• Sobota, 21 marca 2026

    imieniny: Benedykta, Filemona

Rybacy zapowiadają protest

Wtorek, 22 października 2013 (20:21)

Niewiele zmienią się w przyszłym roku limity połowowe na Bałtyku dla polskich rybaków. I choć sytuacja wydaje się lepsza niż jeszcze kilka lat temu, to jednak część kutrów zapewne zaprzestanie połowów, bo dla ich armatorów są one nieopłacalne.

 

Rybacy zamierzają protestować w polskich portach przeciwko unijnej polityce prowadzenia połowów na Bałtyku. Według nich, obowiązujący system doprowadził do katastrofy ekologicznej w stadach bałtyckiego dorsza. Ryby jest mało i jest bardzo chuda.

Takie ustalenia zapadły dzisiaj na spotkaniu kilku organizacji rybackich w Ustce (Pomorskie). Protest prawdopodobnie odbędzie się w przyszłym tygodniu.

Nasi rybacy będą mieli prawo złowić w przyszłym roku około 70,5 tys. ton szprotów, 30,5 tys. ton śledzi, 511 ton gładzicy i 6700 sztuk łososi. Z kolei limit połowów najcenniejszej bałtyckiej ryby – dorsza – został ustalony na poziomie około 19,4 tys. ton. Co ciekawe, Komisja Europejska proponowała wyższe limity dla państw bałtyckich, ale unijni ministrowie ds. rybołówstwa byli ostrożniejsi. W porównaniu z 2013 rokiem o ponad 4 tys. ton wzrósł limit połowowy śledzia, o około 500 ton więcej możemy złowić dorszy, a niższy o 3 tys. ton jest za to limit połowów szprotów.

Prowadzący te negocjacje litewski minister rolnictwa Vigilijus Jukna podkreślał, że limity połowowe muszą być utrzymane, gdyż „zapewniają odradzanie się stad czterech gatunków bałtyckich: dorszy ze wschodniego stada, śledzi z Zatoki Botnickiej, śledzi z Zatoki Ryskiej i śledzi w centralnej części Morza Bałtyckiego”. I jak wynika z danych gromadzonych przez naukowców, pogłowie ryb w Bałtyku stopniowo się odradza.

Prof. Jan Horbowy, kierownik Zakładu Zasobów Rybackich Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni, przedstawił szacunki, z których wynika, że na najważniejszym dla nas akwenie, czyli na Bałtyku wschodnim (na wschód od Bornholmu), jest 300 tys. ton dorsza. I choć daleko nam jeszcze do stanu sprzed około 25-30 lat, gdy było tych ryb aż 700 tys. ton, to jednak z roku na rok populacja dorszy rośnie – dziesięć lat temu w tym akwenie żyło tylko 70 tys. ton tych ryb. Rybacy twierdzą jednak, że tamte dane były niedoszacowane.

Na pewno jednak ryb jest zasadniczo mniej niż pod koniec PRL. I ma to związek nie tylko z rozwojem rybołówstwa, ale także z niekorzystnymi zmianami środowiskowymi dla ryb i rozszerzającą się działalnością statków paszowych, które – wedle rybaków – przetrzebiły stada dorszy i innych garunków. Tak czy inaczej, w tym okresie wielkość wschodniego stada śledzi spadła z ponad 1,5 mln do 500 tys. ton, a szprota mieliśmy kiedyś ponad 2 mln ton, a teraz 700 tys. ton.

Limity połowowe krytykują rybacy, bo choć flota jest coraz mniejsza, to sytuacja tych kutrów, które jeszcze łowią, nie jest wcale coraz lepsza. Trzeba przecież pamiętać, że w latach 2004-2011 UE dołożyła kilkaset milionów złotych na złomowanie statków rybackich – w tym czasie „na żyletki” poszło ponad 500 jednostek, czyli więcej niż 1/3 naszej floty (dominują u nas nieduże jednostki, do 12 m długości). Ale ci, którzy zostali na rynku, wcale nie mają dużo lepiej i część rybaków zapowiada rezygnację z tej działalności.

Armatorzy skarżą się bowiem m.in. na pogorszenie się jakości odławianych z Bałtyku ryb, zwłaszcza dorszy. Grzegorz Hałubek, prezes Związku Rybaków Polskich w Ustce, wskazywał, że wielkie paszowce, które buszują po bałtyckich łowiskach, wyławiają bardzo duże ilości ryb, którymi żywią się dorsze – w efekcie ten gatunek staje się coraz słabszy, chudszy, a to połowy dorszy decydują o sytuacji ekonomicznej rybaków.

Ale co ciekawe, nie wszystkie kraje tak jak Polska pilnie stosują się do unijnych limitów. Jako przykład obchodzenia prawa często wymieniana jest Szwecja, gdzie oficjalnie ryby łowi ponad 500 kutrów, ale tamtejsza flota to ponad 1800 jednostek. Tylko że większość oficjalnie stoi w portach przywiązana do nabrzeży, a w rzeczywistości łowi na czarno, nie prowadzi żadnej dokumentacji, nie jest też kontrolowana.

 

Krzysztof Losz