Mam swoje cele
Czwartek, 31 października 2013 (02:20)Z Kamilem Stochem, mistrzem świata w skokach narciarskich, rozmawia Piotr Skrobisz
Do igrzysk w Soczi pozostało już niespełna sto dni. Odczuwa Pan coraz większy stres, dreszczyk emocji?
– Dlaczego? Faktycznie się zbliżają, ale specjalnie się tym faktem nie ekscytuję. Nie stresuję. Wiadomo, że chciałbym wypaść na nich jak najlepiej, że pracuję na to ciężko, z ogromnym zaangażowaniem i motywacją, jednak nie znaczy to, że z tej pracy nie mogę czerpać radości i frajdy. Czerpię, na każdym kroku.
Według ekspertów z holenderskiego serwisu Infostrada, zdobędzie Pan w Rosji srebrny medal w konkursie na dużej skoczni. Co Pan na to?
– Eksperci są od tego, by podobne opinie wygłaszać, ja się za takowego nie uważam. Uważam za to, że nie tylko mnie, ale i moich kolegów stać na to, by w Soczi powalczyć o bardzo wysokie cele. Z drugiej strony zawsze wychodziłem z założenia, że niczego przed zawodami nie powinno się zakładać. To sport, a w sporcie wszystko zdarzyć się może. Dlatego nie powiem panu, że w nowym sezonie chcę powalczyć o to i o to. Pewnie, postawiłem sobie cele, ale są to cele niewymierne. Nienamacalne. Chcę po prostu stawać się coraz lepszym zawodnikiem, rozwijać w swoim fachu, doskonalić. Nie mam zamiaru poprzestawać na tym, co osiągnąłem czy zdobyłem. Chcę więcej, dlatego każdy wynik lepszy od osiągniętego w poprzednich latach mnie usatysfakcjonuje.
Rozmawiamy o igrzyskach, a podejrzewam, że nie zadowoli Pana tylko poprawa miejsc z Vancouver?
– No tak, gdybym tak powiedział, to ktoś mógłby pomyśleć, że nie mam ambicji. W Vancouver byłem 27. i 14.
Te ambicje sięgają medalu? Złotego medalu?
– No dobrze… Nie boję się powiedzieć, że chcę zdobyć olimpijski medal. Może nawet powinienem mówić o tym głośno, bo co tu ukrywać? Na całą tę sprawę patrzę jednak trzeźwo. Realnie. Wiem, że tego medalu nikt mi nie da za darmo, dlatego że jestem mistrzem świata, że nazywam się Stoch. Będę musiał go wywalczyć, wyszarpać. A żeby o medal się pobić, w pierwszym rzędzie potrzeba spokoju, pewności w tym, co się robi, i mądrego planu. Do igrzysk pozostało jeszcze trochę czasu, sporo konkursów, różnych sytuacji po drodze. Nie mogę zadeklarować, że stanę na podium, ale mogę obiecać w imieniu swoim i drużyny, że na ile będzie to możliwe, damy z siebie wszystko i będziemy godnie reprezentować nasz kraj.
Startował Pan już na igrzyskach w Turynie i Vancouver. To doświadczenie może mieć jakieś znaczenie?
– Po części tak. Zdobyłem tam pewne doświadczenia, wiedzę na temat igrzysk, ich otoczki. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że całą, bo wiele rzeczy mnie jeszcze zaskoczy, ale sporą. Ważną. Natomiast pamiętajmy o tym, że każde zawody są inne, mają swoją specyfikę. A z samych igrzysk będę się starał czerpać jak najwięcej, bo to impreza wyjątkowa.
Zmienia się perspektywa po zdobyciu mistrzostwa świata?
– Jeśli tak, to nic mi na ten temat nie wiadomo.
Jest od tej chwili łatwiej czy przeciwnie – trudniej, bo na barki spada większa presja?
– Zawsze od siebie dużo wymagałem i wymagam. To, że zdobyłem mistrzostwo świata, nie dało mi żadnej gwarancji, żadnej taryfy ulgowej na sezon czy choćby jedne zawody. Zresztą ostatni konkurs Letniego Grand Prix w Klingenthal, na którym zająłem 50. miejsce, pokazał mi dobitnie, że nigdy niczego nie jest się w stanie przewidzieć. Dlatego staram się podchodzić do każdego skoku tak samo, z takim samym nastawieniem, motywacją i radością. Teraz i kilka lat temu. To mój klucz do sukcesu.
W Soczi będzie Pan mógł stanąć na podium nie tylko w zmaganiach indywidualnych, ale i drużynowych.
– Zgadza się. Doszliśmy wreszcie do stanu, o którym zawsze marzyliśmy, do którego zmierzaliśmy ciężką pracą. Polskie skoki w chwili obecnej to nie jeden świetny zawodnik i reszta, tylko cała grupa zdolnych chłopaków, mierzących wysoko. Staliśmy się jedną z najlepszych drużyn na świecie i nie boję się tego powiedzieć. I dopóki będziemy trzymali się razem, nawzajem wspierali, dopóki każdy będzie dawał wszystko i znał swoją wartość, dopóty będzie dobrze.
Czyli co, powalczycie w Rosji o powtórkę z mistrzostw świata, a może o coś więcej?
– Oczywiście, gdyby było inaczej, w ogóle nie powinniśmy wychodzić na belkę startową. Na mistrzostwach zajęliśmy trzecie miejsce… Ale spokojnie, stonujmy nastroje, prognozy. Nie możemy już teraz zakładać sobie medali na szyję, bo wszystko zakończy się źle. W sporcie trzeba mierzyć wysoko, trzeba wierzyć i marzyć, przy okazji zachowując pokorę i twardo stąpając po ziemi. Ja w tej chwili myślę o igrzyskach, jednak przede wszystkim skupiam się na tym, co mnie czeka w najbliższym czasie. Czyli treningach, zgrupowaniach, przygotowaniach do sezonu, jego inauguracji, poszczególnych zawodach Pucharu Świata. Soczi jest na dalszym planie. Chcę zachować równowagę, niczego nie zlekceważyć, ale też nie przedobrzyć.
Cieszy się Pan, że sezon zacznie się w Klingenthal?
– Bardzo, to jedna z moich ulubionych skoczni. Ale lato mi uzmysłowiło, że nawet na takim obiekcie mogą dziać się różne rzeczy.
Przed rokiem sezon zaczął się od katastrofy, zakończył fantastycznie. Jak będzie teraz?
– Nie dam żadnej gwarancji, bo jej nie mam. Zobaczymy. Do pierwszego konkursu pozostał niecały miesiąc, sporo treningów na skoczni. Mam nadzieję, że unikniemy podobnego horroru, choć takim samym finałem bym nie pogardził.
Tradycyjnie najgroźniejsi będą Austriacy?
– Myślę, że na nikogo nie trzeba się oglądać, nie interesuje mnie, co robią inni. Powinniśmy patrzeć do przodu, a czasami pod swoje stopy.