Jak zostałam „karłem reakcji”
Piątek, 25 października 2013 (02:16)Z Marianną Krasnodębską, łączniczką AK, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak Pani ocenia wystąpienie posła Tadeusza Iwińskiego z SLD, który z mównicy sejmowej powiedział wczoraj, że Józef Franczak prowadził działalność terrorystyczną?
– To skandaliczna wypowiedź. W środowisku „Lalka” nie było żadnego bandytyzmu. Oni musieli się z czegoś utrzymać, ale nie napadali, nie zabijali, tylko walczyli w obronie własnej. To nie była żadna banda. Projekt uchwały czczący pamięć Józefa Franczaka jest jak najbardziej słuszny. W niedzielę, w 50. rocznicę śmierci „Lalka”, odbyła się w Piaskach uroczystość przy jego pomniku, w której uczestniczyłam. Zjechały się władze wojewódzkie i powiatowe, była również orkiestra wojskowa, nikt nie uznaje go za jakiegoś bandytę.
Była Pani łączniczką w oddziale sierżanta Józefa Franczaka ps. „Lalek”, ostatniego poległego w boju żołnierza podziemia niepodległościowego?
– Franczak był w tej samej Placówce Piaski nr 7, co ja, ale nie byłam łączniczką w jego oddziale. Byłam natomiast łączniczką między nim a innymi, gdy trzeba było mu w jakiś sposób pomóc. Gdy się ukrywał po wojnie, pomagała mu zarówno moja rodzina, jak i rodzina mojego męża, za co była też prześladowana. Franczak na początku lat 60. kilkakrotnie nocował u nas w Lublinie. Zapamiętałam go jako bardzo dzielnego i uczciwego człowieka. Był kolegą mojego brata Aleksandra, razem służyli w wojsku. Gdy NKWD zaczęło ich szukać, Franczak pierwszy do nas przyjechał i dał znać, że brat żyje. Później Aleksander z bratem Maksymilianem udzielali mu pomocy materialnej.
Jak wyglądała Pani służba w konspiracji?
– Gdy wybuchła II wojna światowa, trzech starszych braci wstąpiło do wojska, by walczyć w obronie Ojczyzny. Brali udział w ciężkich walkach obronnych. My, młodsze rodzeństwo (rodzice mieli sześciu synów i dwie córki), zgłosiliśmy się do służby pomocniczej w Piaskach koło Lublina, skąd pochodzę. Kopaliśmy schrony, rowy obronne, udzielaliśmy pomocy ludziom, którzy jej potrzebowali. Po klęsce wrześniowej zaangażowaliśmy się w tajną działalność konspiracyjną. W Piaskach i okolicznych wioskach powstały dwie organizacje pod nazwą „Unia” i „Bataliony zemsty”. Należałam do tej drugiej. Szybko pojawiły się tajne gazetki „Zemsta” i „Polska żyje”. Redakcja początkowo mieściła się w naszym domu na strychu, potem – ze względów bezpieczeństwa – została przeniesiona na wieś Młodziejów. Każdy z nas, rodzeństwa, miał swoje zadanie w tych tajnych organizacjach, byliśmy m.in. zaangażowani do roznoszenia podziemnej prasy. W lutym 1941 r. nastąpiła tzw. wsypa, w wyniku której rozpoczęły się aresztowania. Ludność cywilną wywożono na Zamek Lubelski, skąd po przesłuchaniach i torturach przewożono na śmierć do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Pozostali „rozbitkowie”, którzy uniknęli aresztowań, zostali przejęci przez Związek Walki Zbrojnej, przekształcony potem w Armię Krajową.
Była Pani jedną z tych kobiet, które organizowały wówczas Wojskową Służbę Kobiet?
– Tak. Na początku 1943 r. podczas narady w Komendzie Placówki Piaski zapadła decyzja o powołaniu Wojskowej Służby Kobiet. Komendantem Rejonu została Alicja Szlązak ps. „Miłka”, a jej zastępczyniami Kazimiera Tracz ps. „Kazia”, „Teczka”, i Mania Marszałek „Mizerska” – instruktorka oraz nauczycielka. Organizacja Wojskowa Służba Kobiet podlegała komendantowi Okręgu Armii Krajowej Danucie Magierskiej ps. „Weronika”, która mieszkała w Lublinie. Kazimiera Tracz, znając mnie bardzo dobrze, jeszcze z szeregów „Orląt” (była wówczas komendantem organizacji „Strzelca” i „Orląt”), wezwała mnie do siebie i po długiej rozmowie poleciła zwerbowanie dziewcząt i utworzenie drużyny. Łączyła nas ścisła współpraca z dziewczętami z plutonu Ignasin – Placówka Piaski.
Co należało do Pani obowiązków?
