• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Premier lekceważy rodziców

Piątek, 25 października 2013 (02:00)

Puszczanie mimo uszu argumentów miliona rodziców opowiadających się za referendum edukacyjnym to przejaw aroganckiej postawy koalicji rządzącej.

 

W Sejmie odbyła się wczoraj burzliwa debata na temat referendum edukacyjnego. – Sytuacja w polskiej edukacji jest bardzo zła, a najgorsze jest to, że minister edukacji narodowej żyje, niestety, w świecie fikcji i nie wie, jak wygląda sytuacja w zwykłej szkole rejonowej. Zwykłej szkole, która boryka się z mnóstwem problemów, przede wszystkim finansowych, w której brakuje szatni, stołówki, świetlicy – mówił Tomasz Elbanowski ze Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, które zainicjowało akcję „Ratuj maluchy”.

Strona społeczna chce referendum m.in. w sprawie obowiązku szkolnego dla sześciolatków. Elbanowski ocenił, że reforma edukacyjna została zbudowana na kłamstwie, bo MEN bezpodstawnie przekonywało, że 6 lat to najlepszy wiek, by posłać dzieci do szkoły.

– Wykresy były przeskalowane tylko po to, by rodzice faktycznie zapisali dzieci do pierwszej klasy –uznał.

Zmiany te są źle oceniane przez rodziców, a milion podpisów przeciwko sześciolatkom w pierwszej klasie to jeszcze nie ostateczna liczba głosów przeciwko reformie. Elbanowski alarmował, że zadania stawiane sześciolatkom w szkole z reguły przekraczają ich możliwości (zdolności kaligraficzne, brak zdolności czytania w ciszy, brak cierpliwości). Rodzice skarżą się też, że nawet jeśli następują zmiany wymuszone programem „Radosna szkoła” i przy szkołach pojawiają się place zabaw, to dzieci z nich mało korzystają, bo nie ma kto z nimi na nie wychodzić. Nowy program nauczania sprawia też, że małe dzieci są obciążone pracą w domu.

Straszenie rewolucją

Reformy broniła w Sejmie minister edukacji Krystyna Szumilas. Twierdziła, że prezentowany przez wnioskodawców obraz polskiej szkoły jest nieprawdziwy, bo oparty na kontroli przez NIK tylko kilkudziesięciu szkół.

– Popatrzcie w sposób obiektywny na nasze szkoły, na to, co zdarzyło się w naszym systemie edukacji, i na to, co piszą o naszych szkołach w zagranicznych tygodnikach – wzywała Szumilas.

Jej zdaniem, placówki są coraz lepiej wyposażone, wyremontowane, a wyniki edukacyjne polskich gimnazjalistów poprawiają się. Przekonywała też, że do tej pory „pół miliona rodziców zaufało szkole i posłało do niej swoje sześcioletnie dzieci”, i jej zdaniem „większość rodziców” nie żałuje tego kroku.

Minister straszyła też, że samo referendum, nawet nie jego wynik, wprowadzi do szkół chaos, a ewentualna rezygnacja z gimnazjów oznaczać będzie zagrożenie utraty pracy dla 100 tys. nauczycieli i będzie kolejną rewolucją edukacyjną. Do tego kosztowną dla rodziców, bo wymagającą zmiany – rzeczywiście horrendalnie drogich – podręczników. Szumilas zapewniała, że szkoły są kontrolowane pod kątem przygotowania do przyjęcia sześciolatków.

Stanowisko MEN wsparła poseł Urszula Augustyn (PO), która uznała raport rodziców za przejaskrawiony, przedstawiający stan polskiego szkolnictwa i nauczycieli w złym świetle. Jak zaznaczała, wiek 5-6 lat to złoty okres dzieci i z tego powodu nie można im „odbierać dostępu do edukacji”.

Sześciolatek bez głosu

Słabości tego toku myślenia obnażył Sławomir Kłosowski (PiS). Parlamentarzysta wskazał na raport NIK z 16 października br., z którego wynika, że szkoły często nie są gotowe na przyjęcie sześciolatków. NIK prowadziła kontrolę w MEN, 16 urzędach gmin i 32 szkołach. Izba włączyła też do raportu wyniki kontroli Państwowej Inspekcji Sanitarnej, która badaniem objęła 11 958 szkół.

