• Sobota, 4 kwietnia 2026

    imieniny: Wacława, Izydora

Przegrana bitwa

Środa, 23 października 2013 (02:23)

Z prof. Piotrem Glińskim, socjologiem, rozmawia Paulina Gajkowska

Czy notatka, o której głośno w mediach, a która – jak sam Pan powiedział – ma odnosić się do wniosków na przyszłość, jest krytyczną oceną kampanii referendalnej prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość?

– Niezwykle często mamy do czynienia z sytuacjami, w których w mediach pojawiają się informacje nieprecyzyjne. Tak jest i w tym przypadku. Owszem, sporządziłem notatkę, jednak jej celem było przygotowanie rozmowy podsumowującej kampanię referendalną Prawa i Sprawiedliwości. Zostały w niej przedstawione pewne zagadnienia do omówienia. Natomiast nie ma ona charakteru personalnego czy krytycznego, a samych elementów oceniających przebieg kampanii jest w niej stosunkowo niewiele. Zawarłem w niej pewne własne pytania i tyle w tej materii mogę powiedzieć. Więcej informacji nie udzielam, ponieważ jest to notatka sporządzona do wewnętrznej analizy w kierownictwie partii. Jako współpracownikowi nie wypada mi wręcz mówić w mediach o własnych ocenach wobec partii, z którą współpracuję blisko, ale niejako z zewnątrz. Kierownictwo partii w swoim czasie sformułuje własną ocenę kampanii, a moje ewentualne uwagi czy analizy mogą służyć jedynie wewnętrznej dyskusji. Wyciąganie wniosków na przyszłość z pewnych działań jest czymś absolutnie normalnym w polityce.

Jak wobec tego odniósłby się Pan Profesor do oceny prof. Jadwigi Staniszkis, która stwierdziła, że kampania referendalna PiS była „droga, powierzchowna i mało dynamiczna”? Według niej, partia popełniła błąd, nie oddając referendalnej akcji w ręce warszawskich radnych, a kampanii zaszkodziły m.in. hasła Adama Hofmana o „odbijaniu Warszawy”.

– Niestety, pani profesor wpadła w pułapkę komentatorstwa, czyli mówienia o wszystkim, nie zawsze mając do tego dostateczne podstawy. Odnoszę wrażenie, że znakomita socjolog tym razem niezbyt dokładnie obserwowała przebieg kampanii referendalnej, o czym świadczą artykułowane przez nią zarzuty. Radni warszawscy aktywnie się w nią zaangażowali. Wraz ze stołecznymi radnymi brałem udział w kilku konferencjach tematycznych (o komunikacji, służbie zdrowia, przerostach biurokratycznych w ratuszu, sprawach Pragi), spotykałem się wraz z nimi również z mieszkańcami Warszawy w poszczególnych dzielnicach (podobnie zresztą jak pan prezes Kaczyński). Oczywiście, przekaz w mediach mainstreamowych był w kwestiach merytoryczno-miejskich ograniczony i zmanipulowany. Ale od pani prof. Staniszkis wymagałbym więcej niż powtarzanie stronniczego przekazu mediów „zaprzyjaźnionych” z władzą. Co do oceny wypowiedzi Adama Hofmana, pani profesor już od jakiegoś czasu – jak zaobserwowałem – bardzo krytycznie odnosi się do rzecznika PiS. Często są to oceny w mojej opinii raczej powierzchowne, powiedziałbym – nieco „humorzaste”. Oczywiście, pani profesor ma prawo kogoś nie lubić, jednak od poważnego naukowca domagałbym się więcej rzeczowych argumentów, analizy socjologicznej opartej na faktach, a nie komentarzy publicystycznych. Ostatnio pani prof. Jadwidze Staniszkis nie podobało się to, że mówiłem coś o statkach na Wiśle. Mówiłem też o szeregu innych spraw, choćby o nowych liniach tramwajowych, zabudowie centrum Warszawy, inteligentnym systemie sterowania ruchem w mieście, Karcie Dużych Rodzin, Warszawskim Korpusie Wolontariatu. Wymieniałem setki pomysłów i koncepcji (może zresztą ta mnogość i zbytnia szczegółowość właśnie była problemem w naszym przekazie), które mogłyby zbliżyć Warszawę do standardów największych miast europejskich. Natomiast nieprzychylne media wyrywały celowo z kontekstu jedno zdanie i przedstawiały je w zmanipulowany sposób, trywializując nasz przekaz i powodując tym samym chaos informacyjny. Być może powinniśmy to przewidzieć i się przed tym jakoś (jak?!) zabezpieczyć, ale pani prof. Staniszkis (a ze zdumieniem zauważyłem, że nie ona jedna po naszej stronie sceny politycznej) chyba niepotrzebnie wpisuje się w tę narrację mainstreamowych mediów. Oczywiste jest to, że na temat przebiegu samej kampanii można i trzeba dyskutować, i wyrażać różne zdania. Należałoby jednak opierać je mniej na ogólnikach, a bardziej na rzeczowych argumentach.

