• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Czego zazdroszczę Czechom

Piątek, 1 listopada 2013 (07:36)

Na pewno nie zazdroszczę naszym sąsiadom zwycięstwa socjaldemokratów. Na pewno nie zazdroszczę im braku jednoznacznego zwycięstwa określonego lidera (w tym przypadku Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej), które to zwycięstwo, na poziomie 20 proc., oznacza pewną niestabilność polityczną.

Wynik dla wyłonionego zwycięzcy, partii Bohuslava Sobotki jest prawdziwym wyzwaniem, nie wiadomo bowiem, z kim ma on tworzyć koalicję. Populiści z ANO są nieoczekiwanie na drugim miejscu (18,65 proc.), potencjalni koalicjanci – komuniści dopiero na trzecim (14,91 proc.). Władać krajem za pomocą rządu mniejszościowego jest dla każdego premiera koszmarem. Chociaż w przypadku Czechów jestem sobie w stanie wyobrazić panowanie nad tą niestabilnością i przy okazji tego w moim kraju sobie absolutnie nie wyobrażam.

A więc czego zazdroszczę Czechom?

Po pierwsze, wielobarwności na scenie politycznej, różnorodności partii, które weszły do parlamentu. Weszło aż 7 partii. Wydaje się, że niemal każdy obywatel ma swoją reprezentację: postkomuniści, komuniści, populiści, centryści, konserwatyści, chadecy, grupa „Japończyka”...

Tymczasem polska scena polityczna, zasklepiona, zastygnięta w jakimś absurdalnym klinczu dwóch monolitów, PO i PiS, próbuje nieudolnie robić za podróbkę sceny amerykańskiej. PiS ma robić za Republikanów, a PO za Demokratów, jakie to tanie.

Przecież taka formuła władzy ustawodawczej jest obca wspaniałej tradycji i historii parlamentaryzmu naszego kraju. Kiedy wreszcie nastąpi odblokowanie żałosnej repliki rodem z USA? U nas dopiero po wyborach partie się rozpadają, w wyniku wewnętrznych tarć, osobistych urazów, niesnasek i konfliktów interesów, a i tak, po rozparcelowaniu partyjnych brył, brakuje tym grudkom różnorodności.

Przy dokuczliwym braku różnorodności formacyjnej dopisuje za to nietuzinkowość osobowości poszczególnych quasi-polityków, jednak na występy cyrkowe w Sejmie akurat nie powinno być miejsca.

Drugi fenomen jest jeszcze wyraźniejszy. Do urn w Czechach poszło niemal 60% proc. uprawnionych do głosowania. Tak wysokiej frekwencji nie było w Polsce nawet podczas ostatnich wyborów prezydenckich (przypomnę, średnia z dwóch tur 55,1 proc.), nie wspominając o wyborach samorządowych (35 proc.) i parlamentarnych (49 proc.). Zawstydzająca słabość społeczeństwa obywatelskiego, jakim chyba jednak nie jesteśmy.

Regres postawy obywatelskiej, dodatkowo wzmacniany przez populistów z Platformy nomen omen OBYWATELSKIEJ, którzy skutecznie zniechęcali do uczestnictwa w ostatnim referendum w stolicy, pogłębia kryzys świadomości samostanowienia o sobie Polaków.

I to jest chyba największa porażka demokracji w naszej Ojczyźnie. Wielcy parlamentarzyści z okresu II Rzeczypospolitej byliby niepocieszeni.

Dr Tomasz M. Korczyński