Stwierdzone mankamenty to brak odpowiednich mebli (56 proc.), niemożność zapewnienia zajęć wychowania fizycznego (19 proc.), brak świetlic (15 proc.), niedostosowane szatnie (19 proc.), zbyt liczne grupy na zajęciach opiekuńczych (35 proc.), brak wystarczającej ilości komputerów (84 proc.) i odpowiedniego oprogramowania (43 proc.).

Tymczasem, jak wskazał poseł, MEN w swoim raporcie propagandowo uznało, że 99 proc. szkół posiada oprogramowanie komputerowe dostosowane do potrzeb sześciolatków. Kłosowski skrytykował też decyzję o rozdzieleniu debaty sejmowej od głosowania. W jego ocenie, wskazuje to na brak czystych intencji większości sejmowej i obawę przed wynikiem głosowania w sprawie losów referendum.

Stanowisko ludowców jest w tej sprawie niejednoznaczne, ale raczej wspierające reformę. Zbigniew Włodkowski (PSL) stwierdził, że jego klub chce skonsultować się w sprawie zgłaszanych problemów ze społeczeństwem i od wyniku tych rozmów zależeć ma sposób głosowania Stronnictwa.

Włodkowski przyznał, że głos miliona osób skłania do refleksji, ale zarzucił też inicjatorom wniosku populizm. W ocenie Włodkowskiego, referendum miało dotyczyć obowiązku szkolnego sześciolatków, a zaproponowano pięć pytań dotyczących też innych kwestii.

– Czy obywatele wiedzieli, co podpisują? – zarzucił poseł. Włodkowski uważa, że reforma szkolna łagodnie wprowadza sześciolatka do szkoły. – Dziecko w szkole i przedszkolu jest takie samo. W szkole może jednak pójść o krok dalej – uznał Włodkowski.

Nawet SLD ma wątpliwości. W ocenie Artura Ostrowskiego, sześciolatek jest gotowy do szkoły, szkoła nie jest w 100 proc. do tego przygotowana, a malejące nakłady na edukację nie wróżą nic dobrego na przyszłość.

Kto wyposaża szkoły

Solidarna Polska uważa referendum za potrzebne. W ocenie Marzeny Wróbel, wiele sześciolatków nie jest gotowych do nauki w pierwszej klasie.

– Nie wszystkie dzieci rozwijają się w tym samym tempie i to widoczne jest szczególnie na pierwszym etapie edukacji – wskazywała.

Jej zdaniem, w szkołach tak małym dzieciom brakuje poczucia bezpieczeństwa, placówki są źle wyposażone i nieprzygotowane do reformy – ze względu na zbyt małe sale i brak kącików do zabaw. Często to rodzice kupują wyposażenie do szkół, bo szkołom brakuje funduszy.

– MEN prowadzi propagandę sukcesu, nie czyta raportów niezależnych, ale tylko te przygotowane przez swoich podwładnych – mówiła poseł.

Posłowie opozycji chcieli też dowiedzieć się, ile MEN wydało pieniędzy na promocję reformy, a ile w tym czasie rodzice dołożyli z własnej kieszeni na dofinansowanie szkół.

Według wnioskodawców, w referendum obywatele mieliby odpowiedzieć na pięć pytań dotyczących obowiązku szkolnego dla sześciolatków, obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków, likwidacji szkół, powrotu do systemu ośmioklasowego szkoły podstawowej i przywrócenia programu nauczania m.in. historii.

Pod wnioskiem w sprawie referendum Stowarzyszenie zebrało niemal milion podpisów. Jednak wczoraj, mimo że sprawa kształtu polskiej edukacji jest istotna, na sali sejmowej zabrakło premiera Donalda Tuska, marszałek Ewy Kopacz i wielu parlamentarzystów. Głosowanie nad wnioskiem odbędzie się w Sejmie za dwa tygodnie. Sześciolatki do szkół mają obligatoryjnie trafić we wrześniu 2014 roku.

Marcin Austyn