Pragnąłbym jednak podkreślić, że takiej mobilizacji przeciwko obecnej władzy w Warszawie od lat nie było. Ponad 340 tys. osób, które wzięły udział w referendum, świadczy o bardzo dużej mobilizacji, zwłaszcza przy tak negatywnym przekazie zniechęcającym do pójścia do urn wyborczych i zaangażowaniu całego aparatu państwa przeciwko zwolennikom referendum. To naprawdę nie jest zły wynik. Zwłaszcza że Warszawa nie uchodziła nigdy za miasto elektoratu prawicowego, również ze względu na silne resentymenty postkomunistyczne i silne osadzone tu interesy rządzącego establishmentu.

Zabrakło jednak tych trzech procent i kilkudziesięciu tysięcy głosów, i dlatego komentatorzy, socjologowie i dziennikarze, ale i wyborcy szukają przyczyny tego niepowodzenia.

– W moim przekonaniu warto jednak spojrzeć zarówno na kampanię, jak i na wynik z perspektywy mobilizacji obywateli. Warto przeanalizować również to, jak prezentuje się elektorat głosujący w referendum. Okazuje się, że w niemałej części były to osoby z wyższym i średnim wykształceniem. Być może do pewnych grup nie dotarliśmy z przekazem, dlatego też ważne jest, aby wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Koalicji proreferendalnej nie udało się tak czy inaczej Hanny Gronkiewicz-Waltz odwołać.

– W referendach zawsze frekwencja jest niższa. W tym wypadku mieliśmy również do czynienia z zorganizowaną akcją zniechęcającą, dlatego też wynik uważam nie tyle za porażkę, ile raczej za przegraną bitwę.

W kampanii jednak przebijała narracja o tym, że już samo referendum jest zwycięstwem, a odwołanie obecnej prezydent jest niemal pewne.

– Ta pewność, o której pani mówi, była formułowana przez pana Guziała i mogła niekorzystnie wpłynąć na przebieg referendum. Niestety, jest tak, że odpowiedzialność za wynik spada głównie na Prawo i Sprawiedliwość. I ja osobiście też przyjmuję ją częściowo na siebie.

Uważa Pan Profesor, że zarzut o upartyjnienie kampanii jest całkowicie bezpodstawny?

– Uważam, że są to zupełnie niepotrzebne dywagacje, ponieważ zarzut o upolitycznienie czy też upartyjnienie kampanii jest niepoważny i służył tylko do walki politycznej. Pan Guział udawał obywatela, apartyjnego przedstawiciela wyborców, udawał, bo jest związany z określonym światopoglądem i środowiskiem politycznym. Nie jest to człowiek znikąd. Musiał mieć poparcie partyjne, inaczej nie zostałby burmistrzem Ursynowa. Natomiast, jeśli chodzi o tezę o upolitycznianiu, to jest ona niepoważna również dlatego, że w Warszawie rządzi partia polityczna, prezydentem miasta jest wiceprzewodnicząca tej partii. Trudno oczekiwać, żeby referendum w stolicy kraju, w które zaangażowany jest premier i prezydent, nie było sprawą polityczną. Bez partii politycznych współczesne demokracje nie funkcjonują. Natomiast jednym z celów aktywności politycznej powinno być oczywiście także poprawianie jakości życia publicznego.

Jak Pan odniesie się do zarzutu Adama Hofmana pod adresem m.in. „Naszego Dziennika”, że „media ojca dyrektora nie włączyły się w referendum”?

– Z racji ogromu pracy, jaki towarzyszył mi przy kampanii, nie śledziłem przekazów medialnych i nie jestem w stanie odnieść się do tego zarzutu. Muszę przyznać, że generalnie nie jestem w stanie ocenić zaangażowania mediów, poza szkodliwym przekazem mediów głównego nurtu, które w krzywym zwierciadle przedstawiały wszystkie nasze przedsięwzięcia i całą kampanię. Mam też nadzieję, że media, o których pani wspomniała, są i będą zawsze blisko związane z moim środowiskiem politycznym.

Dziękuję za rozmowę.

Paulina Gajkowska