Co w głowie, to na zewnątrz
Środa, 23 października 2013 (02:19)Z Pawłem Fajdkiem, mistrzem świata w rzucie młotem, rozmawia Piotr Skrobisz
Pana menedżer ostrzegał, że czasu ma Pan teraz mniej niż podczas sezonu.
– Faktycznie, kalendarz mam zapełniony po brzegi, ciągłe wyjazdy, spotkania, krótko mówiąc – w domu ciągle jestem gościem.
Wakacje?
– Nawet nie liczyłem na nie. Byłem przygotowany, że po zdobyciu mistrzostwa świata moje życie się zmieni. Przynajmniej na jakiś czas.
Cena sukcesu?
– Właśnie. Ze zdobyciem medalu nierozerwalnie związane są pewne obowiązki i staram się wypełniać je jak najlepiej. Podejrzewam, że dopiero sobie odpocznę – co jest teoretycznie niemożliwe – na pierwszym zgrupowaniu. Proszę jednak nie myśleć, że narzekam. To wszystko jest, w przeważającym stopniu, bardzo miłe.
Zachęca Pan dzieciaki, by spróbowały rzucać młotem?
– Zachęcam do uprawiania sportu, jakiegokolwiek. Dzieci – by traktowały go jako przygodę, dobrą zabawę. Młodzież – by ruszała się dla zdrowia. Beznamiętne siedzenie przed komputerem niczemu dobremu nie sprzyja, przeciwnie. Tematów jest cała masa, a z tego, co się orientuję, wychodzi mi nie najgorzej. Organizatorzy takich spotkań czy nauczyciele są zadowoleni.
A jeśli już pyta pan konkretnie o młot, to konkurencja dla indywidualistów. Jeśli ktoś lubi pracować w pojedynkę, jest samodzielny i odpowiedzialny, a w grupie specjalnie się nie odnajduje, może spróbować. Ja na kulomiota byłem za mały, na dyskobola także. Oszczep odpadł z racji mojej podatności na kontuzje, a poza tym nie miałem do niego warunków. Trzeba być wysokim i szczupłym, ja jestem z tych o grubszej kości (śmiech). Wyszło zatem, że idealnie pasuję do rzutu młotem.
Co Pana w nim pociągało i pociąga?
– Jest takie powiedzenie: co zrobiłeś wczoraj, dziś się nie liczy. Młociarze powtarzają je sobie często, bo to taka dyscyplina, w której nieustannie trzeba pracować na swoje. Non stop. To, że wczoraj rzucałem dobrze, nie znaczy, że dziś będzie mi szło dokładnie tak samo. Wystarczy, żebym zaniedbał jeden mały szczegół i już jest po sprawie. W młocie najbardziej pociąga mnie ciągłe szlifowanie techniki. W trakcie czterech obrotów mamy tyle elementów i niuansów, że komuś z zewnątrz mogłoby się to wydać aż niemożliwe, do tego dochodzi zamach, sam wyrzut, słowem – naprawdę jest na czym się skupiać i nad czym pracować. No i nie sposób przez to się znudzić.
Rzut młotem jest dla Pana bardziej pasją czy pracą?
– Od zawsze traktuję go jako pasję, szansę realizacji i spełnienia siebie. W tym momencie jest też pracą, a zatem wychodzi takie dwa w jednym.
Kiedy snuł Pan plany na rok 2013, przewijała się przez myśl walka o złoto mistrzostw świata?
– Oczywiście. Jeśli sportowiec nie myśli o największych trofeach, to nie jest zawodowcem, tylko amatorem. Chcąc wygrywać, trzeba mierzyć w szczyty, snuć śmiałe plany, nawet wydające się tylko mrzonkami. Gdy ktoś marzy o drugich miejscach, to albo przez całe życie będzie je zajmował, albo – co bardziej prawdopodobne – nigdy niczego nie osiągnie. Ja zawsze chcę być pierwszy, niezależnie od wszystkiego. Po to trenuję, tracę czas i zdrowie. Naturalnie, gdybym w Moskwie zajął drugą lub trzecią pozycję, to też bym się cieszył.
W ciągu dwunastu miesięcy przeszedł Pan drogę z dna na szczyt.
– Dokładnie dwunastu miesięcy i dwóch dni. Tyle czasu minęło od eliminacji olimpijskiego konkursu w Londynie do eliminacji w Moskwie. Na igrzyskach zawaliłem, spaliłem wszystkie próby, przepadłem z kretesem. Mistrzostwa świata wygrałem. I jak tu nie kochać sportu?… Dużo się przez ten czas działo dobrych i złych rzeczy, droga była ciężka, wyboista. Najważniejsze jednak, że podążała we właściwym kierunku i skończyło się tak, jak powinno.
