczność obronna lekkiej i przenośnej broni nowej generacji czy to strzeleckiej, czy przeciwpancernej, przeciwlotniczej albo minowej oraz możliwość prowadzenia działań nieregularnych w masowej skali przez ludzi broniących własnych domów, gmin i miast może być – według naszych rozmówców – niezastąpionym środkiem odstraszania przeciwnika oraz obrony Polski.
Pod okiem weteranów
W Polsce lawinowo rośnie liczba osób, które chętnie zaangażowałyby się w jakiś rodzaj Obrony Terytorialnej. Istnieją znane od lat i czasem nawiązujące kontakt z wojskiem organizacje, takie jak Związek Strzelecki „Strzelec”, Legia Akademicka czy Ruch na Rzecz Obrony Terytorialnej. W ocenie posła Opioły, takie środowiska są naturalnym rezerwuarem kadr dla armii.
– Do tego dodałbym różne grupy paramilitarne, grupy rekonstrukcji historycznej – podkreśla.
– Mówi się, że wojny wygrywają rezerwy. Tacy zapaleńcy są bardzo przydatni w armii, kochają mundur, mają poczucie patriotyzmu. Czasem jest mi wstyd, gdy rozmawiam z tymi ludźmi, którzy chcieliby służyć w swego rodzaju Gwardii Narodowej, ale robić to nie zawodowo, choć profesjonalnie – mówi gen. Roman Polko.
W jego ocenie, dobrym przykładem są choćby niezawodowe rezerwy brytyjskich sił specjalnych SAS. – W Polsce również ludzie chcieliby funkcjonować na tym poziomie, mają ku temu potencjał. Ale armia nie daje im ku temu możliwości – dodaje.
Na przykład w ostatnich dniach września członkowie Legii Akademickiej uczestniczyli w Kursie Lekkiej Piechoty w podlubelskim Nasutowie. Przygotowywali się do manewrów „Kompania w działaniach opóźniających w terenie zurbanizowanym”, które odbyły się później w Świdniku. Oprócz członków Legii w szkoleniu brali udział również uczniowie liceów ogólnokształcących oraz miłośnicy gier ASG z Zamościa.
A wszystko odbywało się we współpracy z weteranami wojsk rozpoznania, którzy dzięki swojemu doświadczeniu zdobywanemu m.in. na misjach pokojowych uczyli ich taktyki. Prowadzono także naukę nawigacji przy pomocy busoli, procedur patrolowych, takich jak przekraczanie miejsc niebezpiecznych (np. drogi), ćwiczono procedurę przejścia do obrony okrężnej czy walki drużyny piechoty, a także walkę w terenie zurbanizowanym.
Podobne działania podejmuje Związek Strzelecki „Strzelec”, liczący ok. 4 tys. czynnie szkolącej się młodzieży, zgrupowanej w prawie 80 jednostkach strzeleckich w całym kraju. „Strzelec” jest organizacją umundurowaną, o strukturze dowódczej i opartej na działaniu rozkazodawczym.
Młodzi przechodzą tam podstawowe szkolenie. Znają regulaminy i musztrę, uczą się przedmiotów ogólnowojskowych oraz poznają zaawansowane elementy taktyki czarnej czy zielonej. Strzelanie dynamiczne, praktyczne czy specjalne też nie jest im obce.
Związek opracował pilotażowy program propagujący utworzenie pododdziałów Obrony Narodowej (terytorialnej) na bazie „Strzelca”. Jego ambicją jest odbudowanie i kontynuowanie przedwojennej idei Obrony Narodowej. Program, realizowany na bazie jednostki strzeleckiej 2028 Częstochowa, z czasem ma objąć kilka kolejnych jednostek strzeleckich w oparciu o podobnie wydzielone Plutony Operacyjne Obrony Narodowej.
Założenia przewidują powstanie Plutonów Operacyjnych ON (OT) przy każdej jednostce strzeleckiej. Przy 379 powiatach w całym kraju pierwsza ogólnokrajowa struktura Obrony Narodowej (OT) powinna liczyć nawet 12 tys. przeszkolonych strzelców.
Maciej Walaszczyk