– Dziewczęta oprócz pełnionych już funkcji (sanitariuszki, łączniczki) organizowały również noclegi, wyżywienie, przygotowywały teren, lokum do szkolenia. Z wielkim poświęceniem udzielały pomocy ukrywającym się członkom ruchu oporu. Na naszym terenie prowadzone były narady, szkolenia bojowe plutonów, drużyn męskich i żeńskich w zabudowaniach zamieszkałych przez gospodarzy. Na terenie Placówki Piaski powstały jeszcze dwie drużyny Wojskowej Służby Kobiet, które skupiały dziewczęta z okolicznych wsi – Cyganka, Józefów, Majdan Brzezicki, Ludwików i Siedliszczki. Zebrania oraz szkolenia teoretyczne naszej drużyny odbywały się w domu Anieli Łysakowskiej w Piaskach przy ul. Lubelskiej, w pokoju jej córek Marii i Teodory. Pomieszczenie to nazywaliśmy „kapliczką”. Z ramienia Armii Krajowej nawiązany był kontakt z Żydami, których reprezentował fotograf Izaak Kochen ps. „Warszawiak”, z którym miałam kontakt.
Niemcy urządzili w Piaskach getto. Przedostawała się Pani do niego?
– Tak. Dostarczałam gotowe dokumenty, które mogły posłużyć do ucieczki, a potem bezpieczniejszego poruszania się w terenie. Razem ze Stanisławą Wrońską przemycałyśmy żywność i leki dla Żydów w zamkniętym getcie, wśród których znajdowali się znajomi, koledzy i koleżanki szkolne czekające na taką pomoc. Komenda Placówki Piaski Armii Krajowej współpracowała z Żydowską Organizacją Bojową i Samoobroną Żydowską, dostarczając im broń i amunicję. Przed utworzeniem w Piaskach getta moi rodzice przyjęli do domu trzyosobową rodzinę żydowską – Wolfa Lewina z córkami Gertrudą i Hanną, którzy pochodzili spod Szczecina. Pomoc z naszej strony była bezinteresowna, po prostu ludzki obowiązek. W domu otrzymaliśmy bowiem wychowanie w oparciu o wiarę chrześcijańską – Boga, głęboki patriotyzm i poszanowanie bliźniego. To było dewizą naszego życia. Z rekomendacji osób, którym pomagaliśmy i które przeżyły, zostaliśmy później odznaczeni Medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ponadto od pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego otrzymałam wraz z bratem Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Pomagaliśmy też ludziom, którzy przeżyli rzeź wołyńską. Tym, którzy uciekli UPA, staraliśmy się znaleźć miejsce zamieszkania, pracę i pomagaliśmy materialnie.
Kiedy do Pani rodzinnego domu zapukało NKWD?
– Z Armią Czerwoną wracali polscy żołnierze z tzw. armii Berlinga. Nie zastanawialiśmy się, co to za wojsko. Witaliśmy polskich żołnierzy, rodaków więzionych w Związku Sowieckim i zmobilizowanych mieszkańców Kresów. Pamiętam jednak, jak podczas jednego z takich powitań podszedł do mnie młody porucznik i szeptem powiedział: „Nie przyszło to, na co czekaliście. Bądźcie ostrożni podczas prowadzonych rozmów, są wśród nas politruki”. Zachwyt nad wolną Polską trwał więc krótko. Wkrótce zaczęły się pierwsze aresztowania AK-owców. Na szczęście, gdy do domu przyszło NKWD, nie było w nim mojego brata Aleksandra, który walczył z II Armią Wojska Polskiego. Życie w naszej rodzinie stało się jednak wielką udręką, walką o byt i przetrwanie. W czasie wojny zamordowanych zostało czterech moich braci – Jan i Wacław zginęli w Oświęcimiu, zaś Czesław i Stanisław w Piaskach. Zginął też mój dziadek, u którego był punkt kontaktowy, oraz szwagier, który zostawił moją siostrę Helenę z czworgiem małych dzieci. Byliśmy odtąd wrogami Polski Ludowej, „zaplutymi karłami reakcji” i żołnierzami wyklętymi.
Była Pani przesłuchiwana?
– Tak. Kilkakrotnie byłam wzywana na przesłuchania na posterunek Milicji Obywatelskiej. Proponowano mi współpracę polegającą na dostarczaniu informacji o byłych konspiratorach. Dawano mi do podpisania dokumenty będące deklaracją o współpracy z władzami. Cały czas odmawiałam, tłumacząc, że nie mam żadnych kontaktów ani też nie posiadam żadnych informacji. Trzykrotnie przewożono mnie na przesłuchanie do Lublina. Ostatnim razem myślałam już, że mnie aresztują i osadzą na Zamku Lubelskim, funkcjonującym wówczas jako więzienie. Przesłuchania przez różne służby nie przyniosły jednak żadnego rezultatu, nie zgodziłam się na współpracę.