Co Pan czuł, stojąc w Moskwie na podium?
– Bardzo dużo myśli przeleciało mi przez głowę. Czułem ogromną dumę, szczęście, w takich chwilach dostrzega się wartość treningu, katorżniczej pracy, jaką się wykonuje latami. Medal wynagradza wysiłek, poświęcenie. Każdy, a co dopiero złoty.
Rana po Londynie długo krwawiła?
– Jak pan przypomniał, między jednym a drugim startem upłynęło dwanaście miesięcy. Dla jednych tylko, dla drugich aż. Ja przez ten czas musiałem godzić się z porażką i czekać na kolejną szansę. Nie było bowiem tak, że mogłem wygrać jakieś zawody i o wszystkim zapomnieć. Nie. Po igrzyskach liczyły się jedynie mistrzostwa świata i tylko na nich miałem okazję się podnieść. I wykonałem plan w stu procentach.
Oto cały sport. Nieważne, co się dzieje, są następne zawody. Nie wolno się załamywać, trzeba ciągle pracować, wyznaczać sobie nowe cele. Co by dało użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie niepowodzeń? Nic, bo co było, to było, czasu nie cofniemy.
Pan po Londynie od razu zakasał rękawy?
– Może nie tyle zakasałem rękawy, ile inaczej podszedłem do tematu. Porażka na igrzyskach nie wzięła się z niczego, były jakieś powody, które udało się wyeliminować. Wyciągnęliśmy wnioski. Zresztą co roku pracuję coraz ciężej. Jestem wciąż młodym zawodnikiem, a żeby iść do przodu, rozwijać się, muszę ciągłe dokładać sobie obciążeń. Trenować ciężej i lepiej. Wiadomo, że ten Londyn gdzieś w głowie mi siedział, ale lekcje odrobiliśmy na piątkę.
Czasami z porażki można wyciągnąć więcej nauki niż z największego zwycięstwa.
– Porażki są podwaliną sukcesu, nie ma zawodników, którzy wygrywaliby wiecznie. Krisztian Pars od trzech lat przegrywał ze mną tylko raz w danym sezonie. Najpierw pokonałem Węgra na mało znaczącym mityngu we Francji, potem w Warszawie, a teraz w Moskwie, na mistrzostwach świata. Nie wiem, czy w ogóle dopuszczał taki scenariusz, czy się ze mną liczył. Chyba był pewny siebie i się na tym przejechał. Ważne, że ja liczyłem się z nim, wiedziałem, że będzie świetnie przygotowany. Teraz Krisztian zapewne pała chęcią rewanżu i w przyszłym sezonie będę miał o wiele trudniej, bo to wielki wojownik.
Klęska w Londynie, triumf w Moskwie. Zastanawia się Pan czasem nad ceną, jaką za to wszystko musiał zapłacić?
– W roku poza domem jestem około 300 dni, co za tym idzie – z rodziną, przyjaciółmi widuję się bardzo rzadko. Z bliskimi spotkałem się dwa miesiące przed mistrzostwami świata i dopiero po powrocie z Moskwy. Żyję tam, gdzie aktualnie mam obóz, nieustannie na walizkach. To chyba największe wyrzeczenie, również ciągły brak czasu dla osób, które się kocha, ale nie ma innej drogi. Robię to, podobnie jak moje koleżanki i koledzy, by za kilkanaście lat, gdy zakończę karierę, czuć się spełnionym i nie pluć sobie w brodę, że czegoś nie zrobiłem, choć mogłem.
Przed rywalizacją w Moskwie powtarzał Pan sobie przez kilkanaście dni: „Będę mistrzem świata”. W 2016 roku, przed igrzyskami w Rio, powie Pan: „Będę mistrzem olimpijskim”?
– Nie, to nie tak. Przed Moskwą zmusiła mnie do tego sytuacja treningowa. Na zgrupowaniu w Spale rzucałem tak źle, że musiałem wymyślić jakiś sposób na zmotywowanie siebie. Znalazłem, zaczął działać i pomyślałem, że będę to robił aż do mistrzostw. Przecież to głową wygrywa się najważniejsze imprezy. Co w głowie, to na zewnątrz. Tak mocno uwierzyłem w siebie, że mimo problemów, słabszych wyników po drodze zmobilizowałem się i doszedłem na szczyt.
Co musi Pan zrobić, aby Moskwa okazała się początkiem serii wielkich sukcesów?
– Planu nie mam, tylko życzenie. By każdy sezon przygotowawczy i startowy odbywał się bez kontuzji.